popKULTURA

Arnie vs Sly

12/01/2014

Epic­kość. Moje życie jest kom­plet­ne.

Jako fan popkul­tu­ry od zawsze jara­łem się wszel­ki­mi cros­so­ve­ra­mi typu Aven­gers, Fred­dy vs Jason, Alien vs Pre­da­tor, Fred­die Mer­cu­ry feat. Miche­al Jack­son,etc., ale wszyst­ko to wymię­ka przy zesta­wie­niu w jed­nej pro­duk­cji Arnie­go i Sly­’a. Gim­by nie pamię­ta­jo, ale w latach 90-tych, kie­dy old­scho­olo­we fil­my akcji rzą­dzi­ły na VHS-ach, Arni i Sly mie­li sta­tus Bogów. Rzą­dzi­li i dzie­li­li w Hol­ly­wo­od, a przy oka­zji wywo­ły­wa­li ostry ból dupy na osie­dlach i w szko­łach. Nie moż­na było lubić obu po rów­no (to zbyt doj­rza­łe). Trze­ba było opo­wie­dzieć się za jed­nym i prze­ko­ny­wać swo­ich kole­gów, w moich przy­pad­ku — dla­cze­go Arni skle­pał­by Sylw­ka. Kie­dy argu­men­ty nie dzia­ła­ły, w imię prze­ko­nań trze­ba było napier­da­lać się za gara­ża­mi.

To odwiecz­ny kon­flikt typu “co lep­sze”: Pep­si czy Coca Cola, Kisiel czy Budyń, Mer­ce­des czy Bmw, Adi­das czy Nike, Bar­ce­lo­na czy Real Madryt, Mes­si czy Cri­stia­no Ronal­do, któ­re­go nie da się obiek­tyw­nie roz­strzy­gnąć.
W tam­tym cza­sie nikt nawet nie odwa­żył się poma­rzyć o zoba­cze­niu ich w jed­nym fil­mie. Jed­nak minę­ło 20 lat, pod­czas któ­rych fejm i mię­śnie obu panów “trosz­kę” sfla­cza­ły. Poja­wi­ło się nowe poko­le­nie wypa­czo­nych dzie­cia­ków, wyżej cenią­cych bro­ka­to­we wam­pi­ry <sic!> niż kla­sycz­ną roz­pier­du­chę, przez co sta­rej gwar­dii prze­stał zga­dzać się hajs. Nagle oka­za­ło się, że pro­jek­ty, któ­re wcze­śniej wyda­wa­ły się nie­moż­li­we do zre­ali­zo­wa­nia, moż­na zro­bić od ręki. Powsta­ły 2 czę­ści “Nie­znisz­czal­nych” (3‑cia w dro­dze), ale to “Esca­pe plan” jest fil­mem, na któ­ry cze­ka­łem. I się nie roz­cza­ro­wa­łem.

Fabu­ła jest pro­sta — Arni i Sly sie­dzą w jed­nym z naj­le­piej strze­żo­nych wię­zień na świe­cie i muszą połą­czyć siły żeby z nie­go uciec. Banal­ny pomysł, ale wyko­na­nie rewel­ka. Są smacz­ki, żar­ci­ki i obi­te ryje. Jest nie­zły wię­zien­ny kli­mat i cał­kiem dobrze zagra­ny czar­ny cha­rak­ter. Jak przy­sta­ło na ten gatu­nek jest kil­ka nacią­ga­nych rze­czy, ale o dzi­wo nie ma żad­nej baby, któ­ra dała­by się zła­pać w fina­le i wszyst­ko popsu­ła. Duet Sly i Arnie nie zawiódł. Chcę wię­cej.

A to widziałeś?