popKULTURA

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii, “dwójka” zamiast trójki

01/02/2015

Peter Jack­son pew­ne­go ran­ka wstał, ubrał swój ulu­bio­ny, różo­wy szla­fro­czek z kolek­cji “Hel­lo Kit­ty” i wsu­nął na sto­py wygod­ne, żół­te bam­bo­sze w kształ­cie sło­ni­ków. Po krót­kim dra­pa­niu się po dupie, zwy­cza­jo­wo poma­ga­ją­cym z rana zebrać myśli, poczła­pał do komo­dy, na któ­rej trzy­mał mister­nie zdo­bio­ną, rusty­kal­ną szka­tuł­kę. Powo­lut­ku uniósł wiecz­ko i zmru­żył oczy pora­żo­ne nagłym bla­skiem dosko­na­ło­ści biją­cym z wnę­trza skrzy­necz­ki. Patrzył na swój dotych­cza­so­wy, inspi­ro­wa­ny twór­czo­ścią Tol­kie­na doro­bek. Pięć pereł w koro­nie X muzy. Pięć obra­zów, któ­re zde­fi­nio­wa­ły na nowo fil­mo­we fan­ta­sy i wypi­sa­ły się zło­ty­mi lite­ra­mi w histo­rii kina. Ponad pięt­na­ście godzin kine­ma­to­gra­ficz­ne­go arcy­dzie­ła, wspa­nia­łej, zapie­ra­ją­cej dech w umię­śnio­nej kla­cie, epic­kiej, uni­wer­sal­nej, ponad­cza­so­wej opo­wie­ści. Rze­sze wier­nych fanów, milio­ny odda­nych umy­słów nie­prze­rwa­nie skan­du­ją­cych “one Peter Jack­son to rule them all”. Nie­zli­czo­ne pary oczu oglą­da­ją­ce te wspa­nia­łe dzie­ła wie­lo­krot­nie, zawsze i wszę­dzie, nawet na TVN choć przy­ję­ło się w spo­łe­czeń­stwie, że oglą­dać TVN to gorzej niż puścić gło­śne­go bąka w win­dzie. O wła­śnie tak wybit­nych fil­mach tu mówi­my.

Peter Jack­son uśmiech­nął się pod nosem. Miał już pomysł na opus magnum, osta­tecz­ne dzie­ło będą­ce zwień­cze­niem dłu­giej przy­go­dy z J.R.R i wisien­ką na tor­cie dla wszyst­kich miło­śni­ków gatun­ku. Nie­spiesz­ne otwo­rzył okno i wziął głę­bo­ki wdech. Pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca leni­wie roz­le­wa­ły się po posadz­ce, a deli­kat­ne podmu­chy wia­tru świsz­czą­ce w szcze­li­nach fra­mu­gi nio­sły zna­ny wszyst­kim elfi szept:

I amar pre­star sen… The world is chan­ged. Han mathon ne nen,
han mathon ne chae… I feel it in the water, I feel it in the earth, I smell it
in the air. Much that once was is lost, for none now live who remem­ber it.

Sław­ny reży­ser pod­wi­nął poły szla­frocz­ka, przy­jął pozy­cję nar­cia­rza… i bru­tal­nie sfaj­dał się do szka­tuł­ki jak wiru­ją­cy śmi­gieł­ko­wa­tym ogon­kiem hipo­po­tam z “Natio­nal Geo­gra­phic” zna­czą­cy swo­je tery­to­rium. X muza już zawsze będzie marsz­czyć mord­kę przy zakła­da­niu koro­ny…

Sta­ło się. Pie­kło zamar­z­ło, pla­ne­ty krą­żą­ce wokół słoń­ca nagle sta­nę­ły dęba a Xbox One stał się lep­szy niż Play­sta­tion 4. Nie­wy­obra­żal­ne się sta­ło. Naj­now­szy “Hob­bit” to naj­de­li­kat­niej mówiąc poli­czek dla wszyst­kich fanów Śród­zie­mia żeby nie powie­dzieć ster­ta paru­ją­ce­go łaj­na wyda­lo­na przez same­go Mor­go­tha w ostat­niej sekun­dzie przed eks­mi­sją z Ardy. Wciąż nie mogę uwie­rzyć, że to się dzie­je napraw­dę. To nie jest halu­cy­na­cja od niskie­go pozio­mu cukru we krwi. To nie jest szok fiskal­ny po otrzy­ma­niu man­da­tu za prze­pa­lo­na żarów­kę w aucie i to nie jest śpiącz­ka pokar­mo­wa po nie­dziel­nym obie­dzie u bab­ci. Ner­wo­we szczy­pa­nie się w mosz­nę nie pomo­że. To nie sen, to rze­czy­wi­stość roz­dzie­ra­ją­ca ser­ce, skrze­czą­ca jak Nazgul i nie pozo­sta­wia­ją­ca złu­dzeń.

Jak pamię­ta­my z poprzed­niej czę­ści, kra­sno­lu­dy co praw­da wbi­ły do Ere­bo­ru lecz przy oka­zji roz­la­ły tro­chę mlecz­ka. To roz­la­ne mlecz­ko w posta­ci wkur­wio­ne­go Smau­ga będą musie­li wypić miesz­kań­cy leżą­ce­go nie­opo­dal Lake-town, gdyż wła­śnie tam smok leci odre­ago­wać swój wewnętrz­ny nie­po­kój. Film zaczy­na się pięk­nie. Wyso­kiej jako­ści cyfro­wy smok maje­sta­tycz­nie pły­ną­cy po noc­nym nie­bie. Poni­żej prze­ślicz­ne, roz­świe­tlo­ne mia­sto wyro­słe pośrod­ku jezio­ra i spa­ni­ko­wa­ny plebs prze­czu­wa­ją­cy już, że gów­no lada chwi­la wpad­nie w wen­ty­la­tor. Pierw­szy nawrót Smau­ga i napalm ze smo­cze­go pyska rado­śnie otu­la wio­chę gore­ją­cym kocy­kiem. Nic nie zapo­wia­da kata­stro­fy. Uczta dla oczu, uczta dla uszu. Do per­fek­cji bra­ko­wa­ło tyl­ko by spa­ni­ko­wa­ny plebs krzy­czał “ale prze­cież jeste­śmy zie­lo­ną wyspą”. Nie­ste­ty ta wizu­al­nie atrak­cyj­na sce­na nie trwa dłu­go. Smok nie­sio­ny nad­mier­nym entu­zja­zmem i prze­sad­ną wia­rą we wła­sne kom­pe­ten­cje zaczy­na gadać. Popeł­nia kla­sycz­ny fil­mo­wy błąd, nacie­ra się publicz­nie wła­snym jeste­stwem zamiast koń­czyć to co zaczął. Leszek Mil­ler powie­dział­by, że ten smok w ogó­le nie ma zadat­ków na praw­dzi­we­go męż­czy­znę.


The_Hobbit_Smaug

W chwi­li gdy zwło­ki Smau­ga doty­ka­ją pod­ło­ża czar pry­ska jak jogurt w oczy po gwał­tow­nym szarp­nię­ciu wiecz­ka. Resz­ta fil­mu to… cha­os, nie­zro­zu­mia­łe mio­ta­nie się obsa­dy po ekra­nie, dia­lo­go­we kon­wul­sje, ago­nal­ne dłu­ży­zny, nisko­bu­dże­to­wa nar­ra­cja, tele­no­we­lo­we chwy­ty, baza­ro­wa pre­ten­sjo­nal­ność, absur­dy i inne hipo­kam­po­je­by. Sam pod­ty­tuł już jest nie­po­ro­zu­mie­niem. “Bitwa Pię­ciu Armii”. Pię­ciu armii, my ass! Patrząc przez pal­ce jak GUS przy sza­co­wa­niu śred­niej kra­jo­wej doli­czy­łem się od bie­dy trzech i pół armii. Orki, kra­sno­lu­dy, elfy i garst­ka wystra­szo­nych goło­dup­ców z Lake-town, któ­rych nazwać armią to jak nazwać straż­ni­ka miej­skie­go koman­do­sem Del­ta For­ce. Jeśli ktoś liczy orły jako armię to jest nie­speł­na rozu­mu. Ale dobrze, niech będzie trzy i pół armii, z taką ilo­ścią też da się pra­co­wać. Zaak­cep­to­wał­bym nawet dwie armie gdy­by tyl­ko Tho­rin “Dębo­wa Tar­cza” pozo­stał tym sta­rym, dobrym Tho­ri­nem “Dębo­wą Tar­czą” zna­nym z poprzed­nich czę­ści. Tho­rin z “Bitwy Pię­ciu Armii” ze wzglę­du na żenu­ją­co sła­by sce­na­riusz został poważ­nie poha­ra­ta­ny dia­lo­go­wo i beha­wio­ral­nie. Być może jest to naj­dra­ma­tycz­niej­sza, nie­ko­rzyst­na trans­for­ma­cja boha­te­ra try­lo­gii od cza­su gdy gdzieś mię­dzy pierw­szą a dru­gą czę­ścią “Matrik­sa” Mor­fe­uszo­wi wszy­to ope­ra­cyj­nie kołek od mio­tły w dupę czy­niąc z nie­go zwy­kłe­go, napu­szo­ne­go bura­ka. Cho­ro­ba psy­chicz­na kra­sno­ludz­kie­go wodza jest przed­sta­wio­na w spo­sób nie­udol­ny i męczą­cy, te dia­lo­gi są jak sól wysy­py­wa­na na świe­że rany. Momen­ta­mi jest nie­bez­piecz­nie bli­sko odcin­ka “Krop­ki nad i”. Mio­tasz się na fote­lu jak świe­żo zło­wio­ny dorsz w mimo­wol­nym, tak zwa­nym “co oni pierdolą”-odruchu. Na szczę­ście kra­sno­lud po zda­ją­cej się nie mieć koń­ca wydu­ma­nej wal­ce z wła­snym pier­dol­cem w koń­cu bie­rze się w garść i zaczy­na wyko­ny­wać jakieś bar­dziej sko­or­dy­no­wa­ne ruchy. Poja­wia się iskier­ka nadziei. Koją­ca myśl, że to wszyst­ko było tyl­ko smut­nym wypad­kiem przy pra­cy, że sce­na­rzy­sta for­sę wziął potem zaczął pić i wyszło jak wyszło. Że już za chwi­lę będzie­my świad­ka­mi nie­sa­mo­wi­te­go spek­ta­klu i prze­ży­je­my bata­li­stycz­ny orgazm. Oto trzy i pół armii zebra­ło się pod Samot­ną Górą i jest goto­wych by roze­grać tytu­ło­wą bitwę. Lada moment oddzia­ły ruszą do wal­ki a plac boju spły­nie poso­ką. Pamię­ta­my “Dwie Wie­że”, pamię­ta­my “Powrót Kró­la”. Sce­ny bitew­ne to żół­tecz­ko fil­mo­wych adap­ta­cji Tol­kie­na w wyko­na­niu Pete­ra Jack­so­na. Cre­mè de la cre­mè. To nie może pójść źle, nie przy tym doświad­cze­niu reży­se­ra, nie przy tych cha­rak­te­ry­za­to­rach i kostiu­mo­lo­gach, nie przy tej kla­sie ope­ra­to­rach kame­ry i mon­ta­ży­stach…

Dłu­go szu­ka­łem słów w peł­ni odda­ją­cych moje roz­cza­ro­wa­nie tym co zoba­czy­łem. Prze­pra­szam naj­moc­niej, ale jestem zmu­szo­ny użyć tych magicz­nych dwóch słów. Kur­wa mać. Kur­wa mać co się sta­ło nie­szczę­sny Jack­so­nie boć­ka­ny w wie­wiór­czą szpa­recz­kę? Da fuq hap­pe­ned? Zaczą­łeś pła­cić skład­ki ZUS i postra­da­łeś zmy­sły? Jak to moż­li­we, że po bitwie w Hel­mo­wym Jarze i bitwie na Polach Pelen­no­ru wyko­na­łeś taki regres? Gdzie te ślicz­nie ucha­rak­te­ry­zo­wa­ne kostro­pa­te mord­ki orków? Gdzie ten build-up, to przy­go­to­wa­nie do bitwy? Gdzie przed­sta­wie­nie uczest­ni­ków, poka­za­nie ich ner­wo­we­go wycze­ki­wa­nia? Gdzie te epic­kie prze­mo­wy przed bitwą i widok żoł­nie­rzy żyłu­ją­cych swo­je mora­le pod sufit? Nie ma. K… nie ma! Ktoś komu naj­wy­raź­niej coś gwał­tow­nie wyko­le­iło się we łbie uznał, że po co dbać o ten cały kosz­tow­ny, bata­li­stycz­ny sznyt sko­ro moż­na się ludziom złaj­da­czyć na oczy tanim CGI. Zamiast dopra­co­wa­nych bitew będą­cych uno­wo­cze­śnio­nym, ducho­wym spad­ko­bier­cą starć z “Bra­ve­he­art” mamy pokaz żało­snych kopiuj/wklej ludzi­ków bez toż­sa­mo­ści, bez oso­bo­wo­ści i bez jakich­kol­wiek emo­cji odzna­cza­ją­cych isto­ty cho­ciaż pró­bu­ją­ce ucho­dzić za żywe. Zgra­ja kom­pu­te­ro­wych poczwa­rek wyko­nu­ją­cych para­li­tycz­ne ruchy uchwy­co­ne praw­do­po­dob­nie na zesta­wie do motion cap­tu­re zna­le­zio­nym w kin­der jaj­ku. Całość okra­szo­na dzi­kim mon­ta­żem, jak­by wyko­na­nym przez mał­pę po lobo­to­mii naćpa­ną kle­jem do tapet. Kame­ra lata jak kur­czak z urżnię­tym łbem pogłę­bia­jąc cha­os. W pew­nym momen­cie nie wia­do­mo kto wygry­wa, kto prze­gry­wa, czy goło­dup­ce z Lake-town dosta­ją łomot czy spusz­cza­ją orkom wpier­dol. Po pro­stu nie wia­do­mo. Na deser nagle z bez­kształt­nej żybu­ry CGI wyska­ku­ją kra­sno­lu­dy na kozach. Nie wyja­śnio­no skąd się kur­wa wzię­ły te kozy i kie­dy kra­sno­lu­dy na nie wsia­dły. Widz zosta­je posta­wio­ny przed fak­tem doko­na­nym. Kozy są i bie­gną w piz­du przed sie­bie wpro­wa­dza­jąc dodat­ko­wy zamęt.

Nieopalony ork

Nie ma sen­su oma­wiać wszyst­kich śmier­dzą­cych sple­śnia­łą rurą ele­men­tów tego fil­mu. Tytu­ło­wa bitwa w zasa­dzie oka­za­ła się gwoź­dziem do trum­ny tej pro­duk­cji. Nie ma sen­su odno­sić się do fina­ło­we­go poje­dyn­ku Tho­ri­na z bla­dym orkiem gdyż ta żenu­ją­ca prze­py­chan­ka dwóch nie­zrów­no­wa­żo­nych kre­ty­nów roz­bi­ja duszę w drob­ny mak. Nie mogę wypo­wie­dzieć się na temat wąt­ku pt. “Tau­riel i Kili” gdyż musiał­bym wte­dy powie­dzieć, że wątek pt. “Ligia i Wini­cjusz” z “Quo Vadis” oka­zu­je się nie być naj­ża­ło­śniej­szym tego typu wąt­kiem w dzie­jach. Nie jestem jesz­cze na to goto­wy. Do tego spo­sób w jaki Kili odcho­dzi do kra­iny wiecz­nych łowów jest rów­nie gro­te­sko­wy co zgon Han­ki Mosto­wiak pod­stęp­nie zdję­tej przez gang kar­to­nów-asa­sy­nów. Szko­da słów, szko­da mar­no­wa­nia kla­wia­tu­ry na wystu­ki­wa­nie nie­na­wist­nych kurew i inne­go epi­sto­lar­ne­go rynsz­to­ka. Napraw­dę lepiej będzie jeśli tabu skry­je wie­le oscy­lu­ją­cych wokół tego obra­zu tema­tów. Jest mi po pro­stu bar­dzo przy­kro. Tak przy­kro jak­by mi dru­gi raz opier­do­li­li kon­to OFE do czy­sta. Z roz­pa­czy mam ocho­tę roz­pie­przyć kil­ka ele­men­tów wypo­sa­że­nia loka­lu. FU Peter Jack­son! FU pod poły szla­frocz­ka. Gdy­bym był złym czło­wie­kiem życzył­bym ci abyś upu­ścił sobie żelaz­ko na sto­pę.

A to widziałeś?