popKULTURA

Diablo. Wyścig o wszystko. Recka ze spoilerami i mową nienawiści

20/01/2019

Skre­wi­łem. Kil­ka dni temu byłem na pre­mie­rze “Dia­blo wyścig o wszyst­ko”, po czym popeł­ni­łem rec­kę. Nie­ste­ty napi­sa­łem ją bez­piecz­nie. Nie, żebym skła­mał albo coś. Po pro­stu, zamiast kie­ro­wać się wła­sny­mi odczu­cia­mi, coś mi odwa­li­ło i sta­ra­łem się oce­niać film ocza­mi nie­dziel­ne­go widza. Wie­cie, takie­go, któ­ry na Film­we­bie zawsze pisze: “Chy­ba się nie spo­dzie­wa­łeś, że film roz­ryw­ko­wy będzie logicz­ny?”, albo “No i co, że chu­jo­we efek­ty? My w Pol­sce nie mamy tylu pie­niąż­ków, co w Hol­ly­wo­od, więc wia­do­mo, że będzie wyglą­da­ło to tro­chę gorzej” <face­palm>.

Wybacz­cie. Nie wiem, jak do tego doszło. Być może to kwe­stia tego, że rec­kę pisa­łem na inną stro­nę i tro­chę się spią­łem (nie sku­ma­ją moje­go sty­lu), a może to przez sytu­ację z fina­łu WOŚP i strach, że teraz wszyst­ko będzie odbie­ra­ne jako mowa nie­na­wi­ści? Zresz­tą nie drąż­my. Posy­pu­je gło­wę popio­łem i recen­zu­ję jesz­cze raz. Tym razem 100% z moje­go punk­tu widze­nia.

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi “Dia­blo. Wyścig o wszyst­ko jest tak samo nędz­ny, jak pla­ka­ty, któ­re go pro­mo­wa­ły. Babo­li jest bez liku, a naj­więk­sza bie­da to zde­cy­do­wa­nie efek­ty spe­cjal­ne. Jest tam kil­ka scen wybu­chów, z któ­rych każ­dy wyglą­da, jak tysiąc nie­szczęść. Serio. Momen­tal­nie wró­ci­ły do mnie demo­ny z seria­lo­we­go “Wiedź­mi­na”. Pamię­ta­cie tego nie­udol­nie wyge­ne­ro­wa­ne­go w CGI smo­ka? <Gra­fik for­sę wziął, potem zaczął pić>. W Dia­blo mamy ten sam poziom, a już total­ne kurio­zum sta­no­wi sce­na fina­ło­wa, gdzie poli­cyj­ny heli­kop­ter leci za fura­mi bio­rą­cy­mi udział w nie­le­gal­nym wyści­gu, wtem pilot nie zauwa­ża mostu Świę­to­krzy­skie­go i na peł­nej petar­dzie wbi­ja czo­ło­wo w jego przę­sło. Pytam się JAK? Miesz­kam 10 kilo­me­trów od tego mostu, a i tak widzę go z okna, zresz­tą trud­no nie zauwa­żyć, bo jeba­niut­ki jest pod­świe­tlo­ny niczym kasy­na w Las Vegas, tym­cza­sem szko­lo­ne­mu pilo­to­wi jakimś cudem się uda­je. No bra­wo Jasiu. Na tym nie koniec, bo chwi­lę póź­niej wrak tego heli­kop­te­ra spa­da na uli­ce i tak żało­śnie wybu­cha, że wszyst­kim widzom w tym samym momen­cie wypa­dły oczy. Budżet efek­tów spe­cjal­nych sza­cu­ję na maks 50 gro­szy.

Dra­mat numer dwa — fabu­ła
Film od pierw­szej sce­ny pró­bu­je nam wmó­wić, że Kuba, czy­li głów­ny boha­ter, to taki miszcz kie­row­ni­cy, że Kubi­ca może mu co naj­wy­żej nale­wać płyn do spry­ski­wa­czy. Pro­blem w tym, że nie dosta­je­my na to żad­nych dowo­dów. Poznaj­my go jako dostaw­cę keb­sów, któ­ry popy­la na sku­te­rze i w kasku typu orze­szek, po czym nastę­pu­je prze­skok w noc­ne kli­ma­ty, gdzie typ bie­rze udział w nie­le­gal­nych zawo­dach w dri­fto­wa­niu pod Tesco. Guess what? Prze­gry­wa, bo psu­je mu się fura. Mimo to inni kie­row­cy dostrze­ga­ją w nim nie­sa­mo­wi­ty talent i wyjeż­dża­ją z tek­sta­mi w sty­lu “Kur­ła ziom wymia­tasz. Musisz koniecz­nie poznać Maxa, któ­ry trzę­sie świat­kiem nie­le­gal­nych wyści­gów. On cię wkrę­ci w legen­dar­ne zawo­dy o tytuł Dia­blo”.

Ok, jeśli to, co widzia­łem, jest wystar­cza­ją­ce, żeby zostać legen­dą nie­le­gal­nych wyści­gów, to wszy­scy kie­row­cy BORu, któ­rzy w ostat­nim cza­sie zali­czy­li dzwo­na, koniecz­nie powin­ni zgło­sić się do Maxa. On na pew­no dostrze­że w ich talent.

Jedzie­my dalej. Czym są te osła­wio­ne zawo­dy Dia­blo, w któ­rych moż­na stra­cić życie?
Otóż to popier­dół­ka jest, bo oka­zu­je się, że bie­rze w nich udział tyl­ko czwór­ka kie­row­ców, z cze­go jed­na bab­ka to cór­ka orga­ni­za­to­ra i jeź­dzi po zna­jo­mo­ści, a pozo­sta­ła troj­ka jest total­nie nie­kom­pe­tent­na i myli jedyn­kę ze wstecz­nym, dzię­ki cze­mu na dzień dobry prze­pie­rza­ją dupą w słup. Poza tym oni się nie ści­ga­ją na zasa­dzie wygry­wa naj­szyb­szy, tyl­ko przez dwie minu­ty muszą utrzy­mać się na torze, po któ­rym goni ich, mru­żą­cy oczy jak­by miał jaskrę, Miko­łaj Roz­ner­ski i dwój­ka przy­du­pa­sów. Uuu taaaak bar­dzo nie­bez­piecz­nie #gęsia­skór­ka. I tu zno­wu nie widzi­my tego skil­la Kuby. Typ po pro­stu far­ci. Przez pierw­szą minu­tę ma total­ny luz, bo Roz­ner­ski sku­pia się na ści­ga­niu pozo­sta­łych wafli, a póź­niej cho­wa się za hał­dą pia­chu, bo zawo­dy odby­wa­ją się w opusz­czo­nym kamie­nio­ło­mie. I to tyle. Emo­cje jak na rybach.

image020

Orga­ni­za­to­rem tych nie­bez­piecz­nych zawo­dów jest Ceza­ry Pazu­ra. Za dnia hur­tow­nik z Rado­mia, za to w nocy wiel­ki szef mafii XD. Myk jest taki, że Ceza­ry P. zapra­sza do swo­jej kan­cia­py innych biz­nes­me­nów, po czym przyj­mu­je od nich zakła­dy, a następ­nie odpa­la tele­wi­zor, na któ­rym trans­mi­to­wa­ne są wyści­gi Dia­blo live. Nie wiem, jak mu się ten biz­nes spi­na, sko­ro udział bie­rze tyl­ko czwór­ka kie­row­ców? To ozna­cza, że na kogo by nie posta­wić, ma się aż 25% szans na wygra­ną. Cosik dużo. A jak się obej­rzy zale­d­wie jeden wyścig, szan­se są jesz­cze więk­sze, bo wte­dy już wia­do­mo, że trój­ka raj­dow­ców praw­do­po­dob­nie ma praw­ko poni­żej roku i jeź­dzi z naklej­ką zie­lo­ne­go list­ka na tyl­nej szy­bie. Tyl­ko wariat by na nich sta­wiał. Jed­nak Ceza­ry Pazu­ra tego nie dostrze­ga i wycho­dzi z zało­że­nia, że jego jedy­nym pro­ble­mem jest ten arcy­mistrz kie­row­ni­cy, Kuba. Jeśli go wyko­si, to zawo­dy zno­wu sta­ną nie­prze­wi­dy­wal­ne <Bitch plizz>.

Dobra prze­milcz­my to, bo s(ł)ów brak. Po pro­stu zasta­nów­my się, jak­by tu sku­tecz­nie pozbyć się Kuby? Hmmm bio­rąc pod uwa­gę, że typ dostar­cza keb­sy, zamó­wił­bym podwój­ne­go na cien­kim z dosta­wą do jakie­goś ciem­ne­go zauł­ka, po czy przy­wi­tał go strza­łem z bejs­bo­la w cyn­giel, a cia­ło zako­pał w ogród­ku. Nie dość, że temat zała­twio­ny, to jesz­cze miał­bym keb­sa. Nie­ste­ty Ceza­ry P. na to nie wpa­da. Urzą­dza za to jakieś zasadz­ki z odwło­ka, któ­re zawsze koń­czą się poraż­ką #szok. Ten film jest tak głu­pi, że to aż boli.

Wątek roman­tycz­ny.
Ten to dopie­ro jest kre­tyń­ski. Sche­mat jest nastę­pu­ją­cy — miszcz Kuba wkra­cza do pod­ziem­ne­go świa­ta i gów­no robi, ale tyle wystar­cza, żeby naj­lep­sza dziu­nia na dziel­ni się zro­si­ła. Pod­bi­ja do nie­go, rzu­ca żar­ci­ka­mi, flir­tu­je, krę­ci loka, przy­gry­za war­gę, tym­cza­sem Kuba zero reak­cji. Stoi tyl­ko i się lam­pi. I tyle wystar­cza, bo 5 minut póź­niej focz­ka ujeż­dża go, jak­by jutra mia­ło nie być. Tzn. film tyl­ko tak suge­ru­je, bo o zoba­cze­niu boob­sów może­cie poma­rzyć. W każ­dym razie reflek­sja z tego nie­sa­mo­wi­te­go roman­su jest taka, że nic tak nie krę­ci babe­czek, jak pasyw­ność. Czy­li macie szan­se.

image022

Fury.
Okej tu nie jest źle, bo prze­wi­ja się cał­kiem sexi Audi­ca, Mustang, Aston Mar­tin, Lam­bo i jesz­cze kil­ka faj­nych bry­czek, ale wie­cie, na czym pole­ga róż­ni­ca pomię­dzy “Dia­blo” a “Fast & Furio­us”? W “Szyb­kich i Wście­kłych” tych fur jest w pytę i nikt się nie szczy­pie, jeśli któ­raś się prze­ry­su­je, albo zali­czy dacho­wa­nie. A w “Dia­blo”? Taniość! Twór­cy na bank puści­li info na fejs­bu­niu, że szu­ka­ją kil­ka faj­nych bry­czek do fil­mu, na co zgło­si­li się wła­ści­cie­le tako­wych i zapew­ne zapo­da­li tak: “Może­cie wyko­rzy­stać moje autko w nagra­niach, tyl­ko żeby mi kur­ła żad­nej ryski nie było. I gum też nie pal­cie, bo to nie są tanie rze­czy”. I wła­śnie dla­te­go oglą­da­my jakieś drę­twe raj­dy, od któ­rych konar zde­cy­do­wa­nie nie pło­nie.​

image024

 

I jesz­cze jed­na rzecz. W “Szyb­kich i Wście­kłych” sce­na­riusz rów­nież nie nale­ży do najam­bit­niej­szych, ale tam przy­naj­mniej jest wido­wi­sko­wo i czuć che­mię mię­dzy eki­pą. Vin Ben­zy­niak i spół­ka dla nie jed­ne­go Seb­ka są bliż­si niż ziom­ki z osie­dla. A tu? Ban­da typów z łapan­ki, któ­rzy nie dość, że niko­go nie obcho­dzą, to nawet nie udo­wod­ni­li, że potra­fią jeź­dzić. Czym się tu jarać?

Szko­da cza­su i kasy. Jak już macie iść do kina na pol­ską pro­duk­cję, to suge­ru­ję jed­nak “Under­do­ga”. Też tył­ka nie ury­wa, ale przy­naj­mniej bro­ni się jako dra­mat o zła­ma­nym przez życie kole­siu, któ­ry pró­bu­je wstać z kolan. Dia­blo nie jest nawet na kola­nach. On leży w kału­ży wła­snej ury­ny.

A to widziałeś?