popKULTURA

10 audiobooków idealnych na siłkę, przejażdzkę TIRem i do koszenia trawy

22/09/2021

W tym roku mam tak dobre sta­ty książ­ko­we, że nie­któ­rzy nawet pyta­li na priv (łącz­nie trzy oso­by), jak to robię, że książ­ki prze­czy­ta­ne, seria­le obej­rza­ne, bom­be­lek z przed­szko­la ode­bra­ny, a ja mam jesz­cze czas na hej­ci­ki w necie?

No cóż, mam spe­cjal­ny sys­tem, któ­ry wydat­nie pod­no­si moją efek­tyw­ność, nie­ste­ty sys­tem ten nie spraw­dzi się u wszyst­kich. Leci tak:

1. Trze­ba być bez­ro­bot­nym
-> takie roz­wią­za­nie doda­je kil­ka godzin extra do doby, nie­ste­ty ma też wady. Trze­ba żreć gruz.

2. Trze­ba wcie­lić w życie dewi­zę “sen jest prze­re­kla­mo­wa­ny” -> i o ile póź­niej­sze pój­ście w kim­kę nie jest niczym nad­zwy­czaj­nym, to wcze­sno poran­ne opusz­cza­nie śpiul­ko­lo­tu po takiej akcji boli podwój­nie. Nie pole­cam

3. Audio­bo­oki -> to jest ten magicz­ny skład­nik. Jeśli jest taka opcja, sta­wiam na książ­ki w wer­sji audio.  Mój tryb życia temu sprzy­ja, bo kosze­nie tra­wy na ran­czu to zaba­wa na mini­mum 4 godzi­ny , do tego pró­by robie­nia 10 tysię­cy kro­ków dzien­nie, a tak­że cyklicz­ne wypra­wy z mojej wio­ski na koń­cu świa­ta do cywi­li­za­cji. Audio­bo­oki spra­wia­ją, że w ska­li mie­sią­ca wpa­da­ją mi mini­mum 2 książ­ki w gra­ti­sie, wszak słu­cham ich pod­czas innych zajęć. A jeśli cho­dzi o tech­ni­ka­lia, to nie uwa­żam, żeby sam pro­ces czy­ta­nia był szla­chet­niej­szy niż słu­cha­nie. Nope, tu i tu koń­co­wym efek­tem jest chło­nię­cie histo­rii. Baaa cza­sa­mi audio­bo­oki mają prze­wa­gę, bo dzię­ki kozac­kiej opra­wie audio oraz bra­wu­ro­wej inter­pre­ta­cji pro­fe­sjo­nal­ne­go lek­to­ra, histo­ria może spo­ro zyskać. Oczy­wi­ście to dzia­ła w dwie stro­ny i jeśli przez kil­ka pierw­szych minut nie poczu­je­my flow z lek­to­rem, nie ma sen­su dalej kopać się z koniem.

I wła­śnie w celu unik­nię­cia kopa­nia się z koniem, przy­cho­dzę dzi­siaj z lista 10-ciu spraw­dzo­nych audio­bo­oków, któ­re w mojej opi­nii robią robo­tę. Wszyst­kie są z biblio­te­ki Sto­ry­tel i mam ku temu dwa powo­dy. Pri­mo, żeby­ście nie dosta­li jebla, że każ­dy tytuł jest gdzie indziej. Dru­gie pri­mo, bo w Sto­ry­tel w ramach abo­na­men­tu, któ­ry tak BTW w każ­dym momen­cie może­cie anu­lo­wać, słu­cha­cie do opo­ru. Taki audio­bo­oko­wy szwedz­ki stół, więc jak ktoś jest hard­co­ro­wym zawod­ni­kiem, to w cią­gu mie­sią­ca obsko­czy wszyst­kie pozy­cje z listy i będzie mógł mówić na dziel­ni: “Sto­ry­tel mnie nie­na­wi­dzi, odkry­łem jak w cenie jed­nej książ­ki wysłu­chać dzie­się­ciu XD. Leci­my:

1. “Bestia”, Mag­da Omi­lia­no­wicz -> Jest to audio­bo­ok, któ­ry będę pole­cał do koń­ca świa­ta i jeden dzień dłu­żej. “Bestia” to naj­lep­szy repor­taż jaki w życiu prze­czy­ta­łem, wróć, wysłu­cha­łem i zara­zem naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­ca książ­ka, z jaką mia­łem do czy­nie­nia od cza­su “Dziew­czy­ny z sąsiedz­twa” Jac­ka Ket­chu­ma. Róż­ni­ca jest taka, że ta dru­ga to po czę­ści fik­cja lite­rac­ka, nato­miast “Bestia” jest w 100% histo­rią praw­dzi­wą. Przed­sta­wia syl­wet­kę Lesz­ka Pękal­skie­go, zna­ne­go w kar­to­te­kach poli­cyj­nych, jako “Wam­pir z Byto­wa”, któ­re­mu przy­pi­su­je się co naj­mniej 67 mor­derstw. Sam mate­riał książ­ko­wy jest świet­ny, ale audio­bo­ok win­du­je go jesz­cze 3 pozio­my wyżej za spra­wą kli­ma­tycz­nej opra­wy dźwię­ko­wej (dźwię­ki w tle) i Krzysz­to­fo­wi Cze­czo­to­wi, któ­ry w roli Lesz­ka Pękal­skie­go jest tak cho­ler­nie cre­epy, że do teraz mam cia­ry. 10/10, bo wię­cej się nie da.

2. “Kruk. Słu­cho­wi­sko” -> O seria­lu tv “Kruk” sły­sza­łem wie­le dobre­go, ale jakoś nie było oka­zji obej­rzeć, tym­cza­sem nie­daw­no w biblio­te­ce Sto­ry­tel wpa­dło mi w oko słu­cho­wi­sko powią­za­ne z tym tytu­łem i pomy­śla­łem “Hmmm spraw­dzić nie zaszko­dzi”. I to spraw­dze­nie skoń­czy­ło się tak, że prze dwie godzi­ny sie­dzia­łem w samo­cho­dzie pod domem, żeby dosłu­chać do koń­ca. Jest tu wszyst­ko to, co tygry­sy lubią naj­bar­dziej, czy­li intry­gu­ją­ce śledz­two w wyko­na­niu tytu­ło­we­go Kru­ka, nie­sa­mo­wi­te efek­ty dźwię­ko­we (jak boha­te­ro­wie zama­wia­ją 0,7 w barze, to czuć smak gorzał­ki w pysiu) i pierw­szo­rzęd­na obsa­da lek­tor­ska. W roli głów­nej, podob­nie jak w seria­lu, Michał Żuraw­ski, a towa­rzy­szą mu m.in. Janusz Zadu­ra, Filip Kosior, Piotr Zelt, Arka­diusz Jaku­bik i Mał­go­rza­ta Lewiń­ska (serial “Loka­to­rzy”, pamię­ta­cie?). Dosko­na­łe to było.

3. “Robin Hood i Szma­rag­do­wy Król”, Jakub Ćwiek — Nów­ka sztu­ka, jesz­cze cie­pła. Pod wzglę­dem tech­nicz­nym, jest to ten sam kosmicz­ny poziom słu­cho­wi­ska, co “Kruk”, a pod wzglę­dem obsa­dy chy­ba nawet lep­szy. Tomasz Kot jako Robin, Robert Więc­kie­wicz jako Sze­ryf, a w dal­szym pla­nie m.in. Mariusz Bana­szew­ski, Miro­sław Zbro­je­wicz, Andrzej Sewe­ryn, Zbi­gniew Zama­chow­ski, Nata­sza Urbań­ska i Julia Kamiń­ska, któ­ra krad­nie szoł. Sama histo­ria jest pusz­cze­niem oczka do fanów gatun­ku, bo oto Robin Hood spo­ty­ka legen­dar­ne­go Kró­la Artu­ra. Jest cie­ka­wa intry­ga i dużo zawa­diac­kie­go humo­ru. Bar­dzo przy­jem­na rzecz. Przy oka­zji chciał­bym popeł­nić pry­wa­tę i prze­słać prop­sa Jaku­bo­wi Ćwie­ko­wi, któ­ry kolej­ny raz udo­wod­nił, że ma nie­sa­mo­wi­te skil­le w adap­to­wa­niu języ­ka do kon­kret­ne­go gatun­ku lite­rac­kie­go. Ten chłop prze­ro­bił już wszyst­ko -> fan­ta­sy, oby­czaj, heist book, akcyj­nia­ka, repor­taż, wywiad rze­kę i nadal kom­bi­nu­je. Pan Pisarz.

4. “Ran­dom”, Nata­sza Przy­mies — kolej­ne genial­ne słu­cho­wi­sko. Jeśli na dzi­siaj nie jeste­ście jesz­cze prze­ko­na­ni do audio­bo­oków, ale chce­cie dać im szan­sę, zacznij­cie od tego. Jest to krót­ka, bo 90-minu­to­wa histo­ria dwoj­ga ludzi, któ­rzy w swo­jej samot­no­ści są tak zde­spe­ro­wa­ni, że zaczy­na­ją korzy­stać z apli­ka­cji “Ran­dom”, łączą­cej ze sobą total­nie przy­pad­ko­we oso­by. I tak wła­śnie tra­fia­ją na sie­bie. Gdy­by ktoś mi kie­dyś powie­dział, że będę pole­cał roman­so-oby­cza­jó­wę, czy­ta­ną przez Julię Wie­nia­wę i Macie­ja Musia­łow­skie­go, praw­do­po­dob­nie zale­cił­by mu puk­nię­cie się w łeb. Tym­cza­sem tak się wła­śnie sta­ło. To było rześ­kie, świe­że i nie­sa­mo­wi­cie wcią­ga­ją­ce.

5. “Ste­laż”, Łukasz Orbi­tow­ski — kolej­na pozy­cja z prio­ry­te­tem dla osób, któ­re chcą zła­pać feeling z audio­bo­oka­mi. Słu­cho­wi­sko bazu­je na tek­ście Łuka­sza Orbi­tow­skie­go i opo­wia­da o kole­siu, któ­ry robi remont w cha­cie i ten remont nisz­czy mu życie. Słu­cha­łem tego aku­rat pod­czas wykań­cza­nia cha­łu­py, więc tak jak­by współ­od­czu­wa­łem ból głów­ne­go boha­te­ra, któ­ry swo­ją dro­gą został prze-genial­nie zin­ter­pre­to­wa­ny przez Woj­cie­cha Mecwal­dow­skie­go. To słu­cho­wi­sko to zło­to. To jest remon­to­wy “Dzień świ­ra”. I trwa tyl­ko godzi­nę 15 minut, więc moż­na je zali­czyć pod­czas wyciecz­ki do Żab­ki. Pole­cam #moc­no.

6. “Mar­twy sad”, Mie­czy­sław Gorz­ka — Ok, koń­czy­my ze słu­cho­wi­ska­mi i prze­cho­dzi­my do kla­sycz­nych audio­bo­oków. I tutaj na pierw­szy ogień chciał­bym wam pole­cić kry­mi­nał “Mar­twy Sad” Mie­czy­sła­wa Gorz­ki. Tra­fi­łem na nie­go aku­rat w momen­cie, kie­dy nosi­łem w sobie wiel­ką pust­kę po skoń­cze­niu serii z “Komi­sa­rzem Jaku­bem Mort­ką” od Woj­cie­cha Chmie­la­rza i Mie­czy­sław Gorz­ka spadł mi wte­dy z nie­ba. Jego kry­mi­na­ły to ten sam poziom enjoy­nin­gu, co u Chmie­la­rza. Głów­nym boha­te­rem jest Komi­sarz Mar­cin Zakrzew­ski, któ­ry w każ­dym tomie ma do roz­wi­kła­nia nie­li­chą zagad­kę kry­mi­nal­ną, co już jest git, a do tego mamy cha­rak­ter­nych boha­te­rów dru­go­pla­no­wych i krzep­kie dia­lo­gi #naj­le­piej. Czy­ta Filip Kosior, czy­li spraw­dzo­na fir­ma wśród lek­to­rów. Pole­can­ko.

7. “W cie­niu Eve­re­stu”, Mag­da Las­so­ta — kil­ka lat temu prze­czy­ta­łem książ­kę “Spod zamar­z­nię­tych powiek” Ada­ma Bie­lec­kie­go i to był moment, któ­ry cał­ko­wi­cie zmie­nił moje podej­ście do hima­la­izmu. Przy­zna­ję, że wcze­śniej trosz­kę hej­to­wa­łem hima­la­istów, zwłasz­cza, kie­dy na począt­ku wypra­wy koza­czy­li, a póź­niej trze­ba było wysy­łać po nich heli­kop­ter. Po lek­tu­rze poko­cha­łem ten styl życia, jak­bym sam go upra­wiał. Jest w tym coś pięk­ne­go. Ale do brze­gu. Od tam­te­go cza­su prze­czy­ta­łem wie­le innych tytu­łów, jed­nak wszyst­kie były pisa­ne z punk­tu widze­nia legen­dar­nych wspi­na­czy. Tym­cza­sem na począt­ku roku tra­fi­łem na audio­bo­oka, któ­ry opo­wia­da o wspi­nacz­ce komer­cyj­nej. Autor­ka wyku­pi­ła sobie tur­nus, pod­czas któ­re­go dzia­ni tury­ści pró­bu­ją wspiąć się na Eve­rest i zro­bi­ła z tego dosko­na­ły repor­taż. Przed­sta­wia nam syl­wet­ki uczest­ni­ków takie­go komer­cyj­ne­go cam­pu — kim są i dla­cze­go to robią (przy­kła­do­wo dwie babecz­ki bez więk­szej zapra­wy chcia­ły wejść, żeby zostać pierw­szy­mi gre­czyn­ka­mi na Eve­re­ście, licząc, że dzię­ki temu sta­ną sie cele­bryt­ka­mi w Gre­cji i wystą­pią w tam­tej­szym “Tań­cu z gwiaz­da­mi”). Poka­zu­je kuli­sy takie­go przed­się­wzię­cia — ile to kosz­tu­je, kto wno­si baga­że, gdzie robi się siku, co się je, jak ogar­nąć sobie neta, jaka jest rola Szer­pów, a nawet jak tury­ści są rąba­ni przez mni­chów na hajs. Niby zna­na tema­ty­ka, a jed­nak zupeł­nie inna per­spek­ty­wa i dużo smacz­ków, o któ­rych nie mia­łem poję­cia. Czy­ta Agniesz­ka Lubicz, zna­na rów­nież jak Pau­li­na Holtz i czy­ta bar­dzo faj­nie.

8. “Kult”, Łukasz Orbi­tow­ski — Łukasz Orbi­tow­ski po raz dru­gi. Przy­pa­dek? Nie sądzę. “Kult” już na eta­pie pre­mie­ry naro­bił spo­ro szu­mu i zbie­rał super rec­ki, co w sumie nie powin­no dzi­wić, bo książ­ka jest napraw­dę super, ALE. Ale śmiem twier­dzić, że w audio­bo­oku wypa­da jesz­cze lepiej, a dzie­je się tak za spra­wą inter­pre­ta­cji Janu­sza Cha­bio­ra, któ­ra jest total­nym mistrzo­stwem świa­ta, wręcz ocie­ra­ją­cym się o absurd, bo to nie­po­ję­te, że moż­na aż tak dobrze prze­czy­tać książ­kę. Nie będę nawet pró­bo­wał zaja­wiać fabu­ły, gdyż ponie­waż jest na mak­sa spe­cy­ficz­na i nie da się jej atrak­cyj­nie stre­ścić. Po pro­stu zaufaj­cie mi na sło­wo, a nie będzie­cie żało­wać.

9. “Lesio”, Joan­na Chmie­lew­ska — jedy­na książ­ka Joan­ny Chmie­lew­skiej, jaką wzią­łem na warsz­tat, a wzią­łem po tym, jak zoba­czy­łem, że czy­ta ją Tomasz Kot. Oka­za­ło się, że “Lesio” to bar­dzo lek­ka i przy­jem­na kome­dia kry­mi­nal­na, któ­ra czę­sto i gęsto hehesz­ku­je z absur­dów PRLu, a Tomasz Kot jest tu X Fac­to­rem, któ­ry swo­ją inter­pre­ta­cją, z fabu­ły 610 robi 810. Świet­nie kosi­ło się tra­wę w towa­rzy­stwie Lesia.


10. “Wybor­ny trup”, Agu­sti­na Baz­ter­ri­ca — kil­ka mie­się­cy temu recen­zo­wa­łem wyda­nie papie­ro­we, ale moż­li­we, że nie mie­li­ście oka­zji po nie się­gnąć, więc ide­al­na oka­zja, aby nad­ro­bić w audio­bo­oku. Pole­cam, bo jest to lek­tu­ra, któ­ra być może otwo­rzy wam jakąś zapad­kę w gło­wie i wywo­ła głęb­szą reflek­sję. Plot jest taki, że wirus zain­fe­ko­wał wszyst­kie zwie­rzę­ta na świe­cie, co spo­wo­do­wa­ło, że ludzie prze­szli na … kani­ba­lizm. I to NIE kani­ba­lizm na tzw. dzi­ku­sa, że jakiś wygłod­nia­ły typ zacza­ił się na naj­lep­sze­go ziom­ka i go zjadł. Nope, prze­szli na kani­ba­lizm legal­ny i spo­łecz­nie akcep­to­wal­ny. Ot po wyeli­mi­no­wa­niu z die­ty zwie­rzą, w skle­pach mię­snych zaczę­to sprze­da­wać mię­so ludz­kie i gene­ral­nie w spo­łe­czeń­stwie są ludzie gor­sze­go sor­tu, któ­rzy mają z góry prze­są­dzo­ny los. Może i nie zosta­łem po tej książ­ce vege, ale gdzieś mnie ten temat uwie­ra, bo książ­ka wypunk­to­wa­ła całą moją hipo­kry­zje i wycią­gnę­ła na powierzch­nie rze­czy, któ­re pró­bo­wa­łem igno­ro­wać. Zde­cy­do­wa­nie war­to posłu­chać.

I tym spo­so­bem doje­cha­li­śmy do koń­ca listy. Oczy­wi­ście w pierw­szej wer­sji tytu­łów było znacz­nie wię­cej, ale każ­dy wpis musi kie­dyś się skoń­czyć. Jak będzie wola, to za jakiś czas wró­cę z kolej­ną por­cją. Pozdro 600.

A to widziałeś?