popKULTURA

Emigracja, czyli książka, która mnie wk**wiła. Głównie tym, że nie ja ją napisałem.

15/05/2019

Mój sta­ry to fana­tyk węd­kar­stwa. Pół miesz­ka­nia zaje­ba­ne węd­ka­mi (…)” — zna­cie ten tekst? Jeśli nie spę­dzi­li­ście ostat­niej deka­dy zamknię­ci w piw­ni­cy, to ban­ko­wo. Wszak był udo­stęp­nia­ny mniej wię­cej miliard razy w inter­ne­cie, a świę­tej pamię­ci Szołmaks.com, prze­ro­bił go nawet na etiu­dę fil­mo­wą, w któ­rej “fana­ty­ka węd­kar­stwa” bra­wu­ro­wo ode­grał Piotr Cyr­wus, czy­li kul­to­wy Rysiek z Kla­nu.

Tego typu hehesz­ko­we tek­sty, któ­re roz­no­szą się po inter­ne­cie, jak rota­wi­rus po żłob­kach, zwą się potocz­nie pasta­mi. Nie, nie cho­dzi o to, że cia­gną się jak spa­ghet­ti put­ta­ne­sca. Po pro­stu ludzie po ich prze­czy­ta­niu, jara­ją się niczym Kró­lew­ska Przy­stań po wizy­cie Dene­rys, i nie potra­fią sobie odmó­wić ich prze­ko­pio­wa­nia na wła­sne fejs­bu­ki, co by zio­mecz­ki też mogły się pośmiać (copy paste -> kopi pasta -> pasta! Łapie­cie?).

Jeśli cho­dzi o nasze podwór­ko, nie­kwe­stio­no­wa­nym kró­lem past jest koleś, któ­ry dzia­ła pod pseu­do­ni­mem Mal­colm XD. To wła­śnie on popeł­nił “Fana­ty­ka węd­kar­stwa”, to on stwo­rzył histo­rię o pato­lo­gu krzy­czą­cym pod jakimś ran­do­mo­wym blo­kiem “Paaaaau­li­na, kto cię dyma jak mnie ni ma?” oraz dzie­siąt­ki innych tek­stów, któ­re dziś mają już sta­tus kla­sy­ki. Taki Rychu Peja w tema­cie past.

Przy­zna­ję bez bicia, że pod wzglę­dem twór­czo­ści, Mal­colm XD jest mi naj­bliż­szą oso­bą w inter­na­tach. Jego tek­sty to w 100% moje kli­ma­ty. Absurd, zaba­wa sło­wem, spraw­ne wpla­ta­nie nowo­mo­wy inter­ne­to­wej, wysu­bli­mo­wa­ne rzu­ca­nie wul­ga­rem, pod­śmie­chuj­ki ze ste­reo­ty­pów i zaska­ku­ją­ce puen­ty. No jak tego nie kochać? Ile razy czy­tam jego nową pastę, tyle razy myślę sobie, że trze­ba mieć łeb jak sklep, żeby coś takie­go wymy­ślić #sza­cun… a chwi­lę póź­niej mam ból tył­ka, że sam nie potra­fię wsko­czyć na taki poziom #zazdrość

A nawi­jam o nim, bo tak się skła­da, że Mal­colm zro­bił to, co swe­go cza­su zro­bi­łem i ja -> wyszedł z inter­ne­tów i wydał swo­je tek­sty w for­mie papie­ro­wej. “Emi­gra­cja” zade­biu­to­wa­ła dziś w księ­gar­niach, ale korzy­sta­jąc z fak­tu, że jestem roz­chwy­ty­wa­ny influ­en­cer ;), mia­łem oka­zję prze­czy­tać ją jesz­cze w wer­sji recen­zenc­kiej. Powiem krót­ko, wyszła ele­ganc­ko.

Jak spo­ile­ru­je tytuł,  jest to opo­wieść o Mal­col­mie, któ­ry po skoń­cze­niu ogól­nia­ka, posta­na­wia opu­ścić typo­we pol­skie mia­stecz­ko “z licz­bą lud­no­ści 10 000 — 19 999” i ruszyć w celach zarob­ko­wych do UK (ponoć bazu­je na auten­tycz­nych histo­riach), zali­cza­jąc po dro­dze mnó­stwo mniej i bar­dziej nie­for­tun­nych przy­pa­łów przy­gód. Książ­ka jest w 100% pre­mie­ro­wym mate­ria­łem, więc nie ma stra­chu, że już to kie­dyś czy­ta­li­ście (nie licząc frag­men­tów udo­stęp­nio­nych w celach pro­mo­cyj­nych). Skła­da się z kil­ku­na­stu roz­dzia­łów, w któ­rych Mal­colm trosz­kę roz­pier­ni­czył sys­tem, gdyż ponie­waż, każ­dy taki roz­dział swo­bod­nie może uznać za osob­ną pastę, ale myk jest taki, że roz­dzia­ły są ze sobą logicz­nie powią­za­ne, co spra­wia, że praw­do­po­dob­nie otrzy­mu­je­my naj­dłuż­szą pastę ever. W dodat­ku dobrą #sza­nu­ję.

Wybór tema­ty­ki emi­gra­cyj­nej uzna­ję za strzał w dzie­siąt­kę. Dała ide­al­ną oka­zję do wyśmia­nia mnó­stwa ste­reo­ty­pów — mało­mia­stecz­ko­wej men­tal­no­ści, róż­nic kul­tu­ro­wych, dale­kich podró­ży w kla­sie “pol­ski bus”, tirow­ców, tak­sów­ka­rzy, rik­sia­rzy, nie­miec­kich auto­strad, obo­zów pra­cy, dni agre­stu, ludzi, któ­rzy emi­gru­ją na pałę (nie znam języ­ka, nie mam kasy, nie mam nic klep­nię­te­go na miej­scu, ale w Lon­dy­nie miesz­ka mój dale­ki kuzyn, więc jakoś to będzie) i wie­lu wie­lu innych. Te histo­rie mają takie sory­tel­lin­go­we flow, że nie da się ich czy­tać na raty. Nope, po każ­dy roz­dzia­le mówisz sobie, no dobra to jesz­cze jeden tekst i idę spać… po czym trzy godzi­ny póź­niej czy­tasz ostat­nie zda­nie i masz doła, że to już. Na szczę­ście zakoń­cze­nie jest otwar­te, więc może­my się spo­dzie­wać, że ciąg dal­szy nastą­pi. <I bar­dzo ku*wa dobrze>

Prze­wi­du­ję, że znaj­dą się dzien­ni­ka­rze sta­rej daty, któ­rzy będą depre­cjo­no­wać tę ksiąz­kę, mówiąc, że inter­ne­to­we hehesz­ki nie są god­ne, żeby nazy­wać je powie­ścią. Bre­dzą. To jest dobre, nośne, swie­że, zabaw­ne, napi­sa­ne z polo­tem, a przy oka­zji zaha­cza o wie­le spraw, któ­re napraw­dę uwie­ra­ją ludzi. Nie­je­den Mirek odnaj­dzie sie­bie pod­czas lek­tu­ry. Minus jest taki, że zno­wu mam ból dup­ska, że nie ja to napi­sa­łem. Powiem tak: “Mal­colm lubię Cię i chęt­nie poszedł­bym z Tobą na bur­ge­ra i brow­ca, ale przy oka­zji pie*rdol się”. I wyska­kuj z dru­gie­go tomu. Teraz, natych­miast.

Jeśli chce­cie oso­bi­ście spraw­dzić, czy “Emi­gra­cja” fak­tycz­nie  jest taka krzep­ka, to tu macie link z naj­lep­szy­mi cena­mi <KLIK>. Prop­su­ję. Jak­by co, to ebo­ok wyj­dzie dopie­ro w lip­cu.

P.S. Tak na mar­gi­ne­sie powiem, że mimo iż Mal­colm jest legen­dą na Wyko­pie, to jakimś cudem nadal uda­je mu się zacho­wy­wać ano­ni­mo­wość. Kinia Rusin stwier­dzi­ła nawet w śnia­da­niów­ce, że to taka zagryw­ka a’la pol­ski Bank­sy, z kolei sam Mal­colm w jed­nym z wywia­dów przy­znał, że to żaden chwyt mar­ke­tin­go­wy, tyl­ko koniecz­ność. Ponoć pia­stu­je na tyle odpo­wie­dzial­ne sta­no­wi­sko, że świa­tem zatrzę­sło­by w posa­dach, gdy­by wypły­nę­ły jego per­so­na­lia. Dys­po­nu­jąc tymi dany­mi, obsta­wiam, że Mal­colm to tak napraw­dę pre­mier Mora­wiec­ki. Daty i miej­sca się zga­dza­ją, chan­ge my mind.

A to widziałeś?