popKULTURA

Świąteczne filmy, czyli widziałem 1000 razy i nadal nie mam dość

04/12/2018

Dobi­li­śmy do grud­nia, więc na lega­lu może­my wziąć na warsz­tat świą­tecz­ne kli­ma­ty, co nie? W takim razie robię coming out i przy­zna­ję, że nie­na­wi­dzę świą­tecz­nych pio­se­nek. Z wyłą­cze­niem “Dri­ving Home For Chri­st­mas” Chri­sa Rea, bo ta aku­rat jest epic­ka. No dobra, wsty­dzę się tego, ale zawszę drę ryja w samo­cho­dzie na refre­nie “Ding Dong” Kay­ah, jeśli aku­rat leci w radiu. I “Kto wie czy za rogiem nie stoi anioł z Bogiem” też ujdzie. Za to resz­ta to już zło i pato­lo­gia #Last­Chri­st­mas #Godlew­skie. Po dru­gie nie cier­pię świą­tecz­nych reklam i cen­trów han­dlo­wych w tym okre­sie. Zde­cy­do­wa­nie za duży młyn, jak dla mnie. Jakoś tak z auto­ma­tu wzra­sta we mnie pogar­da dla świa­ta. I mimo, iż o tym wiem, kolej­ny rok zamu­li­łem, zosta­wia­jąc wszyst­ko na ostat­nią chwi­lę i zaraz będę musiał wbić w sam śro­de­czek tego wariac­twa. Po trze­cie wku­rza mnie, jak nie mogę się nor­mal­nie wyką­pać, bo wan­nę prze­jął aku­rat karp #suchar. Po czwar­te, publicz­nie hej­tu­ję obcia­cho­we swe­try świą­tecz­ne, ale tak napraw­dę skry­cie o takim marzę. Im więk­sza żena­da, tym faj­niej. W tym roku na pew­no sobie jakiś zafun­du­je. I Bren­don­ko­wi też przy oka­zji. Jest jed­nak coś, co cał­kem lubię — świą­tecz­ne fil­my. Ale nie żebym zaraz oglą­dał wszyst­ko, jak leci. Co to, to nie. Mam sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wa­ną listę świą­tecz­nych fil­mów, któ­rych się trzy­mam, a jak teraz pró­bu­ję się prze­ła­mać i oglą­dać na Net­fli­xie nowo­ści z tej kate­go­rii, to wycho­dzi mi, że jed­nak czło­wiek naj­bar­dziej lubi, to co już zna. Te nowe jakoś do mnie nie prze­ma­wia­ją.  Oto moje Top 10.
 

10. Świą­tecz­na gorącz­ka

Kome­dia z Arnol­dem Schwa­rze­neg­ge­rem w roli głów­nej, czy­li już brzmi paź­dzie­rzo­wo, a jed­nak do mnie jakoś tra­fia. Arni jest zapra­co­wa­nym biz­nes­me­nem, któ­ry noto­rycz­nie zawo­dzi swo­je­go syna. W ramach odku­pie­nia wszyst­kich win, obie­cu­je mło­de­mu, że na gwiazd­kę poda­ru­je mu figur­kę Tur­bo Mana, co oka­zu­je się mis­sion impos­si­ble, bo cał­kiem przy­pad­ko­wo jest to naj­bar­dziej pożą­da­na zabaw­ka ever. Aby zdo­być upra­gnio­ny gift, Arni musi prze­biec sprin­tem pół mia­sta, sto­czyć kil­ka soló­wek, wydać mnó­stwo szma­lu na łapów­ki i przyj­mo­wać na kla­tę kolej­ne poni­że­nia #Mnie #Śmie­szy. Film wyszedł w 1996 roku i wte­dy wyda­wał się moc­no prze­ry­so­wa­ny… aż kil­ka­na­ście lat póź­niej do gry weszła Bie­dron­ka ze Świe­ża­ka­mi i nagle rze­czy­wi­stość dogo­ni­ła fik­cję. Z resz­tą Jakub Ćwiek (cał­kiem spo­ko pol­ski pisarz), w jed­nej ze swo­ich ksią­żek opi­sał podob­ną sytu­ację, jak to pod­czas wizy­ty w Nowym Yor­ku, udał się do skle­pu Disneya, aby kupić dla swo­jej cór­ki, obie­ca­ną sukien­kę Elzy z “Kra­iny Lodu”. Na miej­scu oka­za­ło się, że chęt­nych jest o wie­le wię­cej niż sukie­nek, w związ­ku z czym, sklep musiał urzą­dzić lote­rię, aby wyło­nić szczę­śliw­ców. Emo­cje iden­tycz­ne jak w “Świą­tecz­nej gorącz­ce” #groź­by #korup­cja #szan­ta­że #inba (no weź powiedz dziec­ku pro­sto w te smut­ne oczy, że wra­casz bez sukien­ki!).  Pole­cam rodzi­com, być może odnaj­dą w tym sie­bie.

Filmy na Boże Narodzenie


9.  Grinch

Ekra­ni­za­cja mega popu­lar­nej w USA baj­ki, autor­stwa legen­dar­ne­go Dr. Seus­sa. Opo­wia­da o zło­śli­wym, zie­lo­nym stwo­rze, któ­ry nie tyl­ko nie­na­wi­dzi świąt, ale przy oka­zji chce je też spie­przyć innym… czy­li dokład­nie tak, jak wasi krew­ni. Film zebrał od kry­ty­ków spo­re bęc­ki, bo ponoć bar­dzo moc­no odje­chał kli­ma­tem od pier­wo­wzo­ru. Baj­ki Dr. Seus­sa są grzecz­ne i sym­pa­tycz­ne, tym­cza­sem w ekra­ni­za­cji nie bra­ku­je klo­acz­ne­go humo­ru. Jest w tym ziarn­ko praw­dy, acz­kol­wiek oso­bi­ście zawsze się na nim zawie­szę, jeśli aku­rat leci w tele­wi­zji. Poza tym w roli Grin­cha wystą­pił Jimm Carey, a na tym blo­ga­sku Jim­ma sza­nu­je­my. Oglą­dać, nie filo­zo­fo­wać.

Filmy na Boże Narodzenie


8. Fami­ly Man

Film z kate­go­rii “grzej­ni­czek”, czy­li naj­pierw zdo­łu­je cię na mak­sa, żeby na koń­cu roz­to­pić ci ser­ce i spra­wić, że ponow­nie uwie­rzysz w ducha świąt. Fami­liy Man bazu­je na wyświech­ta­nym sche­ma­cie Opo­wie­ści wigi­lij­nej Char­le­sa Dic­ken­sa. Mamy Nico­la­sa Cage­’a, któ­ry w wie­ku (powiedz­my 20 lat) stoi na lot­ni­sku i musi doko­nać wybo­ru, czy  leci do Anglii robić karie­rę, czy zosta­je w USA i bawi się ze swo­ją niu­nią w dom. Spo­iler: Wybie­ra Anglię i zosta­je bar­dzo dzia­nym makle­rem, ALE przy oka­zji jest samot­ny. 13 lat póź­niej, w wie­czór wigi­lij­ny nawie­dza go duch Boże­go Naro­dze­nia i zapo­da­je wizję pt. “Co by było, gdy­byś jed­nak zre­zy­gno­wał z lotu i został z niu­nią?”. Sami wie­cie do cze­go to zmie­rza  (rodzi­na > fer­ra­ri). Nie żebym lubił takie smę­ty, ale to aku­rat napraw­dę przy­jem­ny film, poza tym zawsze miło wró­cić do cza­sów, kie­dy Nico­las Cage był kró­lem Hol­ly­wo­od. Miał wte­dy ten faj­ny luz w kola­nach. Teraz bije od nie­go tyl­ko despe­ra­cja.

Filmy na Boże Narodzenie


7. Holi­day

“Grzej­ni­czek nr 2”. Nie będę ściem­niał, że ten film jest dla mnie kla­sy­kiem, bo tak napraw­dę dopie­ro wczo­raj obej­rza­łem go pierw­szy raz w życiu.  I w sumie tyle wystar­czy­ło, żebym sku­mał skąd te pozy­tyw­ne opi­nie. Film jest po pro­stu dobrze napi­sa­ny i dobrze zagra­ny. Taki w sam raz, żeby dziew­czyn­ki tro­chę powz­dy­cha­ły i tro­chę pochli­pa­ły, a chłop­cy zapunk­to­wa­li za dotrzy­ma­nie im towa­rzy­stwa. Jeśli cho­dzi o fabu­łę, to mamy tutaj dwie dziu­nie ze zła­ma­nym ser­cem — Kate Win­slet i Came­ron Diaz. Obie w tym samym momen­cie (w świę­ta), docho­dzą do wnio­sku, że przy­da­ła­by im się jakaś odskocz­nia i zmia­na oto­cze­nia. Posta­na­wia­ją zamie­nić się kwa­dra­ta­mi na dwa tygo­dnie. I tym spo­so­bem Kejt uda­je się do sło­necz­ne­go LA,  z kolei Came­ron zmie­nia swo­ją wypa­sio­ną wil­lę z base­nem, na uro­czą chat­kę, poło­żo­ną w zaśnie­żo­nej angiel­skiej pro­win­cji… a póź­niej poja­wia się Jude Law i ją bała­mu­ci. Kejt wylo­so­wa­ła tro­chę gorzej, bo wyry­wa ją Jack Black. Ma za to do dys­po­zy­cji basen, więc osta­tecz­nie wycho­dzi na remis. 

Filmy na Boże Narodzenie


6. To wła­śnie miłość

“Grzej­ni­czek nr 3”. Kie­dy angli­cy obej­rze­li nasze pol­skie “Listy do M.”, to zazdrość tak bar­dzo ści­snę­ła im pośla­dy, że posta­no­wi­li zro­bić wła­sną wer­sję, a żeby nie zostać posą­dzo­ny­mi o pla­giat, dodat­ko­wo stwo­rzy­li wehi­kuł i cof­nę­li się w cza­sie. Dzię­ki tej zagryw­ce, wiki­pe­dia wska­zu­je, że to “Love actu­al­ly” było pierw­sze, ale my i tak wie­my swo­je #zerżne­li #pomysł. W każ­dym razie jest to abso­lut­ny kla­syk, w dodat­ku tak czę­sto kato­wa­ny przez tele­wi­zje (nie tyl­ko w świę­ta), że na pew­no znaj­dzie się cały zastęp ludzi, któ­rzy rzy­ga­ją nim, już na sam widok pla­ka­tu (Hali­na podaj wia­dro, zajaw­ka Love Actu­aly leci). Przy­zna­ję, że oso­bi­ście rów­nież od pew­ne­go cza­su omi­jam ten tytuł sze­ro­kim łukiem, ale skła­mał­bym, gdy­bym powie­dział, że za pierw­szym razem przez pierw­sze 1852 razy, nie tra­fiał mnie w mięk­kie. Nie­ste­ty tra­fiał. No co tu dużo gadać, dosko­na­ły sto­ry­tel­ling, z genial­ną obsa­dą. Dzie­sięć wąt­ków roz­gry­wa­ją­cych się pod­czas świąt, któ­re bar­dzo faj­nie się prze­ci­na­ją. Prop­su­ję, ale z “Lista­mi do M.” i “Syl­we­stra­mi w Nowym Yor­ku” spa­daj­cie. Ten motyw dzia­ła tyl­ko raz.

Filmy na Boże Narodzenie


5.  Zły Miko­łaj

Po mara­to­nie z grzej­nicz­ka­mi, czas zmie­nić nutę, co by nie dostać nud­no­ści od nad­mia­ru cukru. I tu ide­al­nie spraw­dzi się “Bad San­ta”, czy­li film, któ­ry kła­dzie lachę na typo­we świą­tecz­ne pier­do­lo­lo i wjeż­dza na peł­nej petar­dzie z wul­gar­nym, gbu­ro­wa­tym, nie­po­praw­nym poli­tycz­nie i sar­ka­stycz­nym Bil­lim Bobem Thor­to­nem w roli Świę­te­go Miko­ła­ja. Taki dok­tor House w bożo­na­ro­dze­nio­wych kli­ma­tach. Nie dla wszyst­kich pro­duk­cja, ale mi sia­da cał­kiem dobrze. Zresz­tą nie tyl­ko mi, bo Bil­ly Bob dostał za tę rolę nomi­na­cję do Zło­te­go Glo­bu. Ponad­to w dru­gim pla­nie prze­wi­ja się zawa­diac­ki gru­ba­sek, kóry dokła­da kolej­ne +20 do faj­no­ści fil­mu. Przy oka­zji przy­po­mi­na­ło mi się, że nie­daw­no wyszła dru­ga cześć. To już wiem, co będę oglą­dał w tym roku.

Filmy na Boże Narodzenie


4. Grem­li­ny roz­ra­bia­ją

Kla­syk. Gim­bus o imie­niu Will, dosta­je na gwiazd­kę uro­cze­go futrza­ka #Gizmo, a w raz z nim wytycz­ne, że nie wol­no go moczyć, wysta­wiać na świa­tło i kar­mić po pół­no­cy. Kolo oczy­wi­ście jest dzba­nem, więc pieć minut póź­niej zwier­za­czek wpa­da do wody, zosta­je naświe­tlo­ny, a o 3 w nocy, nakar­mio­ny pod korek. Kon­se­kwen­cje są takie, że z futrza­ka wyska­ku­ją kolej­ne futrza­ki, któ­re ewo­lu­ują w sie­ją­ce roz­pier­dol Grem­li­ny. W cza­sach dzie­ciń­stwa Grem­li­ny prze­ra­ża­ły mnie rów­nie moc­no, co Dia­beł Psz­czał­ka, Buka, Fred­dy Kru­ger i Lalacz­ka Chuc­ky. Dziś oglą­dam jak dobrą, paź­dzie­rzo­wą kome­dię. Film z 1984 roku, ale nadal daje radę. Wiem, bo dwa dni temu zno­wu sobie zapo­da­łem. A jak ktoś pali lol­ki, to już w ogó­le będzie miał ubaw po pachy.

Filmy na Boże Narodzenie


3. Kevin sam w domu

Nie ma Kevi­na = nie ma świąt, i to nie pod­le­ga dys­ku­sji. Wszy­scy niby narze­ka­ją “Oesu zno­wu Kevin”, ale jak trzy lata temu Pol­sat oznaj­mił, że nie puści, to z miej­sca były łzy i pety­cje do Solo­rza o przy­wró­ce­nie, bo #tra­dy­cja. I ja nawet z tym nie wal­czę. Kevin jest fil­mem, któ­ry praw­do­po­dob­nie widzia­łem naj­wię­cej razy w życiu, a mimo to, nadal mi się nie znu­dził. Na dru­gim miej­scu jest Shrek (na TVN śred­nio co dwa tygo­dnie) i Shre­ka na ten przy­kład już szcze­rze nie­na­wi­dzę. Wnio­ski? Kevin rzą­dzi. Poza tym nie oszu­kuj­my się, kie­dy jeste­śmy już nafa­sze­ro­wa­ni pie­ro­ża­ka­mi i mamy odpa­ko­wa­ne wszyst­kie pre­zen­ty (w 3 przy­pad­kach na 5, będzie to zestaw dez­odo­rant + per­fum mar­ki Str8), to nie ma nic lep­sze­go niż usiąść z całą rodzin­ką przed tele­wi­zo­rem i kom­cio­wać: “Taaa jasne, po takim gon­gu pusz­ką far­by w łeb, już daw­no by nie żył”. Kevin to nie film, Kevin to styl życia. P.S. To samo doty­czy Kevi­na same­go w Nowym Yor­ku.

Filmy na Boże Narodzenie


2. Witaj świę­ty Miko­ła­ju

Król kome­dii świą­tecz­nych, tak jak lew jest król dżun­gli. Czy jest na sali ktoś, kto prze­łą­cza kanał, jeśli w tv aku­rat pusz­cza­ją przy­go­dy Clar­ka Gri­swal­da, któ­ry chciał­by urzą­dzić kozac­kie świę­ta dla rodzin­ki, ale przez kosmicz­ną kumu­la­cję pecha, idzie mu jak po gru­dzie? Żodyn nie prze­łą­cza, bo ten film jest abso­lut­nym arcy­dzie­łem. Lek­ki, zabaw­ny, kli­ma­tycz­ny i do tego wystę­pu­je w nim janu­szo­wa­ty kuzyn Eddie. Uwiel­biam. Powin­ni go pusz­czać przy­naj­mniej tak samo czę­sto, jak Kevi­na. P.S. Che­vy Cha­se zro­bił mi dzie­ciń­stwo. P.S.2. Razem ze Ste­vem Mar­ti­nem.  

Filmy na Boże Narodzenie


1. Szkla­na Pułap­ka

Bro Code. Zasa­da 84. Brat porzu­ci wszyst­ko, czym się aktu­al­nie zaj­mu­je, jeśli w tele­wi­zji leci wła­śnie “Szkla­na pułap­ka”. Zasa­da doty­czy rów­nież „Ska­za­nych na Shaw­shank”, “Fore­sta Gum­pa”, “Ojca Chrzest­ne­go” oraz por­no. 
Wszyst­kie wyżej wymie­nio­ne fil­my są bar­dzo spo­ko, ale nie oszu­kuj­my się, nie ma bar­dziej świą­te­cze­go fil­mu niż “Szkla­na Pułap­ka”. Jest wigi­lia. Gru­bo po 22. Sie­dzisz w fote­lu, roz­wa­lo­ny niczym cesarz. Z roz­pię­ty­mi spodnia­mi, bo #pie­roż­ki. Sączysz (kolej­ne­go) dri­necz­ka i patrzysz, jak Bru­ce Wil­lis popy­la na bosa­ka i w zakrwa­wio­nym pod­ko­szul­ku po Naka­to­mi Pla­za, krzy­cząc od cza­su do cza­su YIPPEE KI YAY MOTHER******!”. W tym momen­cie docie­ra co cie­bie, że kolej­ny raz masz zaje­bi­ste świę­ta. Czy od życia moż­na chcieć wię­cej? Nie sądzę. 

Filmy na Boże Narodzenie


I uprze­dza­jąc jesz­cze ewen­tu­al­ne rekla­ma­cje i zaża­le­nia — “Elfa” nie ma, bo jak dla mnie, jest mega suchy. To samo ze “Świę­ta­mi Last Minu­te”, “Czte­re­ma gwiazd­ka­mi” i “Bra­tem Świe­te­go Miko­ła­ja”. Jed­no obej­rze­nie wystar­czy. “Jac­ka Fro­sta” nie ma, bo Nostal­gia Cri­tic zabił dla mnie ten film swo­ją rec­ką (roz­wal­co­wał wręcz). Pol­skiej “Cichej nocy” nie ma, bo to dra­mat i cię­żar, a w oko­li­cach świąt, to już wolę “grzej­nicz­ki”, acz­kol­wiek film sza­nu­ję. “Eks­pre­sów polar­nych”, “Artu­rów ratu­ją­cych świę­ta”, “Rudol­fów czer­wo­no­no­sych” i “Cudów na jakieś tam uli­cy” nie ma, bo tych pro­duk­cji aku­rat nie widzia­łem. No i nie ma też “Śnię­te­go Miko­ła­ja”, któ­re­go w sumie nawet lubię (tyl­ko jedyn­kę), ale jak­bym go umie­ścił, to było­by TOP11, a jed­nak TOP10 brzmi lepiej. No i nie ma tych low bud­ge­tów z Net­fli­xa, bo przez nie po pro­stu nie da prze­brnąć. Coś pomi­ną­łem?

A to widziałeś?