popKULTURA

52 książki w rok #Challenge — podsumowanie marca

16/05/2016

Dobi­li­śmy do poło­wy maja, a ja na blo­ga wjeż­dżam dopie­ro z książ­ko­wym pod­su­mo­wa­niem mar­ca. To chy­ba koron­ny dowód, że pro­kra­sty­na­cja powin­na być trak­to­wa­na jak poważ­na cho­ro­ba i pod­le­gać pod gru­pę inwa­lidz­ką ren­tę. Na wstę­pie muszę powie­dzieć, że marzec nie był naj­lep­szym mie­sią­cem pod wzglę­dem dobo­ru lek­tur. Żeby wyjść na mądrzej­sze­go niż jestem i zapunk­to­wać u czy­tel­ni­ków w rogo­wych opraw­kach, wymy­śli­łem sobie, że liznę tro­chę uzna­nej kla­sy­ki. Pro­blem w tym, że w mar­cu wypadł mi urlop, któ­ry spę­dza­łem w Taj­lan­dii i cię­żar gatun­ko­wy ksią­żek total­nie nie zagrał z waka­cyj­nym nastro­jem. Dookoła pia­se­czek, hama­czek i dri­ne­czek, a ja, zamiast bie­gać za fries­bee, ska­kać na bom­bę i cie­szyć się słoń­cem, kato­wa­łem się filo­zo­ficz­ny­mi wywo­da­mi Mila­na Kun­de­ry i Antho­ne­go Bur­ges­sa. Zde­cy­do­wa­nie zły czas i złe miej­sce na takie lek­tu­ry. Zacznij­my jed­nak od począt­ku.

 

952Blackout Marc Elsberg

W mar­cu na pierw­szy ogień poszedł Blac­ko­ut, czy­li jeden z naj­gło­śniej­szych best­sel­le­rów 2015, autor­stwa Mar­ca Els­ber­ga. Trze­ba przy­znać, że wydaw­ca zadbał o napraw­dę dobry mar­ke­ting tego tytu­łu. Rekla­my ata­ko­wa­ły mnie z taką czę­sto­tli­wo­ścią #cia­stecz­ka, że w koń­cu się zła­ma­łem i kupi­łem. Cóż mogę powie­dzieć? Książ­ka zaje­bi­sta… jeśli cho­dzi o wyda­nie. Ład­na, mini­ma­li­stycz­na okład­ka i dosko­na­ła pre­zen­ta­cja na półecz­ce. Nie­ste­ty w kwe­stii tre­ści jest już gorzej. Spo­dzie­wa­łem się dresz­czow­ca, któ­ry od pierw­szej stro­ny zła­pie mnie za mord­kę i nie puści już do koń­ca, tym­cza­sem dosta­łem ośmiu­set stro­ni­co­we pier­du pier­du. Strasz­nie nad tym ubo­le­wam, bo pomysł i począ­tek dobrze roko­wa­ły. Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, jak wyglą­da­ło­by wasze życie bez prą­du? Obsta­wiam, że wymię­kli­by­ście już po kil­ku godzi­nach, wraz z roz­ła­do­wa­niem bate­rii w lap­kach i tele­fo­nach, a co za tym idzie, odcię­ciem od fej­si­ka, kwej­ka, snap­cha­ta i śmiesz­nych kot­ków. Czu­je­cie ten dra­mat? A to dopie­ro począ­tek. Bez prą­du nie dzia­ła­ją mikro­fa­lów­ki, bur­ge­row­nie i piz­ze­rie, więc umar­li­by­ście z gło­du. Bez prą­du nie funk­cjo­nu­ją szpi­ta­le, więc przy ewen­tu­al­nym ska­le­cze­niu umar­li­by­ście na tęż­ca. Nawet jeśli jakimś cudem prze­trwa­cie, to co to za życie? Fury nie zatan­ku­je­cie, w Tibie nie poexpi­cie, lat­te mac­chia­to nie wychy­li­cie. Gene­ral­nie śre­dnio­wie­cze. I wła­śnie w takie lęki celu­je Marc Els­berg. Książ­ka zaczy­na się od rów­no­cze­snej awa­rii w kil­ku euro­pej­skich elek­trow­niach. Począt­ko­wo wszy­scy wycho­dzą z zało­że­nia, że to tyl­ko nie­groź­na, chwi­lo­wa uster­ka i wszel­kie nie­do­god­no­ści bio­rą na kla­tę. Każ­dy każ­de­mu poma­ga i jest super słi­ta­śnie, ale im dalej w las, tym gorzej. Kolej­ne dni kry­zy­su ener­ge­tycz­ne­go wywo­łu­ją coraz więk­szy spa­dek mora­le, aż osta­tecz­nie w mia­stach zaczy­na rzą­dzić pra­wo dżun­gli. Pie­nią­dze prze­sta­ją mieć jaką­kol­wiek war­tość, skle­py nie dosta­ją zaopa­trze­nia, więc trze­ba sobie radzić ina­czej, na przy­kład kogoś obra­bo­wać, a że okra­da­ny jego­mość rzad­ko kie­dy wyska­ku­je z fan­tów po dobro­ci, trze­ba użyć sku­tecz­niej­szych argu­men­tów — dać w ryj, wyje­chać z dyń­ki, oże­nić z kosą tudzież pójść jesz­cze dalej. Ogól­nie kli­ma­ty niczym w Wal­king Dead. Rów­no­le­gle dosta­je­my wątek wło­skie­go infor­ma­ty­ka, któ­ry odkry­wa, że za awa­rią elek­trow­ni sto­ją ter­ro­ry­ści-fana­ty­cy i hac­ke­rzy w jed­nym, gar­dzą­cy kon­sump­cjo­ni­zmem, kor­po­ra­cja­mi itd. Marzy im się cywi­li­za­cyj­ny reset. Uzna­ją, że taki plan naj­ła­twiej zre­ali­zo­wać poprzez pozba­wie­nie świa­ta prą­du. Wło­ski infor­ma­tyk z pomo­cą agend rzą­do­wych będzie pró­bo­wał ich powstrzy­mać. Pomysł jak naj­bar­dziej nośny, ale autor dał dupy, bo chcąc uwia­ry­god­nić książ­ko­wy sce­na­riusz, oka­zał się aż nazbyt skru­pu­lat­ny. Dobre kil­ka­dzie­siąt stron, jeśli nie kil­ka­set, to tech­nicz­ny opis funk­cjo­no­wa­nia elek­trow­ni i sie­ci ener­ge­tycz­nej — budo­wa, jak je wyga­sić i jak przy­wró­cić do dzia­ła­nia. Nuda i męcze­nie buły. Zeszło­rocz­ny „Mar­sja­nin” też cier­piał na takie bolącz­ki, ale nie było osta­tecz­nie tego aż tak dużo i rów­no­wa­ży­ło je poczu­cie humo­ru głów­ne­go boha­te­ra. Nie­ste­ty w “Blac­ko­ucie” autor nie wyczuł pro­por­cji i miej­sca­mi stwo­rzył pod­ręcz­nik dla inży­nie­rów. Poza tym cała histo­ria jest strasz­nie miał­ka, bra­ku­je jej pazu­ra i dobre­go punk­tu kul­mi­na­cyj­ne­go. Prze­czy­ta­łem do koń­ca w nadziei, że może jesz­cze w fina­le zej­dzie jakieś pier­dol­nię­cie, ale nie­ste­ty, poszedł tyl­ko kapi­szon. Ogól­nie nie jestem ani super zachwy­co­ny, ani skraj­nie znie­sma­czo­ny. “Blac­ko­ut” po pro­stu jest prze­cięt­ny. Mimo to pla­nu­ję dać auto­ro­wi jesz­cze jed­ną szan­sę. Jego nowa książ­ka „Zero” rów­nież ma świet­ny mar­ke­ting i kusi śłi­ta­śną okład­ką, a że cier­pię na półecz­ko­wy fetysz i mam sil­ną potrze­bę kom­ple­to­wa­nia serii, kup­no jest tyl­ko kwe­stią dobrej pro­mo­cji.

Ksiazki-z-marca-BlackoutKsiazki-z-marca

 

1052 „Nieznośna lekkość bytu” Milan Kundera

Czy jest na sali ktoś, kto nigdy nie sły­szał o tej książ­ce? Jeśli tak, lepiej się nie przy­zna­wać. Lek­tu­rę wybra­łem oczy­wi­ście po to, żeby mieć temat do pro­wa­dze­nia inte­li­genc­kich small tal­ków pod­czas puco­wa­nia się na ban­kie­tach, kie­dy już mnie kop­nie sła­wa i bogac­two. Nie­ste­ty do tego cza­su będę musiał popra­co­wać jesz­cze nad grą aktor­ską, szcze­gól­nie nad uda­wa­niem entu­zja­zmu. Praw­da jest taka, że nie potra­fię zachwy­cić się tym tytu­łem, tak jak bym sobie tego życzył. Owszem książ­ka jest nie­głu­pia i ma spo­ro bły­sko­tli­wych spo­strze­żeń, ale zde­cy­do­wa­nie nie jest to mój gatu­nek i sty­li­sty­ka. Do rze­czy, o co wła­ści­wie się roz­cho­dzi? Bazu­jąc na inter­ne­to­wych stresz­cze­niach i inter­pre­ta­cjach, ponoć Milan Kun­de­ra pró­bu­je udo­wod­nić, że wszyst­ko, co nas spo­ty­ka w życiu, deter­mi­nu­je przy­pa­dek. Przy­pad­kiem jest to, że zako­chu­je­my się aku­rat w „tej” oso­bie, a nie innej, że pra­cu­je­my tam, gdzie pra­cu­je­my, zada­je­my się, z kim się zada­je­my i podej­mu­je­my decy­zje, jakie podej­mu­je­my. Brzmi jak masło maśla­ne, ale wła­śnie taka jest teza. Milan uwa­ża, że rze­czy po pro­stu się ludziom przy­tra­fia­ją #shi­thap­pens i nie ma co się szar­pać, trze­ba przy­jąć je na kla­tę, a życie sta­nie pro­ste — nie­zno­śna lek­kość bytu. Z dru­giej stro­ny lek­kie życie nie przy­no­si satys­fak­cji i sta­je się cię­ża­rem, czy jakoś tak! Moż­li­we, że total­nie wszyst­ko pomie­sza­łem. Może lepiej powiem, jak to wyglą­da z moje­go punk­tu widze­nia. Otóż jak dla mnie, książ­ka opo­wia­da o pro­ble­mach egzy­sten­cjo­nal­nych cze­skie­go chi­rur­ga, Toma­sza. Tomasz jest jeba­ką, taki Char­lie She­en wan­na­be. Co jakiś czas ogar­nia sobie focz­kę na wie­czór, zry­wa jej plom­bę gwa­ran­cyj­ną, po czym odwo­zi na cha­tę lub do hote­lu. Ma zasa­dę „żad­ne­go noco­wa­nia”. Nie­ste­ty pew­ne­go dnia los spra­wia mu psi­ku­sa i pod­sta­wia Tere­sę. Ta, jak każ­da inna, zja­wia się u nie­go na kwa­dra­cie, tyle że przy­jeż­dża z gorącz­ką. Tomasz nie ma ser­ca wysta­wić jej za drzwi w takim sta­nie i pozwa­la prze­ki­mać. To dra­stycz­ne zła­ma­nie zasad koń­czy się dla nie­go tra­gicz­nie — ślu­bem. Pro­blem w tym, że Tomasz hajt­nął się z obo­wiąz­ku i wca­le nie pla­nu­je kaso­wać nume­rów kocha­nek. Cały czas się łaj­da­czy, a w ramach pocie­sze­nia, mał­żon­ce kupu­je psa. W tym momen­cie na Cze­cho­sło­wa­cję najeż­dża­ją sowie­ci i Tomasz z Tere­są prze­no­szą się do Szwaj­ca­rii. Tam mia­ło być im lepiej, ale Tomasz spo­ty­ka sta­rą zna­jo­mą, malar­kę Sabri­nę i zno­wu zaczy­na chę­do­żyć się na boku. Tere­sa nie wytrzy­mu­je tych zdrad psy­chicz­nie i wra­ca do Czech. Tomasz bije się z myśla­mi. Z jed­nej stro­ny jest zado­wo­lo­ny, że poje­cha­ła, bo ma luz i może się na lega­lu pusz­czać, z dru­giej tęsk­ni #cie­nias. Osta­tecz­nie posta­na­wia wró­cić za Tere­są. Przez komu­ni­stycz­ne repre­sje nie może zna­leźć robo­ty jako lekarz i z bra­ku laku zatrud­nia się do mycia okien na zle­ce­nie. Przy oka­zji bała­mu­ci wszyst­kie klient­ki, przez co Tere­sa zno­wu dosta­je ostre­go bólu dupy. Żeby zła­go­dzić sytu­ację, posta­na­wia­ją prze­pro­wa­dzić się na jakąś zabi­tą decha­mi wieś, z dala od wszyst­kich lafi­rynd i tam po kil­ku latach obo­je giną w wypad­ku samo­cho­do­wym #con­fu­sed. Następ­nie Kun­de­ra wra­ca jesz­cze do wąt­ku Sabri­ny, tej szwaj­car­skiej nałoż­ni­cy Toma­sza. Sabri­na ma już nowe­go gacha, żona­te­go inte­lek­tu­ali­stę Fran­za. Pew­ne­go dnia Franz oświad­cza Sabri­nie, że pla­nu­je porzu­cić żonę i być z nią na pełen etat. Ta mówi, że spo­ko luzik, ale jak tyl­ko Franz wycho­dzi z domu, paku­je maj­dan i daje nogę do USA. Franz jest z tego powo­du bar­dzo smut­ny, ale szyb­ko znaj­du­je pocie­sze­nie w ramio­nach mło­dej stu­dent­ki, a chwi­lę póź­niej kopie w kalen­darz. Koniec. 10/10.

P.S. Zna­la­złem jesz­cze notat­kę na Kun­dlu, spo­rzą­dzo­ną na żywo pod­czas czy­ta­nia. Idzie tak: “Nie­zno­śna lek­kość bytu, czy­li książ­ka o tym, że razem źle, a osob­no jesz­cze gorzej. Tere­sa — pierw­sza focz­ka w histo­rii, któ­ra robi­ła jaz­dy mężo­wi, bo zdra­dzał ją w jej snach. Czo­chra­ła mu rze­czy, jak wycho­dził do robo­ty.

Ksiazki-czytanie-w-czasie-urlopu

 

1152 “Rozpustne nasienie”, Anthony Burgess

Kolej­ny kla­syk, któ­ry przy­szło mi kato­wać na taj­landz­kiej pla­ży. Po książ­kę się­gną­łem z reko­men­da­cji blo­ger­ki z “Legend Sowie­go Lasu”. Fakt, że napi­sał ją Antho­ny Bur­gess, czy­li autor legen­dar­nej „Mecha­nicz­nej poma­rań­czy” też nie był bez zna­cze­nia. Pod wzglę­dem tema­ty­ki, książ­ka jak naj­bar­dziej tra­fia w moje kli­ma­ty, czy­li anty­uto­pia i biczo­wa­nie lewa­ków. Mamy bli­żej nie­okre­ślo­ną przy­szłość, nad świa­tem wisi wid­mo prze­lud­nie­nia i gło­du. Panu­ją­ca wła­dza wpro­wa­dza ostre restryk­cje, aby wyha­mo­wać przy­rost popu­la­cji. Każ­dej rodzi­nie przy­słu­gu­je pra­wo do posia­da­nia mak­sy­mal­nie jed­ne­go dziec­ka, ale gene­ral­nie robie­nie dzie­ci jest pas­se i lepiej widzia­ne są mał­żeń­stwa z zero­wym posia­da­niem. Sta­nem pożą­da­nym jest bez­płod­ność i homo­sek­su­alizm, któ­re gwa­ran­tu­ją urzę­do­wą karie­rę i dostat­nie życie. Taki układ spo­łecz­ny panu­je mniej wię­cej do poło­wy książ­ki, po czym nastę­pu­je zwrot o 180 stop­ni i pań­stwo tota­li­tar­ne, kon­tro­lu­ją­ce każ­dy aspekt życia swo­ich oby­wa­te­li, zosta­je oba­lo­ne przez rewo­lu­cjo­ni­stów i zmie­nia się w pań­stwo wol­ne, bez restryk­cji, ale przy oka­zji zdez­or­ga­ni­zo­wa­ne, co przy­no­si rów­nie opła­ka­ne skut­ki. Zamie­nił stry­jek sie­kier­kę na kijek. Książ­ka powsta­ła w latach 60′ i sta­ra­ła się prze­wi­dzieć przy­szłość z punk­tu widze­nia “teraź­niej­szo­ści”. Antho­ny Bur­gess cał­kiem traf­nie wyczuł nie­któ­re pro­ble­my przy­szłych poko­leń, z kolei w innych moc­no odpły­nął. “Roz­pust­ne nasie­nie” nie zosta­nie moja ulu­bio­ną lek­tu­rą anty­uto­pij­ną, ale nie uwa­żam, żeby to była stra­ta cza­su. Gene­ral­nie pierw­sza poło­wa, z ustro­jem tota­li­tar­nym w roli głów­nej, o wie­le bar­dziej mi pode­szła. Po rewo­lu­cji nastę­pu­je cha­os, poja­wia­ją się wąt­ki z kani­ba­li­zmem i jakoś mi to nie sia­dło. Lek­tu­ra nie nale­ży do naj­lżej­szych i zde­cy­do­wa­nie nie jest dla każ­de­go. Z czy­stym sumie­niem mogę pole­cić fanom Orwel­la i Hux­leya. Resz­ta  tyl­ko na wła­sne ryzy­ko.

BTW. Jeśli pla­nu­je­cie czy­tać w miej­scach publicz­nych, lepiej zaopa­trz­cie się w jakąś fej­ko­wą okład­kę. W innym wypad­ku, oce­nia­ją­ce spoj­rze­nia was zmiaż­dzą.

Ksiazki-na-wakacjach

 

1252 „Był sobie chłopiec”, Nick Hornby

Praw­da jest taka, że nigdy nie uwzględ­nia­łem tej książ­ki w swo­ich pla­nach. Mia­łem mniej wię­cej skon­stru­owa­ną play­li­stę, ale prze­czy­ta­nie po kolei Kun­de­ry i Bur­ges­sa tak mnie umę­czy­ło, że dla odmia­ny potrze­bo­wa­łem cze­goś lek­kie­go i mało anga­żu­ją­ce­go. Odpa­li­łem kun­dla, zaczą­łem prze­glą­dać tytu­ły i eli­mi­no­wać wszyst­ko, co za dłu­gie lub wyma­ga­ją­ce myśle­nia. Tym spo­so­bem padło na książ­kę Nic­ka Horn­by­’e­go. Nie mia­łem wzglę­dem niej total­nie żad­nych ocze­ki­wań, ot prze­czy­tam, odha­czę marzec i z gło­wy. Tym­cza­sem oka­za­ło się, że to cał­kiem przy­jem­na lek­tu­ra i nawet kil­ka razy się zaśmia­łem. Bra­wa dla tłu­ma­cza, że nie zgu­bił żar­tów w prze­kła­dzie. Książ­ka opo­wia­da o 36-let­nim lek­ko­du­chu Wil­lu. Will nie musi pra­co­wać, bo jego ojciec napi­sał kie­dyś kolę­dę, któ­ra w książ­ce ma sta­tus „Last Chri­st­mas” i dzię­ki niej, co mie­siąc dosta­je tłu­ściut­ki prze­lew z tytu­łu tan­tiem. Jedy­nym pro­ble­mem Wil­la jest nuda. Chłop nie za bar­dzo ma pomysł, co zro­bić z wol­nym cza­sem. Pro­wa­dzi zbyt wygod­ne życie, żeby wcho­dzić w sta­ły zwią­zek, zna­jo­mi daw­no się pohaj­ta­li i naro­bi­li dzie­cia­ków, przez co ich roz­ryw­ko­wy poten­cjał spadł do zera. Nie ma też żad­ne­go hob­by, inte­re­su­ją go wyłącz­nie mod­ne ubra­nia, dobre pły­ty i prze­lot­ne roman­se. Jeden z nich prze­ży­wa z samot­ną mat­ką. Po upoj­nej nocy stan­dar­do­wo chce ją spła­wić, tym­cza­sem oka­zuj się, że to ona spła­wia jego. Will orien­tu­je się, że samot­ne mat­ki to jego wyma­rzo­ny tar­get. Są ostro wyposz­czo­ne, ale nad ranem po cichu zbie­ra­ją bam­be­tle i spie­prza­ją do dzie­cia­ka. W dodat­ku nie mają żad­nych rosz­czeń. Zaja­ra­ny takim sta­nem rze­czy, wpa­da na nie­cny plan zapi­sa­nia się do gru­py wspar­cia dla samot­nych rodzi­ców, gdzie zamie­rza polo­wać na gorą­ce, poka­le­czo­ne psy­chicz­nie MIL­Fy. W rze­czy­wi­sto­ści nie wszyst­ko idzie po jego myśli, ale dzię­ki tym spo­tka­niom pozna­je 12-let­nie­go Mar­cu­sa, z któ­rym po cza­sie się zaprzy­jaź­nia. Siłą książ­ki jest odwró­ce­nie ról, to Mar­cus w tym duecie wyda­je się roz­sąd­niej­szy, a Will poka­zu­je mu jak być dzie­cia­kiem. Dobra, tro­chę przy­nu­dzam, ale książ­ka jest napraw­dę spo­ko. Autor wie­lo­krot­nie wrzu­ca Wil­la w nie­zręcz­ne, ale bar­dzo praw­do­podb­ne sytu­acje, co jest z cał­kiem zabaw­ne. Sko­ro ja się uśmia­łem, a cza­sa­mi mam wra­że­nie, że jestem już tak zbla­zo­wa­ny, że nic nie jest w sta­nie mnie roz­ba­wić, to wam tym bar­dziej powin­na się spodo­bać.

BTW nie widzia­łem fil­mu, ale czy­ta­jąc o Wil­lu, przed ocza­mi sta­wał mi Hugh Grant. Przy­pa­dek? Ta postać jest ide­al­nie pod nie­go skro­jo­na.

Tyle, jeśli cho­dzi o marzec. Poprzed­nie czę­ści znaj­dzie­ci TU STYCZEŃ i TU LUTY. Pod­su­mo­wa­nie kwiet­nia przy dobrych wia­trach poja­wi się w sierp­niu.

A to widziałeś?