popKULTURA

Do utraty sił. Iść czy nie iść?

08/09/2015

Nie spraw­dza­łem dokład­nie, ale ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że ze wszyst­kich fil­mów trak­tu­ją­cych o spo­rcie, naj­le­piej sprze­dają się te z bok­sem w tle. Na bazie tej dys­cy­pliny powstała cała masa hicio­rów, m.in.: kul­towa saga “Rocky’ego”, na któ­rej wypły­nął Sylve­ster Stal­lone, “Wście­kły Byk” z De Niro, “Hura­gan” z Den­ze­lem Washing­to­nem, “Czło­wiek Ringu” z Rus­sel­lem Crowe, “Figh­ter” z Bale’m i Wahl­ber­giem, czy cho­ciażby “Za wszelką cenę” wyre­ży­se­ro­wane przez samego Clinta Eastwo­oda. Poza tym, że boks bar­dzo dobrze pre­zen­tuje się na ekra­nie, daje też twór­com ide­alny kon­tekst do zbu­do­wa­nia kla­sycz­nej opo­wie­ści “od zera do boha­tera”. Histo­rii, gdzie główna postać musi naj­pierw dotknąć dna, aby osta­tecz­nie zdo­być szczyt, a dzięki zwy­cię­stwu na ringu, wygrywa też w życiu oso­bi­sty. Tego typu banały. Są łzy, jest pot, dra­mat, poświę­ce­nie i happy end, czyli to, co Hol­ly­wood kocha naj­bar­dziej. Nic dziw­nego, że ten sche­mat jest tak czę­sto eks­plo­ato­wany i do kin wcho­dzi wła­śnie kolejna pro­duk­cja z tej kate­go­rii. Mowa o “South­paw”, prze­tłu­ma­czo­nym przez naszych dys­try­bu­to­rów jako hmmm… “Do utraty sił”. Za kamerą sta­nął Anto­ine Fuqua, koleś, który ma na kon­cie rewe­la­cyjny “Dzień próby” i idio­tyczne “Bez lito­ści” (“Equ­ali­zer”) z zeszłego roku. Oba z Den­ze­lem Washing­to­nem. Jak mu wyszło tym razem? Poni­żej posta­ram się odpo­wie­dzieć na to pyta­nie.

 
Ale o co cho­dzi?

Billy Hope, w tej roli Jake Gyl­len­haal, jest nie­kwe­stio­no­wa­nym mistrzem boksu w wadze pół­cięż­kiej, z osza­ła­mia­jącą sta­ty­styką 43 zwy­cię­stwa i 0 pora­żek. Ma wszystko — sławę, kasę, wylasz­czoną żonę i (powiedzmy) uro­czą córkę. Świat dosłow­nie leży u jego stóp. Do czasu. Pod­czas balu dobro­czyn­nego zostaje zaata­ko­wany przez bok­sera pre­ten­du­ją­cego do tytułu mistrzow­skiego. Wybu­cha zamie­sza­nie, w wyniku któ­rego docho­dzi do przy­pad­ko­wego wystrzału. Zbłą­kana kula śmier­tel­nie rani żonę Billy’ego. Ta tra­ge­dia wywraca świat głów­nego boha­tera do góry nogami. Popada w depre­sje, co osta­tecz­nie dopro­wa­dza go do utraty pie­nię­dzy, przy­ja­ciół i praw do opieki nad córką. Jedy­nym spo­so­bem na odbi­cie się od dna jest zaczę­cie wszyst­kiego od początku. Jak to bywa w Hol­ly­wo­odz­kich pro­duk­cjach, Billy musi prze­nieś się z willi wyło­żo­nej mar­mu­rem do bied­nej dziel­nicy, gdzie roz­pocz­nie tre­ningi w pod­nisz­czo­nej sali gim­na­stycz­nej, pod okiem szorst­kiego tre­nera z trau­ma­tyczną prze­szło­ścią. Od tego momentu będzie zapier­da­lał jak mały samo­cho­dzik i uczył pokory do czas, aż los da mu kolejną szansę do walki o odzy­ska­nie córki i mistrzow­skiego pasa.

 
Iść czy nie iść?

Cóż, “Do utraty sił” może i nie jest pozy­cją “must see”, ale śmiało można iść. Film mimo, iż zbu­do­wany na bana­łach i wytar­tych sche­ma­tach, ogląda się zaska­ku­jąco przy­jem­nie. Naj­więk­sza w tym zasługa Jake’a Gyl­len­ha­ala, który jak zwy­kle dał z sie­bie 120% i kolejny raz udo­wod­nił, że jest aktor­skim TOPem. Bar­dzo dobrze wypadł też For­rest Whi­ta­ker w roli trenera-mentora, cho­ciaż to aku­rat można było zało­żyć w ciemno. W obsa­dzie zoba­czymy jesz­cze Rachel McA­dams i 50 Centa jako śli­skiego mena­dżera, ale ich role są zbyt epi­zo­dyczne żeby wpa­dać w zachwyty. Uznajmy, że wątek dra­ma­tyczny jest zja­dliwy. Histo­ria w miarę trzyma się kupy i nie mam do niej więk­szych zastrze­żeń, jed­nak esen­cję w fil­mach bok­ser­skich sta­no­wią walki i to wła­śnie w tej mate­rii twórcy zbie­rają naj­wię­cej punk­tów. Co prawda widać tu ewi­dentną “inspi­ra­cję” Rocky’m, ale z dru­giej strony po co zmie­niać coś, co jest zaje­bi­ste? W każ­dym razie dosta­jemy dyna­micz­nie zmon­to­wany mate­riał poka­zu­jący wynisz­cza­jące fizycz­nie tre­ningi, poranne biegi po mie­ście w sza­rej blu­zie z kap­tu­rem (kla­syk), triki ze ska­kanką i bicie gru­chy (bok­ser­skiej).

 

Sam sche­mat przy­go­to­wań do walki to zrzynka z Rocky’ego IV, czyli Billy podob­nie jak Sly ćwi­czy na naj­prost­szym sprzę­cie albo i bez, pod­czas gdy jego prze­ciw­nik iden­tycz­nie jak Dolph Lund­gren (Drago w “Rocky IV) tre­nuje na bogato. Same walki to typowa fil­mowa rąbanka. 12 rund cią­głego napa­rza­nia się po mor­dach i nokauty w sloł­moł­szyn. Zero gardy, zero klin­czy, za to mnó­stwo cio­sów w ryj z całej petardy. Oczy­wi­ście bok­se­rzy przyj­mują je jak gdyby nigdy nic. Być może ktoś się do tego przy­czepi, ale oso­bi­ście uwiel­biam ten motyw do tego stop­nia, że więk­szość praw­dzi­wych walk jest dla mnie mega roz­cza­ro­wu­jąca. Ocze­kuję soczy­stego pra­nia się po gębach, a dostaję dwóch przy­tu­lo­nych kolesi tań­czą­cych walca. Idź pan w chuj z takim bok­sem. Kto widział walkę “stu­le­cia” May­wa­ther vs Pacqu­iao, ten wie o czym mówię. Wra­ca­jąc do filmu, należy jesz­cze wspo­mnieć o ide­al­nie dopa­so­wa­nym soud­tracku, za który oso­bi­ście odpo­wiada Emi­nem. Całość zasłu­guje na mocną 7-kę i dostaje moją reko­men­da­cję.

A to widziałeś?