Budowlanka, Parenting, popKULTURA

Miasto kontra wieś, czyli gdzie lepiej się mieszka?

26/02/2021

Zebra­li­śmy się tutaj, aby poroz­ma­wiać o bar­dzo waż­nym tema­cie, mia­no­wi­cie o róż­ni­cach pomię­dzy życiem w mie­ście a na wsi.

A powo­dów ku temu mamy przy­naj­mniej dwa. Raz, bo nie­daw­no strze­lił rok, od kie­dy prze­nie­śli­śmy się z War­sza­wy na wio­skę w oko­li­cy Zale­wu Zegrzyń­skie­go. Na nowych śmie­ciach zali­czy­li­śmy już wszyst­kie pory roku, więc czu­ję się kom­pe­tent­ny, aby zawy­ro­ko­wać, gdzie miesz­ka się lepiej. Dwa, bo rap­tem dwa dni temu pre­mie­rę mia­ła kolej­na cześć przy­gód Pucia, czy­li naj­bar­dziej pożą­da­nej książ­ki ever przez wszyst­kie bom­bel­ki w wie­ku od 2 do 102 lat. Cał­kiem przy­pad­ko­wo w nowym epi­zo­dzie Pucio wyru­sza na pod­bój duże­go mia­sta, co jak­by nie patrzeć, daje nam kolej­ną per­spek­ty­wę do naszych roz­wa­żań -> “Pucio w mie­ście”

Zacznij­my od począt­ku -> Dla­cze­go wylą­do­wa­li­śmy na wsi?

Być może kogoś roz­cza­ru­ję, ale to nie jest tak, że było to nasze marze­nie, któ­re od lat sobie wizu­ali­zo­wa­li­śmy. Nope, zde­cy­do­wa­ła eko­no­mia. Póki byli­śmy z Madzią sami sobie ste­rem, żaglem, wia­trem i pra­co­wa­li­śmy w kor­po, 40-metro­we miesz­ka­nia w sto­lY­cy było bar­dziej niż spo­ko. Dzień spę­dza­li­śmy w robo­cie, wie­czo­ra­mi bin­go­wa­li­śmy seria­le i nara, dzień z gło­wy. Z cza­sem jed­nak poja­wił się pie­sek i Bren­do­nek, a pra­cę sta­cjo­nar­ną zastą­pi­li­śmy zdal­ną i boom, nagle cięż­ko było się obró­cić, żeby przy­pad­kiem nie roz­bić komuś łuku brwio­we­go łok­ciem. O bra­ku warun­ków do robo­ty nawet nie mówię. W pew­nym momen­cie nie dało się choć­by odpi­sać na maila, bo dru­ga oso­ba zbyt gło­śno oddy­cha­ła i roz­pra­sza­ła.

Padło hasło „zmie­nia­my miesz­ka­nie na więk­sze” i w tym miej­scu zde­rzy­li­śmy się z war­szaw­ski­mi cena­mi oraz pato-dewe­lo­per­ską. Wie­cie, w ogło­sze­niu piszą „niski par­ter”, a w rze­czy­wi­sto­ści jest to piw­ni­ca z małym luf­ci­kiem zamiast okna. Albo „apar­ta­ment z wido­kiem na cen­trum” -> boom, kli­ta z wido­kiem na cen­trum… gospo­dar­ki odpa­da­mi. „Oko­li­ca przy­ja­zna dla dzie­ci” -> skwe­rek z roz­dup­co­nym trze­pa­kiem, przy któ­rym zio­mecz­ki w dre­li­chach spi­ja­ją Żuber­ka. I tak dalej i tak dalej, a wszyst­ko mini­mum 10 koła za metr. Tym spo­so­bem odda­la­li­śmy się fala­mi po 10 kilo­me­trów od cen­trum War­sza­wy, aż w koń­cu wylą­do­wa­li­śmy kawa­łek za Legio­no­wem i tra­fi­li­śmy na cha­wi­rę, w któ­rej wszyst­ko było Si!

Dobra, prze­cho­dzi­my do róż­nic pomię­dzy mia­stem i wio­chą. Zacznę od minu­sów, żeby skoń­czyć hap­py endem 😉

Minu­sy:

- Inter­net na korb­kę -> o ludzie, jakie tu dan­tej­skie sce­ny scho­dzi­ły przez ten nie­szczę­sny inter­net – zwie­chy na waż­nych tele­kon­fe­ren­cjach, zwie­chy w poło­wie fil­mu na HBO GO, zwie­chy w trak­cie reali­zo­wa­nia płat­no­ści na Alie­xpress, etc., a wszyst­ko dla­te­go, że na naszym odlu­dziu o świa­tło­wo­dach i sta­łych łączach moż­na tyl­ko poma­rzyć. Nope, jedy­ną opcją jest LTE na kar­tę, o któ­rym powie­dzieć, że jest nie­sta­bil­ne, to tak jak­by powie­dzieć o Ant­ku Kró­li­kow­skim, że jest nie­sta­ły w uczu­ciach zamiast roz­wią­zły. Ale to nie wszyst­ko, bo to LTE w momen­cie prze­pro­wadz­ki mia­ło limit 100GB, czy­li tyle co pobra­nie jed­nej gier­ki Xbo­xa i jak się póź­niej oka­za­ło, mądre łby z Plu­sa nie prze­wi­dzia­ły w tary­fie BIZNES (powta­rzam-> BIZNES!) moż­li­wo­ści dodat­ko­wych doła­do­wań po skoń­cze­niu pakie­tu. Sta­nę­ło na tym, że doku­pi­łem dru­gą kar­tę i gene­ral­nie szło mini­mum 200 zł mie­sięcz­nie na coś co i tak zamu­la­ło. Dopie­ro ostat­nio przy­je­chał typek i zamon­to­wał nam na dachu jakiś magicz­ny wzmac­niacz WIFI. Kosz­to­wa­ło to tysia­ka, ale o dzi­wo DZIAŁA! To total­nie odmie­ni­ło nasze życie.

- Szam­bo -> w momen­cie prze­pro­wadz­ki sta­łem się mena­dże­rem szam­ba i regu­lar­nie muszę zaglą­dać pod dekie­lek, co by nie było nie­spo­dzian­ki w posta­ci guano­wej powo­dzi. Nie jest to naj­przy­jem­niej­sza fucha na świe­cie, jed­nak praw­dzi­we zło leży gdzie indziej. Otóż na począt­ku myśla­łem, że jak przy­jeż­dża pan od szam­ba i zasy­sa zawar­tość, to wypa­da stać obok nie­go i wcho­dzić w small-tal­ki. Tym spo­so­bem kil­ku szam­bia­rzy obcią­ży­ło mnie histo­rią cho­rób w swo­jej rodzi­nie do trzech poko­leń wstecz,  ponad­to dowie­dzia­łem się praw­dy o sytu­acji w kra­ju (wszy­scy krad­ną, a tele­wi­zja pod­rzu­ca jakieś bzdur­ne tema­ty dla odwró­ce­nia uwa­gi) oraz któ­rzy szam­bia­rze to kutwy i lepiej trzy­mać się od nich z dale­ka. Dopie­ro nie­daw­no odkry­łem, że moż­na zama­wiać usłu­gę przez smsa, zosta­wiać otwar­tą bra­mę i pła­cić prze­le­wem z cał­ko­wi­tym pomi­nię­ciem small tal­ków. To był game­chan­ger. Aaa i raz szam­biarz wywi­nął taki numer, że chy­ba zamiast zasy­sać, zaczął dmu­chać i przez tydzień po cha­cie niósł nam się zapach świe­żej dwó­jecz­ki.

- Śmie­ci –> To, że trze­ba segre­go­wać na pięć rodza­jów, to pikuś. Gorzej, że zmie­ni­li nam fir­mę wywo­żą­cą i teraz nie dość, że jest dro­żej, to jesz­cze rza­dziej odbie­ra­ją. Baaa zazwy­czaj łapią kil­ka dni obsu­wy wzglę­dem umó­wio­ne­go ter­mi­nu, co spra­wia, że wio­secz­ka raz w mie­sią­cu wyglą­da jak Neapol pod­czas straj­ku śmie­cia­rzy. Przed wszyst­ki­mi doma­mi wysta­wio­ne wory i kon­te­ne­ry. Zimą to jesz­cze pół bie­dy, ale latem pięk­nie to sobie kiśnie. A jak już przy­ja­dą i zabio­rą te pięć worów, to zosta­wią tyl­ko jeden pusty, a ty kom­bi­nuj jak to roze­grać, wszak w innym worze nie zabio­rą.

- Bagno –> na naszej uli­cy nie ma asfal­tu, więc jak tyl­ko spad­nie deszcz, robią się kra­te­ry jak na Mar­sie. Jeden prze­jazd autem i zawie­sze­nie do wymia­ny. Z kolei pod­czas odwil­ży uli­ca zamie­nia się w jed­no wiel­ki bagno. Kto ma pie­ska, ten zro­zu­mie mój ból.

- Tory ku..kolejowe –> więk­sze tema­ty typu bur­ge­ry, kup­no pysz­ne­go ser­nicz­ka i liqu­idów do e‑szluga, zała­twia­my w Legio­no­wie. Jed­nak, żeby się do nie­go dostać, trze­ba prze­je­chać przez tory kole­jo­we. I myk jest taki, że:
A. Szla­ba­ny są zamy­ka­ne przez auto­mat, a nie czło­wie­ka i dla bez­pie­czeń­stwa ktoś usta­wił je tak, aby zamy­ka­ły się 10 minut przed prze­jaz­dem pocią­gu i otwie­ra­ły 10 minut po.
B. Praw­do­po­dob­nie ten sam ktoś wymy­ślił, żeby kumu­lo­wać pocią­gi i na jed­nych barier­kach pusz­czać od trzech do pię­ciu skła­dów. Jak dodać A i B, to nagle postój na torach trwa w sam raz, żeby obej­rzeć sezon ulu­bio­ne­go seria­lu na Net­fli­xie. Od cza­su prze­pro­wadz­ki hej­tu­ję pocią­gi!

- Wyda­rze­nia kul­tu­ralne –> o kon­cer­tach Dawi­da Pod­sia­dły i Taco Hemin­gwaya może­my poma­rzyć, ale nie myśl­cie sobie, że jeste­śmy jaki­miś dzi­ku­sa­mi bez kul­tu­ry. Nope, przy­kła­do­wo w zeszłym roku w naszej piz­ze­rii wystę­po­wał żon­gler, któ­ry ponoć doszedł do fina­łu „Mam Talent”. Sor­ry, ale póki Pod­sia­dło nie nauczy się stać na rękach, nie macie czym han­dlo­wać.

 — Wiej­ska fau­na –> i mam tu na myśli spa­sio­ne koń­skie muchy, trzmie­le i inne okro­pień­stwa, któ­re cią­gną cho­le­ra wie skąd, a tak­że pają­ki taaaak wiel­kie, jak­by były impor­to­wa­ne z Austra­lii… i myszy. Tak, mie­li­śmy już epi­zod z myszą i muszę wam powie­dzieć, że tak jak w dzie­ciń­stwie zawsze byłem team Jer­ry pod­czas oglą­da­nia Toma & Jer­re­go, tak teraz całym ser­dusz­kiem jestem za Tomem. Lata­ją­ce tała­taj­stwo ogar­nę­li­śmy za pomo­cą moski­tie­ry. Pają­ki są w gara­żu, więc prze­sta­łem tam wcho­dzić, a z myszą póki co się upo­ra­li­śmy, ale tu wystar­czy na chwi­lę nie domknąć drzwi i masz powtór­kę z roz­ryw­ki.

- Finan­so­wa stud­nia bez dna –> Oesu, ile my jesz­cze w ten dom pinien­dzy musi­my wrzu­cić, to aż mi nas żal. Mogli­by­śmy świat zwie­dzić, ale nope, trze­ba zro­bić scho­dy, kli­mę, barier­kę na bal­kon,  nawod­nie­nie w ogród­ku, wyło­żyć garaż płyt­ka­mi, nie wspo­mi­na­jąc nawet o pię­trze, któ­re nadal jest w sta­nie suro­wym. Z dru­giej stro­ny rok się oby­li­śmy bez tych gadże­tów, więc rów­nie dobrze mogą pocze­kać jesz­cze 5 lat.

- Inte­re­so­wa­nie się lokal­ny­mi spra­wa­mi –> w War­sza­wie jak widzia­łem ogło­sze­nie o zebra­niu miesz­kań­ców, to nawet nie doczy­ty­wa­łem do koń­ca. Mia­łem wywa­lo­ne na takie rze­czy, tym­cza­sem na wsi jest szcze­gó­ło­wy har­mo­no­gram róż­nych aktyw­no­ści. Przy­kła­do­wo w ponie­dział­ki zbie­ra­my się z loka­le­sa­mi pod cha­tą wój­ta i sprze­ci­wia­my pla­nom pusz­cze­nia pen­do­li­no przez naszą wio­skę. We wto­rek blo­ku­je­my budo­wę oczysz­czal­ni ście­ków. W śro­dę mówi­my NIE dla posta­wie­nia u nas Elek­trow­ni Ato­mo­wej. W czwar­tek abso­lut­nie się nie zga­dza­my, aby pod domem wybu­do­wa­li nam Zakład Prze­twór­stwa Mię­sne­go. W pią­tek krzy­czy­my, że taaaakie­go wała, że pusz­czą nam obwod­ni­cę przez podwór­ka. W sobo­tę mor­su­je­my, w nie­dzie­lę mamy kulig, a w ponie­dzia­łek wszyst­ko od nowa. Jebla idzie dostać od tych pro­te­stów.

To teraz pozy­ty­wy:

- Prze­strzeń -> Nie macie poję­cia jak bar­dzo pod­no­si się jakość życia, kie­dy może­cie obró­cić się w salo­nie bez ryzy­ka zaha­cze­nia dup­skiem o mikro­fa­lów­kę usy­tu­owa­ną w kuch­ni. I koniec z odde­chem dru­giej oso­by na kar­ku pod­czas pra­cy. Nope, teraz dzie­li nas ścia­na. Zapo­mniał­bym o naj­waż­niej­szym -> w koń­cu mam miej­sce na pie­lę­gno­wa­nie moje­go fety­szu w posta­ci biblio­tecz­ki <3 #bez­cen­ne

- Garaż -> wiel­kie pają­ki są pas­se, ale za to nie muszę już robić dzie­się­ciu okrą­żeń dooko­ła blo­ku, aby upo­lo­wać miej­sce par­kin­go­we, ani trzy­mać rowe­ru w salo­nie. Baaa nawet pry­wat­ną sił­kę sobie urzą­dzi­łem w gara­żu. Co praw­da jesz­cze na nią nie zasze­dłem, ale mam.

- Zapo­mnia­łem, czym są kor­ki -> ok, nadal są te nie­szczę­sne tory kole­jo­we, ale aż tak czę­sto zno­wu nie jeż­dżę do Legio­no­wa. Na wio­sce mam pie­kar­nię, cukier­nię, mię­sny, keb­sa, pic­kę, Orlen, Dino, Pacz­ko­mat i dwie Żab­ki, więc jestem przy­go­to­wa­ny na każ­dą oko­licz­ność

- Wyciecz­ki rowe­ro­we nie­ska­la­ne sygna­li­za­cją świetl­ną -> za war­szaw­skich cza­sów, w sezo­nie wio­sna-lato dojeż­dża­łem do kor­po na rowe­rze. Niby tyl­ko 9 kilo­me­trów, ale po dro­dze zali­cza­łem tyle świa­teł, wia­duk­tów i przejść pod­ziem­nych, że scho­dzi­ło mi godzi­nę. Teraz w tym samy cza­sie robię 25 kilo­me­trów+.

- Pry­wat­ny kawa­łek dział­ki -> Wyobraź­my sobie, że jest lato. Budzisz się o 10, robisz sobie cie­płą kapu­czi­nę, czy tam otwie­rasz fio­le­to­we­go Mon­ster­ka, po czym jesz­cze w piża­mie idziesz go sior­bać do ogród­ka. Powia­dam wam, że nie ma lep­sze­go uczu­cia na świe­cie niż stą­pa­nie bosą sto­pą po wła­snym traw­ni­ku. Coś abso­lut­nie cudow­ne­go i war­te­go każ­dych pie­nię­dzy. Do tego prze­strzeń na gril­la. Oj tak, od cza­sów prze­pro­wadz­ki nasze życie towa­rzy­skie zamiast total­nie umrzeć, wszak komu będzie się chcia­ło do nas jechać 30 kilo­me­trów, weszło na zupeł­nie nowy poziom. Był taki moment, że co tydzień ktoś do nas wpa­dał na kieł­bę z gril­la i dri­necz­ki. Dzia­łecz­ka to jest życie i nawet kosze­nie spra­wia przy­jem­ność.


- Wiej­ska fau­na i flo­ra – nie licząc myszy, trzmie­li i pają­ków gigan­tów, są tu jesz­cze sar­ny, dzi­ki, lisy, zają­ce, popier­ni­czo­ne bażan­ty, któ­re same pcha­ją się do gara, a raz nawet coś w sty­lu soko­ła widzia­łem. Do tego lasy, jezio­ra, rze­ki, pla­że. Zde­cy­do­wa­nie przy­jem­niej­sze widocz­ki niż miej­ski beton i bil­l­bo­ar­dy. Tu jest tak jak­by pięk­nie.

********

To gdzie lepiej? -> Jak zwy­kle to zale­ży od wie­lu zmien­nych i pry­wat­nych upodo­bań. Ja aku­rat jestem już sta­ry i cza­sy, kie­dy wycho­dzi się z domu w pią­tek, a wra­ca w śro­dę popo­łu­dniu, mam już daw­no za sobą. Pijac­ko-impre­zo­wy pri­me time prze­miesz­ka­łem w mie­ści i przy­zna­ję, że wspa­nia­le było sza­mać keb­sy o 3 w nocy na rau­szu na jakiejś pętli auto­bu­so­wej, jed­nak teraz o wie­le bar­dziej krę­ci mnie zamu­la­nie na laej­zi­ba­gu u sie­bie ogród­ku. Na wio­sce jest mi cudow­nie i ni chu chu nie czu­ję potrze­by, żeby wra­cać. Acz­kol­wiek trze­ba wziąć tu pod uwa­gę, że jestem bez­ro­bot­nym blo­ge­rem, więc nie zbru­ka­łem się jesz­cze podró­żą pocią­giem w poran­nych godzi­nach szczy­tu. Poza tym w odle­gło­ści do 10km mam wszyst­ko co nie­zbęd­ne do życia -> Maczek, Kino, Squ­ash, Basen, Ros­sman, Bie­dra, a jak chcę się mod­nie ubrać, to też żaden pro­blem, bo w pobli­żu jest Pep­co. Do tego cisza, spo­kój, spo­ty z ury­wa­ją­cy­mi odwłok widocz­ka­mi, tra­sy rowe­ro­we, spły­wy kaja­ko­we i tak dalej i tak dalej. A jak już nam się tak bar­dzo, ale to bar­dzo zatę­sk­ni za uro­ka­mi mia­sta, to bierz­my hotel na week­end i korzy­sta­my bez mar­twie­nia się o trans­port powrot­ny. Tak więc, jeśli cho­dzi o mnie, odda­ję swój głos na wio­skę.

Z kolei Pucio w naj­now­szej czę­ści udo­wad­nia, że w mie­ście też jest spo­ko. Przy­kła­do­wo będzie­my mie­li oka­zję stać z nim w kolej­ce w super­mar­ke­cie, po czym oka­że się, że pani kasjer­ka nie zna kodu na kaj­zer­kę. Następ­nie odwie­dzi­my plac budo­wy, gdzie pano­wie budow­lań­cy nauczą nas kil­ku nowych przy­miot­ni­ków. Będzie­my świad­ka­mi dzwo­na na skrzy­żo­wa­nia i wywrot­ki na hulaj­no­dze w par­ku. Prze­je­dzie­my się komu­ni­ka­cją miej­ską w godzi­nach szczy­tu, a tak­że odwie­dzi­my gale­rię sztu­ki, w któ­rej cio­cia Pucia orga­ni­zu­je wła­sny wer­ni­saż -> i cyk, Pucio dowie się, że godzi­na w nie­któ­rych oko­licz­no­ściach cią­gnie się, jak tydzień. A tak serio serio książ­ka jak zwy­kle nauczy nasze bom­bel­ki wie­lu nowych słó­wek i pozwo­li w łatwy spo­sób wytłu­ma­czyć pew­ne życio­we niu­an­se, a ponad­to zawie­ra sma­czek dla rodzi­ców, któ­rzy wkrę­ci­li się w serię nija­ko przy oka­zji (czy­ta­jąc junio­ro­wi). Mia­no­wi­cie w koń­cu dowie­my się kim z zawo­du jest tata Pucia. Widząc w poprzed­nich czę­ściach na jakiej sto­pie żyje Pucio­wa rodzi­na, nie raz zada­wa­łem sobie to pyta­nie i w koń­cu praw­da wyszła na jaw 😉 Abso­lut­ny must have w każ­dym domu. Pry­wat­ny egzem­plarz może­cie nabyć dro­gą kup­na kli­ka­jąc tu -> “Pucio w mie­ście” lub bez­po­śred­nio na stro­nie wydaw­nic­twa Nasza Księ­gar­nia

Czy jestem już influ, sko­ro nowe­go Pucia mia­łem tydzień przed pre­mie­rą?

Spo­koj­nie, to się wykle­pie!

Sztu­ka przez duże “SZ

***
Jeste­ście team mia­sto, czy team wio­ska?

A to widziałeś?