popKULTURA

Przeszczepy, papierosy i duże fiaty, czyli Bogowie

15/03/2015

Przez chwi­lę zasta­na­wia­łem się, czy w ogó­le jest sens pisać o fil­mie, któ­ry swo­ją pre­mie­rę miał ponad pół roku temu, co w dzi­siej­szych cza­sach ozna­cza, że jest sta­ry jak węgiel i nikt się już nim nie inte­re­su­je. Mimo wszyst­ko uzna­łem, że war­to. Sko­ro ja się tak dłu­go ucho­wa­łem przed jego obej­rze­niem, to być może takich osób jest wię­cej. Dru­ga spra­wa to aler­gia nie­któ­rych ludzi na sło­wa “pol­ska pro­duk­cja” i odgór­ne dys­kry­mi­no­wa­nie za naro­do­wość. W sumie się nie dzi­wię. Pol­skie kino jakie jest, każ­dy widzi. Co roku dosta­je­my kil­ka­na­ście żenu­ją­cych, wywo­łu­ją­cych migre­nę kome­dy­jek i w dodat­ku nie­zmien­nie obsa­dzo­ny­mi tymi samy­mi akto­ra­mi. Tego się nie da oglą­dać. Jeśli już coś nam wyj­dzie, zazwy­czaj są to depre­syj­ne dra­ma­ty, od któ­rych ma się myśli samo­bój­cze. W sumie ta ostat­nia kate­go­ria od pew­ne­go cza­su dodat­ko­wo się roz­ro­sła i coraz czę­ściej mamy do czy­nie­nia z depre­syj­nym dra­ma­tem bio­gra­ficz­nymPopie­łusz­ko, Gene­rał Nil, Nad życie, Jesteś Bogiem, Wałę­sa, Mój Bie­gun, Jack Strong. Bogo­wie nale­żą wła­śnie do tego rzu­tu fil­mów, ale zde­cy­do­wa­nie są war­ci uwa­gi.

Bogo­wie to opo­wieść opar­ta na życio­ry­sie naj­bar­dziej zna­ne­go pol­skie­go kar­dio­chi­rur­ga, Zbi­gnie­wa Reli­gi i jego pró­bie prze­rwa­nia impa­su panu­ją­ce­go w pol­skiej służ­bie zdro­wia w latach 80′. Dla mnie i pew­nie dla moich rówie­śni­ków, czy­li dzi­siej­szych 30-lat­ków, ze Zbi­gnie­wem Reli­gą jest tro­chę jak z Janem Paw­łem II. Odkąd się­gam pamię­cią, on już był i cie­szył się auto­ry­te­tem. Dopie­ro z fil­mu dowie­dzia­łem się jaką musiał prze­być dro­gę, aby nasza trans­plan­to­lo­gia dotar­ła do miej­sca, w któ­ry się aktu­al­nie znaj­du­je. Była to dro­ga dłu­ga i krę­ta.

Zbi­gniew Reli­ga miał ambi­cję prze­pro­wa­dzać w Pol­sce ope­ra­cje prze­szcze­pów ser­ca, ale żeby to się uda­ło, musiał oba­lić men­tal­ny mur sprze­ci­wu wśród leśnych dziad­ków rzą­dzą­cych ówcze­sną medy­cy­ną. W tam­tych cza­sach, ludz­kie ser­ce było trak­to­wa­ne jak reli­kwia i naj­więk­sza świę­tość, przez co niko­mu nie mie­ści­ło się w gło­wie, że moż­na je ot tak wyciąć i prze­szcze­pić innej oso­bie. To brzmia­ło jak bez­czesz­cze­nie zwłok i zaba­wa w Boga (stąd tytuł fil­mu). Kie­dy Reli­ga zaczął gło­sić tezy, że ser­ce to zwy­kły mię­sień, któ­ry nie ma więk­sze­go zna­cze­nia, gdy nastą­pi śmierć mózgu, ale prze­szcze­pio­ny w odpo­wied­nim cza­sie moż­ne ura­to­wać życie inne­go pacjen­ta, musiał wyda­wać się rów­nie sza­lo­ny, co Koper­nik, kie­dy przed­sta­wił teo­rię helio­cen­trycz­ną, w cza­sach gdy cały świat wie­rzył, że Zie­mia jest pła­ska.

Naj­bar­dziej w całej histo­rii zaim­po­no­wał mi upór Reli­gi. Pierw­sze trzy prze­szcze­py zakoń­czy­ły się zgo­na­mi pacjen­tów, co dodat­ko­wo nakrę­ca­ło sprze­ciw i kry­ty­kę śro­do­wi­ska, a mimo wszyst­ko prze­ko­na­ny o słusz­no­ści spra­wy, parł do przo­du i pró­bo­wał dalej. Chwa­ła mu za to. Dla porów­na­nia, kie­dy mój tekst nie wyge­ne­ru­je odpo­wied­niej ilo­ści laj­ków czu­ję się do dupy i mam ocho­tę rzu­cić wszyst­ko w piz­du. Total­na bzdu­ra przy zej­ściu pacjen­ta na sto­le ope­ra­cyj­nym, ale uświa­do­mi­ła mi z jaką pre­sją miał do czy­nie­nia.

Naj­więk­szym atu­tem fil­mu jest aktor­stwo. Tomasz Kot poza­mia­tał. Nie tyl­ko wyglą­da, mówi i poru­sza się jak Reli­ga, on napraw­dę się nim stał. Porów­ny­wa­łem jego per­for­man­ce z archi­wal­ny­mi zapi­sa­mi wystą­pień prof. Reli­gi i jestem pod wra­że­niem. Posta­wa, mimi­ka, gesty, wszyst­ko się zga­dza. Pozo­sta­li akto­rzy też wypa­dli bar­dzo dobrze. No może poza Ryszar­dem Koty­sem. Nie­ste­ty ten pan jest już tak prze­siąk­nię­ty posta­cią Maria­na Paź­dzio­cha, że sce­ny z jego udzia­łem wybi­ja­ły mnie z ryt­mu. Grał tak samo jak w Kiep­skich, przez co odru­cho­wo cze­ka­łem na wej­ście Ferd­ka.
Na pew­no dużym uła­twie­niem dla akto­rów były porząd­nie napi­sa­ne dia­lo­gi i dosko­na­le odda­ją­ca kli­mat lat 80′ sce­no­gra­fia. Paskud­ne meblo­ścian­ki, wie­śniac­kie ubra­nia, duże fia­ty i cią­głe pale­nie papie­ro­sów. Dokład­nie tak widzę tam­te cza­sy. Boli tyl­ko, że szpi­ta­le na ekra­nie wyglą­da­ją dokład­nie tak samo jak obec­nie.

Co praw­da, film do krót­kich nie nale­ży, ale mimo wszyst­ko bra­wa dla twór­ców za ucię­cie go w odpo­wied­nim momen­cie. Gdy­by chcie­li poka­zać, co się dzia­ło z Reli­gą po doko­na­niu pierw­sze­go uda­ne­go prze­szcze­pu, mogło­by skoń­czyć się jak z Hob­bi­tem — na try­lo­gii.
Akcen­ty humo­ry­stycz­ne moż­na zali­czyć zarów­no do plu­sów jak i minu­sów. Kil­ka zabaw­nych gagów spra­wia, że film nie jest prze­sad­nie dra­ma­tycz­ny i powstrzy­mu­je przed pod­ci­na­niem sobie żył. Z dru­giej stro­ny mogą wywo­łać ostry ból dupy sprze­ciw wśród leka­rzy, bo stwa­rza­ją wra­że­nie, że Reli­ga nie do koń­ca wie­dział, co robi (był teo­re­ty­kiem). Weź­my na ten przy­kład roz­mo­wę, pod­czas któ­rej Kot dosta­je pyta­nie “co wiesz o prze­szcze­pach?” i w odpo­wie­dzi rzu­ca coś w sty­lu: “daj­cie mi pacjen­ta, resz­ta wyj­dzie w pra­niu”.

Nie będę pisał, że film total­nie ury­wa dupę, bo zda­ję sobie spra­wę, że nie każ­de­mu się spodo­ba. Jak znam życie, część publi­ki prze­czy­ta­ła już super opty­mi­stycz­ne recen­zje, po któ­rych zbu­do­wa­ła sobie wizję pol­skie­go Dr House­’a i po obej­rze­niu poczu­ją się roz­cza­ro­wa­ni. Akcja nie roz­wi­ja się jakoś super dyna­micz­nie, ale jest to kawał solid­ne­go kina. Zde­cy­do­wa­nie war­to obej­rzeć, cho­ciaż­by po to, żeby lepiej poznać bio­gra­fię Zbi­gnie­wa Reli­gi. Nigdy nie wia­do­mo, kie­dy ta wie­dza może się przy­dać. Naj­lep­szym dowo­dem niech będzie ostat­nia wto­pa Anny Wen­dzi­kow­skiej, któ­ra pole­gła w roz­mo­wie z Sigo­ur­ney Weaver przez brak zna­jo­mo­ści posta­ci Jerze­go Gro­tow­skie­go.

Bogowie. Zbigniew Religa

A to widziałeś?