popKULTURA

Bodyguard Zawodowiec. Iść czy nie iść?

29/08/2017

Lubię dobre filmy, ale już dawno temu zauwa­ży­łem pra­wi­dło­wość, że im lepiej coś mi się ogląda, tym gorzej dla mojej dzia­łal­no­ści fejsbukowo-blogerskiej, bo nie umiem w pozy­tywne recki. Pozy­tywne recki są nudne, nie pozwa­lają roz­wi­nąć skrzy­deł w dar­ciu łacha. Zamiast tego trzeba sma­ro­wać waze­liną i się zachwy­cać #fuj 

Nie­stety dzi­siaj coś takiego mi się przy­tra­fiło. Posze­dłem do kina na “Body­gu­ard Zawo­do­wiec”, z prze­świad­cze­niem, że film dostar­czy mi mate­riału do zro­asto­wa­nia go na blogu (no spójrz­cie na ten tytuł “Body­gu­rad Zawo­do­wiec”! Prze­cież on z daleka krzy­czy PigOut sprze­daj mi liścia), nie­stety (dla was) bawi­łem się świet­nie. Był lekki, zabawny, relak­su­jący i co chwilę pusz­czał oczko, robiąc tra­fiony pastisz. Gene­ral­nie tak mi siadł, że nie chce mi się nawet szu­kać zgrzy­tów w detalach.

Główne role grają Samuel L. Jack­son (jak on ukradł ten film, to nie mam pytań) i Rayan Rey­nolds, i powiem szcze­rze, że już dawno nie widzia­łem tak dobrze dobra­nego duetu. Byli jak Mel Gib­son i Danny Glo­ver w “Zabój­czej Broni”, jak Will Smith i Mar­tin Law­rence w “Bad Boys”, jak Eddie Mur­phy i Nick Nolte w “48 godzin”, jak Jac­kie Chan i Chris Tuc­ker w “Godzi­nach Szczytu”.To się po pro­stu kle­iło, była chemia.

Fabuła nie jest tu jakoś szcze­gól­nie ważna, ot Ryan jest ochro­nia­rzem, który musi dostar­czyć świadka (Samuel L. Jack­son) na pro­ces bia­ło­ru­skiego dyk­ta­tora (Gary Old­man). Po dro­dze oczy­wi­ście chcą ich odstrze­lić ludzie Old­mana, co daje mnó­stwo wymó­wek do prze­pro­wa­dze­nia pości­gów uli­cami Amster­damu, wyko­na­nia kilku efek­tow­nych head­sho­tów i zapo­da­nia nie­zli­czo­nej ilo­ści żar­tów sytu­acyj­nych, które o dziwo nie są suche. Rzekł­bym nawet, że są cał­kiem wil­gotne, a naj­więk­sza w tym zasługa osoby, która przy­go­to­wała pol­skie napisy i pozwo­liła sobie na wolne tłu­ma­cze­nie nie­któ­rych grep­sów, dzięki czemu wyszło nawet lepiej niż w ory­gi­nale. W dru­gim pla­nie prze­wija się jesz­cze Salma Hayek, która też cał­kiem przy­jem­nie zaba­wiła się swoim wizerunkiem.

Bio­rąc pod uwagę jaka posu­cha panuje aktu­al­nie w kome­diach, + to że kilka razy fak­tycz­nie się zaśmia­łem (a nie tylko pomy­śla­łem “oo to było nawet nie­złe”), oraz że dawno nic mnie tak błogo nie odmóż­dżyło (to kom­ple­ment), bez żalu daję 8/10. Może­cie śmiało ude­rzać #apro­buję )

P.S. Tak tak, wiem że ten pasz­kwil w tytule to robota dys­try­bu­tora. Wymy­ślił sobie, że skoro na “Body­gu­arda” poszło milion osób i na “Leona Zawo­dowca” też milion, to na “Body­gu­arda zawo­dowca” pójdą dwa miliony. Sorka ziom, nie chcę burzyć two­jej fan­ta­zji, ale takie liczby zda­rzają się tylko na “Listach do M.” )

P.S. Madzia kazała napi­sać, że jej też się podo­bało i dodać hasz­tag #Ryan

A to widziałeś?