popKULTURA

Hellboy. Iść czy nie iść?

12/04/2019

Jak pew­nie wie­cie, dziś na ekrany kin wje­chał Hel­l­boy, czyli nowa wer­sja przy­gód pół czło­wieka pół bel­ze­buba. W życiu nie trzy­ma­łem w rękach żad­nego komiksu z Pie­kiel­nym Chło­pa­kiem, więc nawet nie będę uda­wał, że jestem jakimś super fanem, ale filmy Guil­lermo del Toro lubi­łem. Nie, żeby były to hicory 10/10, ale na wie­czorny seans przy pizzy spraw­dzały się cał­kiem cał­kiem. Od ich pre­miery minęła już ponad dekada, czyli wystar­cza­jąco długo, żeby decy­zyjni w Hol­ly­wood uznali, że naj­wyż­szy czas na reboot. Oso­bi­ście umiar­ko­wa­nie go wycze­ki­wa­łem. Po pierw­sze, dla­tego że Hel­l­boy już zawsze będzie miał dla mnie lico i głos Rona Per­l­mana, a że jestem lojalny, to wizja zmiany aktora na Davida Har­bo­ura bar­dziej mnie wysu­szyła niż zaja­rała. I to, że typa cał­kiem spoko ogląda się w Stran­ger Things, niczego tutaj nie zmie­nia. Ron na zawsze w moim sercu <3. Dru­gie “Ale” poja­wiło się przy oka­zji dono­sów z planu. Ponoć straszne dra­maty się tam odby­wały. Reży­ser miał swoją wizję, akto­rzy swoją, a pro­du­cenci jesz­cze inną, więc skoń­czyło się wielką inbą i fochami, a to nie roko­wało zbyt dobrze. Kro­peczkę nad “i” posta­wił tra­iler, który, prze­pra­szam za fran­cu­ski, dupy nie urywał.

Jed­nak czło­wiek nie jest taki, żeby nie poszedł do kina i nie spraw­dził na wła­snej skó­rze, jak to osta­tecz­nie wypa­dło. Powiem tak -> jeśli myśli­cie, że naj­now­szy sin­giel Sta­chur­skiego “Doskozzza” jest dziwny, to lepiej nie idź­cie na Hel­l­boya, bo ni chu chu nie udźwi­gnie­cie. Czego tam nie ma? Wiedźmy, Baba Jagi, nazi­ści w raj banach, Raspu­tin, Król Artur i wielka, gada­jąca świ­nia… z Afryki, czyli guziec. Do tego domek poru­sza­jący się na kaczych łapach, chiń­czyk meta­mor­fu­jący w tygrysa, olbrzymy, jasno­widzka oraz potwór, który wygląda jak strze­la­jąca lase­rami wadżajna. No Aven­gersi to to nie są. W Hel­l­boyu próg wej­ścia jest na tyle wysoki, że nie­dzielni widzo­wie jak nic się potkną i poła­mią nogi. Tar­ge­tem są nerdy i fani komik­sów, więc suk­cesu w box office nie wróżę.

Fabuły nawet nie będę pró­bo­wał stresz­czać, bo sam jej dobrze nie sku­ma­łem. Coś tam o apo­ka­lip­sie, pla­gach, klą­twach, prze­po­wied­niach, ragna­ro­kach i tego typu kli­maty. Niech wam wystar­czy, że zza grobu wraca zła wiedźma i przy asy­ście gada­ją­cego guźca, pla­nuje roz­pie­przyć świat, a jedy­nym, który może ją powstrzy­mać jest wła­śnie Hellboy.

Długo by wymie­niać rze­czy, które w tym fil­mie wywi­nęły orła. Zacznijmy od tego, że w parów­kach jest wię­cej che­mii niż mię­dzy akto­rami, misz­masz fabu­larny wywo­łuje taką migrenę, że bez ibo­pru­fenu nawet nie pod­chodź, a efekty spe­cjalne miej­scami są tak żenu­jące, że ma się ochotę wysłać SMS o tre­ści “Poma­gam”. Pod tym wzglę­dem żal i roz­pacz. A jed­nak bawi­łem się wyśmie­ni­cie, zde­cy­do­wa­nie lepiej niż na Aqu­ama­nie. Oka­zuje się bowiem, że ten nowy Hel­l­boy, jako postać, nawet daje radę. Jest gbu­ro­waty, zło­śliwy, sar­ka­styczny i rzuca uro­czymi sucha­rami, czyli tak jak lubię naj­bar­dziej. Z kolei film, kiedy już włą­czymy w sobie znie­czu­licę na te wszyst­kie stwory i trudne słówka, ma ogromny poten­cjał roz­ryw­kowy. Mordy są bru­talne, krew leje się stru­mie­niami, akcja sunie w miarę dyna­micz­nie, a sami boha­te­rowi co jakiś czas pusz­czają oko do widza, dając do zro­zu­mie­nia, żeby nie brać wszyst­kiego na serio. Ot takie Ded­po­olowe zagrywki. Dla mnie spoko. Chwi­lowo, nie mam weny na cię­żary i melo­dra­ma­tyczne męcze­nie buły, więc w hel­l­bo­jową kon­wen­cję wsze­dłem gładko, jak w masło i jestem na tak. Tylko plizz, niech pro­du­cenci przy poten­cjalny sequ­elu, dorzucą tro­chę siana na efekty spe­cjalne, bo CGI wypa­liło mi oczy.

To iść, czy nie iść?

Jeśli nie łapiesz kli­ma­tów, w któ­rych nazi­ści tłuką się z dino­zau­rami, odpuść. Zamę­czysz się. Jeśli lubisz komiksy, fan­tasy, cosplaye, jeź­dzisz na Pyr­kon i masz ochotę się odmóż­dżyć, idź. Tylko nie w week­end, a w środę, bo wtedy bilety w kinach sie­cio­wych są po 14,90 zł, czyli dokład­nie tyle, ile ten film jest warty. Ode mnie 6/10, z adno­ta­cją, że można się przy­jem­nie odprę­żyć, albo cał­ko­wi­cie zra­zić. Pro­duk­cje klasy B już tak mają — z jed­nej strony mocno żenują, z dru­giej dają fun.

A to widziałeś?