popKULTURA

52 książki w rok #Challenge — podsumowanie marca

16/05/2016

Dobi­li­śmy do połowy maja, a ja na bloga wjeż­dżam dopiero z książ­ko­wym pod­su­mo­wa­niem marca. To chyba koronny dowód, że pro­kra­sty­na­cja powinna być trak­to­wana jak poważna cho­roba i pod­le­gać pod grupę inwa­lidzką rentę. Na wstę­pie muszę powie­dzieć, że marzec nie był naj­lep­szym mie­sią­cem pod wzglę­dem doboru lek­tur. Żeby wyjść na mądrzej­szego niż jestem i zapunk­to­wać u czy­tel­ni­ków w rogo­wych opraw­kach, wymy­śli­łem sobie, że liznę tro­chę uzna­nej kla­syki. Pro­blem w tym, że w marcu wypadł mi urlop, który spę­dza­łem w Taj­lan­dii i cię­żar gatun­kowy ksią­żek total­nie nie zagrał z waka­cyj­nym nastro­jem. Dookoła pia­se­czek, hama­czek i dri­ne­czek, a ja, zamiast bie­gać za fries­bee, ska­kać na bombę i cie­szyć się słoń­cem, kato­wa­łem się filo­zo­ficz­nymi wywo­dami Milana Kun­dery i Antho­nego Bur­gessa. Zde­cy­do­wa­nie zły czas i złe miej­sce na takie lek­tury. Zacznijmy jed­nak od początku.

 

9/52 “Blac­kout Marc Els­berg

W marcu na pierw­szy ogień poszedł Blac­kout, czyli jeden z naj­gło­śniej­szych best­sel­le­rów 2015, autor­stwa Marca Els­berga. Trzeba przy­znać, że wydawca zadbał o naprawdę dobry mar­ke­ting tego tytułu. Reklamy ata­ko­wały mnie z taką czę­sto­tli­wo­ścią #cia­steczka, że w końcu się zła­ma­łem i kupi­łem. Cóż mogę powie­dzieć? Książka zaje­bi­sta… jeśli cho­dzi o wyda­nie. Ładna, mini­ma­li­styczna okładka i dosko­nała pre­zen­ta­cja na półeczce. Nie­stety w kwe­stii tre­ści jest już gorzej. Spo­dzie­wa­łem się dresz­czowca, który od pierw­szej strony zła­pie mnie za mordkę i nie puści już do końca, tym­cza­sem dosta­łem ośmiu­set stro­ni­cowe pierdu pierdu. Strasz­nie nad tym ubo­le­wam, bo pomysł i począ­tek dobrze roko­wały. Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, jak wyglą­da­łoby wasze życie bez prądu? Obsta­wiam, że wymię­kli­by­ście już po kilku godzi­nach, wraz z roz­ła­do­wa­niem bate­rii w lap­kach i tele­fo­nach, a co za tym idzie, odcię­ciem od fej­sika, kwejka, snap­chata i śmiesz­nych kot­ków. Czu­je­cie ten dra­mat? A to dopiero począ­tek. Bez prądu nie dzia­łają mikro­fa­lówki, bur­ge­row­nie i piz­ze­rie, więc umar­li­by­ście z głodu. Bez prądu nie funk­cjo­nują szpi­tale, więc przy ewen­tu­al­nym ska­le­cze­niu umar­li­by­ście na tężca. Nawet jeśli jakimś cudem prze­trwa­cie, to co to za życie? Fury nie zatan­ku­je­cie, w Tibie nie poexpi­cie, latte mac­chiato nie wychy­li­cie. Gene­ral­nie śre­dnio­wie­cze. I wła­śnie w takie lęki celuje Marc Els­berg. Książka zaczyna się od rów­no­cze­snej awa­rii w kilku euro­pej­skich elek­trow­niach. Począt­kowo wszy­scy wycho­dzą z zało­że­nia, że to tylko nie­groźna, chwi­lowa usterka i wszel­kie nie­do­god­no­ści biorą na klatę. Każdy każ­demu pomaga i jest super słi­ta­śnie, ale im dalej w las, tym gorzej. Kolejne dni kry­zysu ener­ge­tycz­nego wywo­łują coraz więk­szy spa­dek morale, aż osta­tecz­nie w mia­stach zaczyna rzą­dzić prawo dżun­gli. Pie­nią­dze prze­stają mieć jaką­kol­wiek war­tość, sklepy nie dostają zaopa­trze­nia, więc trzeba sobie radzić ina­czej, na przy­kład kogoś obra­bo­wać, a że okra­dany jego­mość rzadko kiedy wyska­kuje z fan­tów po dobroci, trzeba użyć sku­tecz­niej­szych argu­men­tów — dać w ryj, wyje­chać z dyńki, oże­nić z kosą tudzież pójść jesz­cze dalej. Ogól­nie kli­maty niczym w Wal­king Dead. Rów­no­le­gle dosta­jemy wątek wło­skiego infor­ma­tyka, który odkrywa, że za awa­rią elek­trowni stoją terroryści-fanatycy i hac­ke­rzy w jed­nym, gar­dzący kon­sump­cjo­ni­zmem, kor­po­ra­cjami itd. Marzy im się cywi­li­za­cyjny reset. Uznają, że taki plan naj­ła­twiej zre­ali­zo­wać poprzez pozba­wie­nie świata prądu. Wło­ski infor­ma­tyk z pomocą agend rzą­do­wych będzie pró­bo­wał ich powstrzy­mać. Pomysł jak naj­bar­dziej nośny, ale autor dał dupy, bo chcąc uwia­ry­god­nić książ­kowy sce­na­riusz, oka­zał się aż nazbyt skru­pu­latny. Dobre kil­ka­dzie­siąt stron, jeśli nie kil­ka­set, to tech­niczny opis funk­cjo­no­wa­nia elek­trowni i sieci ener­ge­tycz­nej — budowa, jak je wyga­sić i jak przy­wró­cić do dzia­ła­nia. Nuda i męcze­nie buły. Zeszło­roczny „Mar­sja­nin” też cier­piał na takie bolączki, ale nie było osta­tecz­nie tego aż tak dużo i rów­no­wa­żyło je poczu­cie humoru głów­nego boha­tera. Nie­stety w “Blac­ko­ucie” autor nie wyczuł pro­por­cji i miej­scami stwo­rzył pod­ręcz­nik dla inży­nie­rów. Poza tym cała histo­ria jest strasz­nie miałka, bra­kuje jej pazura i dobrego punktu kul­mi­na­cyj­nego. Prze­czy­ta­łem do końca w nadziei, że może jesz­cze w finale zej­dzie jakieś pier­dol­nię­cie, ale nie­stety, poszedł tylko kapi­szon. Ogól­nie nie jestem ani super zachwy­cony, ani skraj­nie znie­sma­czony. “Blac­kout” po pro­stu jest prze­ciętny. Mimo to pla­nuję dać auto­rowi jesz­cze jedną szansę. Jego nowa książka „Zero” rów­nież ma świetny mar­ke­ting i kusi śłi­ta­śną okładką, a że cier­pię na półecz­kowy fetysz i mam silną potrzebę kom­ple­to­wa­nia serii, kupno jest tylko kwe­stią dobrej pro­mo­cji.

Ksiazki-z-marca-BlackoutKsiazki-z-marca

 

10/52 „Nie­zno­śna lek­kość bytu” Milan Kun­dera

Czy jest na sali ktoś, kto nigdy nie sły­szał o tej książce? Jeśli tak, lepiej się nie przy­zna­wać. Lek­turę wybra­łem oczy­wi­ście po to, żeby mieć temat do pro­wa­dze­nia inte­li­genc­kich small tal­ków pod­czas puco­wa­nia się na ban­kie­tach, kiedy już mnie kop­nie sława i bogac­two. Nie­stety do tego czasu będę musiał popra­co­wać jesz­cze nad grą aktor­ską, szcze­gól­nie nad uda­wa­niem entu­zja­zmu. Prawda jest taka, że nie potra­fię zachwy­cić się tym tytu­łem, tak jak bym sobie tego życzył. Owszem książka jest nie­głu­pia i ma sporo bły­sko­tli­wych spo­strze­żeń, ale zde­cy­do­wa­nie nie jest to mój gatu­nek i sty­li­styka. Do rze­czy, o co wła­ści­wie się roz­cho­dzi? Bazu­jąc na inter­ne­to­wych stresz­cze­niach i inter­pre­ta­cjach, ponoć Milan Kun­dera pró­buje udo­wod­nić, że wszystko, co nas spo­tyka w życiu, deter­mi­nuje przy­pa­dek. Przy­pad­kiem jest to, że zako­chu­jemy się aku­rat w „tej” oso­bie, a nie innej, że pra­cu­jemy tam, gdzie pra­cu­jemy, zada­jemy się, z kim się zada­jemy i podej­mu­jemy decy­zje, jakie podej­mu­jemy. Brzmi jak masło maślane, ale wła­śnie taka jest teza. Milan uważa, że rze­czy po pro­stu się ludziom przy­tra­fiają #shi­thap­pens i nie ma co się szar­pać, trzeba przy­jąć je na klatę, a życie sta­nie pro­ste — nie­zno­śna lek­kość bytu. Z dru­giej strony lek­kie życie nie przy­nosi satys­fak­cji i staje się cię­ża­rem, czy jakoś tak! Moż­liwe, że total­nie wszystko pomie­sza­łem. Może lepiej powiem, jak to wygląda z mojego punktu widze­nia. Otóż jak dla mnie, książka opo­wiada o pro­ble­mach egzy­sten­cjo­nal­nych cze­skiego chi­rurga, Toma­sza. Tomasz jest jebaką, taki Char­lie Sheen wan­nabe. Co jakiś czas ogar­nia sobie foczkę na wie­czór, zrywa jej plombę gwa­ran­cyjną, po czym odwozi na chatę lub do hotelu. Ma zasadę „żad­nego noco­wa­nia”. Nie­stety pew­nego dnia los spra­wia mu psi­kusa i pod­sta­wia Teresę. Ta, jak każda inna, zja­wia się u niego na kwa­dra­cie, tyle że przy­jeż­dża z gorączką. Tomasz nie ma serca wysta­wić jej za drzwi w takim sta­nie i pozwala prze­ki­mać. To dra­styczne zła­ma­nie zasad koń­czy się dla niego tra­gicz­nie - ślu­bem. Pro­blem w tym, że Tomasz hajt­nął się z obo­wiązku i wcale nie pla­nuje kaso­wać nume­rów kocha­nek. Cały czas się łaj­da­czy, a w ramach pocie­sze­nia, mał­żonce kupuje psa. W tym momen­cie na Cze­cho­sło­wa­cję najeż­dżają sowieci i Tomasz z Teresą prze­no­szą się do Szwaj­ca­rii. Tam miało być im lepiej, ale Tomasz spo­tyka starą zna­jomą, malarkę Sabrinę i znowu zaczyna chę­do­żyć się na boku. Teresa nie wytrzy­muje tych zdrad psy­chicz­nie i wraca do Czech. Tomasz bije się z myślami. Z jed­nej strony jest zado­wo­lony, że poje­chała, bo ma luz i może się na legalu pusz­czać, z dru­giej tęskni #cie­nias. Osta­tecz­nie posta­na­wia wró­cić za Teresą. Przez komu­ni­styczne repre­sje nie może zna­leźć roboty jako lekarz i z braku laku zatrud­nia się do mycia okien na zle­ce­nie. Przy oka­zji bała­muci wszyst­kie klientki, przez co Teresa znowu dostaje ostrego bólu dupy. Żeby zła­go­dzić sytu­ację, posta­na­wiają prze­pro­wa­dzić się na jakąś zabitą dechami wieś, z dala od wszyst­kich lafi­rynd i tam po kilku latach oboje giną w wypadku samo­cho­do­wym #con­fu­sed. Następ­nie Kun­dera wraca jesz­cze do wątku Sabriny, tej szwaj­car­skiej nałoż­nicy Toma­sza. Sabrina ma już nowego gacha, żona­tego inte­lek­tu­ali­stę Franza. Pew­nego dnia Franz oświad­cza Sabri­nie, że pla­nuje porzu­cić żonę i być z nią na pełen etat. Ta mówi, że spoko luzik, ale jak tylko Franz wycho­dzi z domu, pakuje maj­dan i daje nogę do USA. Franz jest z tego powodu bar­dzo smutny, ale szybko znaj­duje pocie­sze­nie w ramio­nach mło­dej stu­dentki, a chwilę póź­niej kopie w kalen­darz. Koniec. 10/10.

P.S. Zna­la­złem jesz­cze notatkę na Kun­dlu, spo­rzą­dzoną na żywo pod­czas czy­ta­nia. Idzie tak: “Nie­zno­śna lek­kość bytu, czyli książka o tym, że razem źle, a osobno jesz­cze gorzej. Teresa — pierw­sza foczka w histo­rii, która robiła jazdy mężowi, bo zdra­dzał ją w jej snach. Czo­chrała mu rze­czy, jak wycho­dził do roboty.

Ksiazki-czytanie-w-czasie-urlopu

 

11/52 “Roz­pustne nasie­nie”, Anthony Bur­gess

Kolejny kla­syk, który przy­szło mi kato­wać na taj­landz­kiej plaży. Po książkę się­gną­łem z reko­men­da­cji blo­gerki z “Legend Sowiego Lasu”. Fakt, że napi­sał ją Anthony Bur­gess, czyli autor legen­dar­nej „Mecha­nicz­nej poma­rań­czy” też nie był bez zna­cze­nia. Pod wzglę­dem tema­tyki, książka jak naj­bar­dziej tra­fia w moje kli­maty, czyli anty­uto­pia i biczo­wa­nie lewa­ków. Mamy bli­żej nie­okre­śloną przy­szłość, nad świa­tem wisi widmo prze­lud­nie­nia i głodu. Panu­jąca wła­dza wpro­wa­dza ostre restryk­cje, aby wyha­mo­wać przy­rost popu­la­cji. Każ­dej rodzi­nie przy­słu­guje prawo do posia­da­nia mak­sy­mal­nie jed­nego dziecka, ale gene­ral­nie robie­nie dzieci jest passe i lepiej widziane są mał­żeń­stwa z zero­wym posia­da­niem. Sta­nem pożą­da­nym jest bez­płod­ność i homo­sek­su­alizm, które gwa­ran­tują urzę­dową karierę i dostat­nie życie. Taki układ spo­łeczny panuje mniej wię­cej do połowy książki, po czym nastę­puje zwrot o 180 stopni i pań­stwo tota­li­tarne, kon­tro­lu­jące każdy aspekt życia swo­ich oby­wa­teli, zostaje oba­lone przez rewo­lu­cjo­ni­stów i zmie­nia się w pań­stwo wolne, bez restryk­cji, ale przy oka­zji zdez­or­ga­ni­zo­wane, co przy­nosi rów­nie opła­kane skutki. Zamie­nił stry­jek sie­kierkę na kijek. Książka powstała w latach 60′ i sta­rała się prze­wi­dzieć przy­szłość z punktu widze­nia “teraź­niej­szo­ści”. Anthony Bur­gess cał­kiem traf­nie wyczuł nie­które pro­blemy przy­szłych poko­leń, z kolei w innych mocno odpły­nął. “Roz­pustne nasie­nie” nie zosta­nie moja ulu­bioną lek­turą anty­uto­pijną, ale nie uwa­żam, żeby to była strata czasu. Gene­ral­nie pierw­sza połowa, z ustro­jem tota­li­tar­nym w roli głów­nej, o wiele bar­dziej mi pode­szła. Po rewo­lu­cji nastę­puje chaos, poja­wiają się wątki z kani­ba­li­zmem i jakoś mi to nie sia­dło. Lek­tura nie należy do naj­lżej­szych i zde­cy­do­wa­nie nie jest dla każ­dego. Z czy­stym sumie­niem mogę pole­cić fanom Orwella i Hux­leya. Reszta  tylko na wła­sne ryzyko.

BTW. Jeśli pla­nu­je­cie czy­tać w miej­scach publicz­nych, lepiej zaopa­trz­cie się w jakąś fej­kową okładkę. W innym wypadku, oce­nia­jące spoj­rze­nia was zmiaż­dzą.

Ksiazki-na-wakacjach

 

12/52 „Był sobie chło­piec”, Nick Hornby

Prawda jest taka, że nigdy nie uwzględ­nia­łem tej książki w swo­ich pla­nach. Mia­łem mniej wię­cej skon­stru­owaną play­li­stę, ale prze­czy­ta­nie po kolei Kun­dery i Bur­gessa tak mnie umę­czyło, że dla odmiany potrze­bo­wa­łem cze­goś lek­kiego i mało anga­żu­ją­cego. Odpa­li­łem kun­dla, zaczą­łem prze­glą­dać tytuły i eli­mi­no­wać wszystko, co za dłu­gie lub wyma­ga­jące myśle­nia. Tym spo­so­bem padło na książkę Nicka Hornby’ego. Nie mia­łem wzglę­dem niej total­nie żad­nych ocze­ki­wań, ot prze­czy­tam, odha­czę marzec i z głowy. Tym­cza­sem oka­zało się, że to cał­kiem przy­jemna lek­tura i nawet kilka razy się zaśmia­łem. Brawa dla tłu­ma­cza, że nie zgu­bił żar­tów w prze­kła­dzie. Książka opo­wiada o 36-letnim lek­ko­du­chu Willu. Will nie musi pra­co­wać, bo jego ojciec napi­sał kie­dyś kolędę, która w książce ma sta­tus „Last Chri­st­mas” i dzięki niej, co mie­siąc dostaje tłu­ściutki prze­lew z tytułu tan­tiem. Jedy­nym pro­ble­mem Willa jest nuda. Chłop nie za bar­dzo ma pomysł, co zro­bić z wol­nym cza­sem. Pro­wa­dzi zbyt wygodne życie, żeby wcho­dzić w stały zwią­zek, zna­jomi dawno się pohaj­tali i naro­bili dzie­cia­ków, przez co ich roz­ryw­kowy poten­cjał spadł do zera. Nie ma też żad­nego hobby, inte­re­sują go wyłącz­nie modne ubra­nia, dobre płyty i prze­lotne romanse. Jeden z nich prze­żywa z samotną matką. Po upoj­nej nocy stan­dar­dowo chce ją spła­wić, tym­cza­sem oka­zuj się, że to ona spła­wia jego. Will orien­tuje się, że samotne matki to jego wyma­rzony tar­get. Są ostro wyposz­czone, ale nad ranem po cichu zbie­rają bam­be­tle i spie­przają do dzie­ciaka. W dodatku nie mają żad­nych rosz­czeń. Zaja­rany takim sta­nem rze­czy, wpada na nie­cny plan zapi­sa­nia się do grupy wspar­cia dla samot­nych rodzi­ców, gdzie zamie­rza polo­wać na gorące, poka­le­czone psy­chicz­nie MILFy. W rze­czy­wi­sto­ści nie wszystko idzie po jego myśli, ale dzięki tym spo­tka­niom poznaje 12-letniego Mar­cusa, z któ­rym po cza­sie się zaprzy­jaź­nia. Siłą książki jest odwró­ce­nie ról, to Mar­cus w tym duecie wydaje się roz­sąd­niej­szy, a Will poka­zuje mu jak być dzie­cia­kiem. Dobra, tro­chę przy­nu­dzam, ale książka jest naprawdę spoko. Autor wie­lo­krot­nie wrzuca Willa w nie­zręczne, ale bar­dzo praw­do­podbne sytu­acje, co jest z cał­kiem zabawne. Skoro ja się uśmia­łem, a cza­sami mam wra­że­nie, że jestem już tak zbla­zo­wany, że nic nie jest w sta­nie mnie roz­ba­wić, to wam tym bar­dziej powinna się spodo­bać.

BTW nie widzia­łem filmu, ale czy­ta­jąc o Willu, przed oczami sta­wał mi Hugh Grant. Przy­pa­dek? Ta postać jest ide­al­nie pod niego skro­jona.

Tyle, jeśli cho­dzi o marzec. Poprzed­nie czę­ści znaj­dzieci TU STYCZEŃ i TU LUTY. Pod­su­mo­wa­nie kwiet­nia przy dobrych wia­trach pojawi się w sierpniu.

A to widziałeś?

12 komentarzy

  • Reply Vandrer Uggle 18/05/2016 at 09:19

    Czy­ta­nie Roz­pust­nego Nasie­nia w waka­cyj­nych kli­ma­tach brzmi nieco maso­chi­stycz­nie;) Choć z tego co sowa pamięta to walki z dru­giej czę­ści toczyły sie na plaży czy w innym buszu #soc­lose
    Van­drer nie potrze­buje już czy­tać książki Kun­dery bo Twoje stresz­cze­nie zdaje się wyczer­py­wać temat. Jeśli chcesz wię­cej takich odlo­tów to pole­cam San­dora Marai’ego . Akcja w tego typu książ­kach jest sprawą dru­go­rzędną, cza­sami nawet czternastorzędną. 🙂

    • Reply PigOut 18/05/2016 at 09:48

      Gdy­bym na matu­rze miał zin­ter­pre­to­wać “Nie­zno­śną lek­kość bytu”, raczyj bym nie zdał 😉

      Co w takim razie jest pier­wo­rzędne u Sandora?

      • Reply Vandrer Uggle 18/05/2016 at 10:07

        Jeśli cho­dzi o książkę od czapy z wąt­kiem mor­der­stwa, kocha­nek i poszu­ki­wa­nia sensu życia to zde­cy­do­wa­nie “Wyspa”. Jeśli nato­miast chcesz zgłę­biać naturę przy­jaźni to “Żar”. Sowa ostrzega jed­nak że same wyda­rze­nia u Mara­iego nie są tak istotne jak prze­my­śle­nia boha­te­rów i ich pokrę­cone rela­cje. To spe­cy­ficzna lite­ra­tura, zde­cy­do­wa­nie nie na każ­dego. Sam autor zresztą popeł­nił samo­bój­stwo, przy­tło­czony wła­snymi roz­k­mi­nami.
        Z bar­dziej straw­nych nar­ra­cyj­nie ksią­żek Van­drer poleca “Głód” Knuta Ham­suna. Krót­kie i genialne, Ham­sun jest jed­nym z twór­ców powie­ści psy­cho­lo­gicz­nej, a w tej pozy­cji ociera się też o natu­ra­lizm. Akcja dzieje się dawno temu w Chri­stiani (stare Oslo), młody fre­elan­cer z aspi­ra­cjami filo­zo­ficz­nymi roz­k­mi­nia jak tu prze­żyć do pierw­szego by nie musieć odgry­zać sobie kciuka. Jeśli zatem cho­dzi o pole­ca­nie dziw­nych ksią­żek to wal do sowy jak w dym.:D

        • Reply PigOut 18/05/2016 at 10:49

          Wszystko sobie zapi­suje w moim notat­niczku, ale po Kun­de­rze tro­chę boję wcho­dzić w zbyt filo­zo­ficzne lek­tury, przy­naj­mniej w ramach wyzwa­nia blo­go­wego. Jestem pro­sty chło­pak i zacho­dzi ryzyko, że nie zła­pię prze­kazu. Nie chciał­bym się za bar­dzo pogrą­żyć pisząc póź­niej sprawozdanie 😉

          • Vandrer Uggle 18/05/2016 at 11:07

            Rzecz w tym, że w tego typu lek­tu­rach nie powinno ist­nieć coś takiego jak wła­ściwy prze­kaz. Co czy­tel­nik z tego wynie­sie to jego, wara innym od tego. Jedy­nym ryzy­kiem jest więc raczej znu­dze­nie niż błędne zro­zu­mie­nie. Co naj­wy­żej można nie wyła­pać wszyst­kiego ale to też nie grzech. Sowa ma nadzieję, że w czerwcu wróci do nor­mal­nego blo­go­wa­nia i jed­nym z pierw­szych tek­stów będzie wła­śnie recen­zja Głodu z per­spek­tywy współ­cze­snego fre­elan­cera. Tak więc zapra­szam w przyszłości:)

          • PigOut 18/05/2016 at 11:43

            Tak serio to nie dbam o poprawna inter­pre­ta­cję. Na szczę­ście już nie muszę, ale prawdą jest, że po takich lek­tu­rach ciężko napi­sać coś sen­sow­nego na temat książki. Czy­tel­nicy powie­dzą “bitch plizz, co to ma być? Na pewno czy­ta­łeś książkę XYZ?”, ale w sumie to pro­blem blo­gów, które mają czytelników 😉

            Cze­kam w takim razie na reckę Głodu.

  • Reply Vandrer Uggle 18/05/2016 at 09:19

    Czy­ta­nie Roz­pust­nego Nasie­nia w waka­cyj­nych kli­ma­tach brzmi nieco maso­chi­stycz­nie;) Choć z tego co sowa pamięta to walki z dru­giej czę­ści toczyły sie na plaży czy w innym buszu #soc­lose
    Van­drer nie potrze­buje już czy­tać książki Kun­dery bo Twoje stresz­cze­nie zdaje się wyczer­py­wać temat. Jeśli chcesz wię­cej takich odlo­tów to pole­cam San­dora Marai’ego . Akcja w tego typu książ­kach jest sprawą dru­go­rzędną, cza­sami nawet czternastorzędną. 🙂

    • Reply PigOut 18/05/2016 at 09:48

      Gdy­bym na matu­rze miał zin­ter­pre­to­wać “Nie­zno­śną lek­kość bytu”, raczej bym nie zdał 😉

      Co w takim razie jest pier­wo­rzędne u Sandora?

      • Reply Vandrer Uggle 18/05/2016 at 10:07

        Jeśli cho­dzi o książkę od czapy z wąt­kiem mor­der­stwa, kocha­nek i poszu­ki­wa­nia sensu życia to zde­cy­do­wa­nie “Wyspa”. Jeśli nato­miast chcesz zgłę­biać naturę przy­jaźni to “Żar”. Sowa ostrzega jed­nak że same wyda­rze­nia u Mara­iego nie są tak istotne jak prze­my­śle­nia boha­te­rów i ich pokrę­cone rela­cje. To spe­cy­ficzna lite­ra­tura, zde­cy­do­wa­nie nie na każ­dego. Sam autor zresztą popeł­nił samo­bój­stwo, przy­tło­czony wła­snymi roz­k­mi­nami.
        Z bar­dziej straw­nych nar­ra­cyj­nie ksią­żek Van­drer poleca “Głód” Knuta Ham­suna. Krót­kie i genialne, Ham­sun jest jed­nym z twór­ców powie­ści psy­cho­lo­gicz­nej, a w tej pozy­cji ociera się też o natu­ra­lizm. Akcja dzieje się dawno temu w Chri­stiani (stare Oslo), młody fre­elan­cer z aspi­ra­cjami filo­zo­ficz­nymi roz­k­mi­nia jak tu prze­żyć do pierw­szego by nie musieć odgry­zać sobie kciuka. Jeśli zatem cho­dzi o pole­ca­nie dziw­nych ksią­żek to wal do sowy jak w dym.:D

        • Reply PigOut 18/05/2016 at 10:49

          Wszystko sobie zapi­suje w moim notat­niczku, ale po Kun­de­rze tro­chę boję się wcho­dzić w zbyt filo­zo­ficzne lek­tury, przy­naj­mniej w ramach wyzwa­nia blo­go­wego. Jestem pro­sty chło­pak i zacho­dzi ryzyko, że nie zła­pię prze­kazu. Nie chciał­bym się za bar­dzo pogrą­żyć pisząc póź­niej sprawozdanie 😉

          • Vandrer Uggle 18/05/2016 at 11:07

            Rzecz w tym, że w tego typu lek­tu­rach nie powinno ist­nieć coś takiego jak wła­ściwy prze­kaz. Co czy­tel­nik z tego wynie­sie to jego, wara innym od tego. Jedy­nym ryzy­kiem jest więc raczej znu­dze­nie niż błędne zro­zu­mie­nie. Co naj­wy­żej można nie wyła­pać wszyst­kiego ale to też nie grzech. Sowa ma nadzieję, że w czerwcu wróci do nor­mal­nego blo­go­wa­nia i jed­nym z pierw­szych tek­stów będzie wła­śnie recen­zja Głodu z per­spek­tywy współ­cze­snego fre­elan­cera. Tak więc zapra­szam w przyszłości:)

          • PigOut 18/05/2016 at 11:43

            Tak serio to nie dbam o poprawna inter­pre­ta­cję. Na szczę­ście już nie muszę, ale prawdą jest, że po takich lek­tu­rach ciężko napi­sać coś sen­sow­nego na temat książki. Czy­tel­nicy powie­dzą “bitch plizz, co to ma być? Na pewno czy­ta­łeś książkę XYZ?”, ale w sumie to pro­blem blo­gów, które mają czytelników 😉

            Cze­kam w takim razie na reckę Głodu.

    Leave a Reply