Parenting

Jakich prezentów nie kupować cudzym bombelkom?

11/12/2020

Mamy gru­dzień, więc nawet jeśli bar­dzo byśmy chcie­li, tema­tu pre­zen­tów nie­ste­ty nie omi­nie­my, sor­ry. Kil­ka dni temu dora­dza­łem wam jakie książ­ki war­to poło­żyć pod cho­in­kę <KLIK>, z kolei dziś przy­cho­dzę z poga­dan­ką o giftach dla dzie­ci, ale w kon­tek­ście CZEGO ABSOLUTNIE NIE KUPOWAĆ CUDZYM BOMBELKOM, bo tak się skła­da, że jeśli źle wybie­rze­cie, to kon­se­kwen­cje spad­ną na rodzi­ców. Temat znam od pod­szew­ki, więc pozwól­cie, że zro­bię wam szyb­ki tuto­rial. Part­ne­rem wpi­su jest Pucio.

1. Zabaw­ki robią­ce hałas, a nawet har­mi­der, jeśli dodat­ko­wo jeż­dżą

W skle­pach nazy­wa­ją je zabaw­ka­mi gra­ją­cy­mi, co może wywo­ły­wać pozy­tyw­ne sko­ja­rze­nia, ale nie daj­cie się zwieść, to pułap­ka!  Taki gift to pierw­szy krok, aby zafun­do­wać rodzi­com wyciecz­kę w jed­ną stro­nę do zakła­du zamknię­te­go. Zresz­tą sami wie­cie, że dzie­ci się fik­su­ją i bez koń­ca wci­ska­ją te kolo­ro­we guzicz­ki, akty­wu­jąc mucze­nie, becze­nie, kwa­ka­nie, szcze­ka­nie, a jak się ma wyjąt­ko­we­go pecha, to jest tam jesz­cze wgra­na melo­dyj­ka Baby Shark. Jebla idzie dostać. Do tej kate­go­rii przy­na­le­żą rów­nież instru­men­ty muzycz­ne, więc od razu wybij­cie sobie z gło­wy cym­bał­ki, man­do­li­ny i per­ku­sje. Poza tym mikro­fo­ny i mega­fo­ny. Oczy­ma wyobraź­ni już widzę, jak Bren­do­nek za mną cho­dzi i zapo­da­je przez mega­fon: „Tata daj mi kebe­ba­ske”, co w wol­nym tłu­ma­cze­niu ozna­cza „Tata, daj mi kaba­no­sa”. Na szczy­cie listy umiesz­czam zabaw­ko­wy odku­rzacz imi­tu­ją­cy dźwięk praw­dzi­we­go i w tym miej­scu prze­sy­łam spe­cjal­ne pozdro­wie­nia dla Mar­ty i Kuby, któ­rzy spre­zen­to­wa­li tako­wy Bren­don­ko­wi, co było ewi­dent­nym trol­lin­giem wymie­rzo­nym we mnie i Madzię (sza­nu­ję żar­cik, ale hej­tu­ję za uszczer­bek na psy­chi­ce). A i jesz­cze mamy taką zabaw­kę, co potra­fi w nocy się uak­tyw­nić i zawo­łać: „Are U the­re?”. Jej też nie pole­cam. Zawał ser­ca gwa­ran­to­wa­ny.

www.amazon.com


2. Pisa­ki, far­by i per­ma­nent­ne mar­ke­ry

Fak­ty są takie, że możesz być czuj­ny przez 23 godzi­ny 59 minut i 59 sekund na dobę, ale aku­rat w tej jed­nej sekun­dzie, kie­dy mia­łeś już tak bar­dzo suche oko, że musia­łeś mru­gnąć, co by się nie spo­pie­li­ło, bom­be­lek na bank zdą­ży popeł­nić swo­je pierw­sze w życiu graf­fi­ti i nie ma wąt­pli­wo­ści, że będzie to wrzut­ka w sty­lu HWDP w Przed­szko­le, popeł­nio­ne na naj­bar­dziej repre­zen­ta­cyj­nej ścia­nie w salo­nie. W takim asor­ty­men­cie wolę oso­bi­ście być decy­zyj­ny i jesz­cze w skle­pie upew­nić się, że wszyst­ko jest zmy­wal­ne.


3. Wszyst­kie zabaw­ki, któ­re mają w sobie pla­mią­ce i wyże­ra­ją­ce kana­pę pły­ny

Do tego pla­ste­li­na, mode­li­na, cia­sto­li­na, pia­sek kine­tycz­ny i wszyst­ko, co strze­la z kon­fet­ti. Wie­cie jak to się roz­no­si? Łatwiej zbu­rzyć cha­łu­pę i posta­wić jesz­cze raz od zera niż posprzą­tać. Jed­nak to i tak wszyst­ko pikuś przy bro­ka­cie. Powiem tyle -> jeśli jara was bro­kat, odpal­cie sobie mara­ton “Zmierz­chu” i podzi­wiaj­cie jak Edward mie­ni się na słoń­cu, a mi daj­cie spo­kój.


4. Zabaw­ki nie­do­sto­so­wa­ne do wie­ku

Nie ma jak to Scrab­ble, albo 1000-ele­men­to­we puz­zle z obraz­kiem zimo­wej pano­ra­my dla 2‑latka.  No chy­ba, że cho­dzi o to, żeby dziec­ko mia­ło co roz­rzu­cać, wte­dy fak­tycz­nie będzie szał. Może się rów­nież oka­zać, że na pudeł­ku zakres wie­ko­wy się zga­dzał, ale ni jak nie znaj­du­je to odzwier­cie­dle­nia w rze­czy­wi­sto­ści. Np. gra dla czte­ro­lat­ków+ z pyta­nia­mi w sty­lu -> Jak dłu­go dzię­cioł wysia­du­je jaj­ko? Kur­ła sko­ro nawet ja musia­łem googlo­wać odpo­wiedź pod sto­łem, to skąd bom­be­lek ma wie­dzieć?
W tej kate­go­rii miesz­czą się jesz­cze zabaw­ki, któ­re mogą spro­wo­ko­wać dziec­ko do zada­wa­nia trud­nych pytań, np. lal­ka tań­czą­ca na rurze, albo wibru­ją­ca mio­tła Har­re­go Pot­te­ra. Legen­da gło­si, że wibru­ją­ce mio­tły począt­ko­wo były asor­ty­men­tem ofe­ro­wa­nym przez skle­py dla doro­słych, po czym zoba­czy­ła je bran­ża zabaw­kar­ska i stwier­dzi­ła, że w sumie faj­ny pomysł. NOPE, pomysł jest okrop­ny, wszak te mio­tły nie lata­ją.


5. Defe­ku­ją­ce zabaw­ki

Mam dziec­ko, mam psa i lubię keb­sy na ostro. Może­my uznać, że to wystar­cza­ją­ca ilość inte­rak­cji z nume­rem dwa i napraw­dę nie potrze­bu­ję do kom­ple­tu Fla­min­ga kasz­lą­ce­go w ran­do­mo­wych momen­tach w por­ce­lan­kę. W ogó­le mam wra­że­nie, że dzia­ły kre­atyw­ne w fir­mach zabaw­kar­skich mają duży pociąg do tego typu asor­ty­men­tu.

Spo­tka­nie w fir­mie zabaw­kar­skiej XYZ, co by usta­lić stra­te­gię na okres bożo­na­ro­dze­nio­wy:

<Pre­zes> — No i jak tam Marzen­ko z dzia­łu kre­atyw­ne­go, wymy­śli­łaś coś extra na nad­cho­dzą­ce świę­ta? Dajesz, zaskocz mnie!
<Marzen­ka> — Spę­dzi­li­śmy z Rad­kiem wie­le godzin na bra­insz­tor­mach, ale uda­ło się, stwo­rzy­li­śmy super lalkę/pieska/flaminga/kotka/kapibarę
<Pre­zes> — Swe­et! A co one robią?
<Marzen­ka> — Kupę i siku
<Pre­zes> — WOW, czad, tego jesz­cze nie było. Pro­du­ku­je­my!
<Marzen­ka> — Ok, ale co kon­kret­nie? Lal­kę, pie­ska, fla­min­ga czy kapi­ba­rę?
<Pre­zes> — Wszyst­ko!

www.amazon.com


6. Drew­nia­ne mie­cze, zabaw­ko­wy mło­tek, kara­bin na kul­ki, ręka­wi­ca Czar­nej Pan­te­ry, pazu­ry Wolve­ri­na, pro­ca, łuk, kusza i tak dalej i tak dalej

W życiu pew­ne są trzy rze­czy -> śmierć, podat­ki i to, że jeśli dziec­ko dosta­nie masyw­ny drew­nia­ny miecz, to pierw­sze cię­cie przyj­mie jego ojciec. I to samo tyczy się młot­ków, pisto­le­tów na kul­ki, kusz i wszel­kich innych narzę­dzi zagła­dy. Plizz, noł!

www.youtube.com


7. Misie XXL

Super słod­ki pre­zent … na 3 minu­ty, a póź­niej pro­blem, bo z 40-metro­we­go miesz­ka­nia, któ­re już wcze­śniej było zawa­lo­ne pod sufit, nagle zni­ka­ją kolej­ne 2 metry. O dodat­ko­wej funk­cji, czy­li sku­tecz­niej­szym zbie­ra­niu kurzu i roz­to­czy niż iRo­bot Room­ba nawet nie mówię.


8. Zabaw­ki gro­żą­ce wizy­tą na ostrym dyżu­rze

Mam tu na myśli wszyst­ko, co może się stłuc albo czym moż­na się zadła­wić. Do tego dorzu­ca­my zabaw­ki nie­zna­ne­go pocho­dze­nia, co do któ­rych zacho­dzi podej­rze­nie, że mogą być zro­bio­ne z azbe­stu. Albo coś w sty­lu histo­rii, któ­ra przy­da­rzy­ła mi się pod­czas waka­cji w Taj­lan­dii. Otóż na bazar­ku w Bang­ko­ku kupi­łem pod­ra­bia­ne słu­chaw­ki Beat­sy i przez kil­ka kolej­nych dni jara­łem się, jaki to zło­ty deal przy­kle­pa­łem oraz krę­ci­łem becz­kę z łosi pła­cą­cych za to samo po kil­ka­set dolców XD. Było pięk­nie… aż tu jed­ne­go razu idę sobie słu­cha­jąc Taco Hemin­gwaya, wtem popra­wiam słu­cha­fo­ny na gło­wie, po czym patrzę na rękę, a ta cała w czer­wo­nej mazi. Oczy­wi­ście spa­ni­ko­wa­łem, że krwa­wię z ucha i w ogó­le zaraz pad­nę jak dłu­gi na uli­cę. Na szczę­ście oka­za­ło się, że to tyl­ko logo Beat­sów spły­nę­ło z nausz­ni­ków od upa­łu. Zabaw­ki gro­żą­ce zafar­bo­wa­niem też omi­jaj­cie.


9. Cho­mi­ki i inne żywe stwo­rze­nia

Zwie­rzę­ta odrzu­ca­my głów­nie dla­te­go, że zada­nie utrzy­ma­nia ich przy życiu spad­nie na mnie. Pro­blem jest taki, że oso­bi­ście bar­dzo lubię zwie­rza­ki i nie potra­fił­bym ich oddać, ale serio nie mam warun­ków, żeby trzy­mać w domu 3,5‑metrowego boa dusi­cie­la, więc nie sta­wiaj­cie mnie przed fak­tem doko­na­nym. Z kolei cho­mi­ki niby uro­cze i mało inwa­zyj­ne, ale mają w sobie coś takie­go, że w dzie­ciach budzi się Mr Hyde i zaczy­na­ją testo­wać ich gra­ni­ce wytrzy­ma­ło­ści. Wiem, bo kole­ga mi opo­wia­dał 😉

10. Zabaw­ki na bate­rie… bez dołą­czo­nych bate­rii

Muro­wa­na dra­ma. Przy­kła­do­wo bom­be­lek dosta­je kozac­ką, zdal­nie ste­ro­wa­ną wyści­gów­kę, więc momen­tal­nie tacie wywra­ca­ją się gał­ki oczne na myśl o cze­ka­ją­cej go zaba­wie, a tu zonk i nie ma bate­rii. Przez chwi­le jesz­cze się łudzi, że poży­czy z pilo­ta, ale nope, bo tam są cien­kie, a do fury trze­ba gru­bych. Tak się po pro­stu nie robi.

****
Poza kate­go­rią mamy jesz­cze kloc­ki, któ­re niby są spo­ko, bo +50 do kre­atyw­no­ści, ale z góry wia­do­mo, że to zawie­szo­ny w cza­sie wyrok na bosą sto­pę rodzi­ca. Sło­dy­cze ofi­cjal­nie są zaka­za­ne, bo nie­zdro­we, dziu­ra­wią zęby i wywo­łu­ją szał cukro­wy, po któ­rym dzie­ci bie­ga­ją po ścia­nach, acz­kol­wiek wer­sja nie­ofi­cjal­na jest taka, że Raf­fa­el­lo i Tof­fie­fee może­cie wrę­czać w każ­dej ilo­ści. Ja się nimi zaopie­ku­je. No i oczy­wi­ście maszyn­ka do tatu­ażu też jest zaka­za­na, wszak żad­ne przed­szko­le nie przyj­mie w swo­je sze­re­gi bom­ble­ka wydzia­ra­ne­go niczym Quebo­na­fi­de -> sko­ro wydzia­ra­ny, to pew­nie zaży­wa Vibo­vit na sucho i gryp­su­je.

www.amazon.com


Co w takim razie kupić, sko­ro wszyst­ko zaka­za­ne? — zapy­ta­cie

Pro­ste -> Pucia. Pucio jest sym­pa­tycz­ny, gwa­ran­tu­je dobrą zaba­wę i przy oka­zji edu­ku­je. Poza tym nie gra, nie śpie­wa, nie strze­la, nie trze­ba mu co tydzień wymie­niać bate­rii i co naj­waż­niej­sze, nie ma ryzy­ka ampu­ta­cji sto­py, jeśli przy­pad­kiem się na nie­go nadep­nie. Ponad­to asor­ty­ment Pucio­wy jest na tyle sze­ro­ki (książ­ki duże, książ­ki małe, puz­zle, memo­ry, domi­no, przy­tu­lan­ka), że dla każ­de­go znaj­dzie się coś w sam raz.

Szcze­gól­nie war­to się zain­te­re­so­wać nastę­pu­ją­cy­mi pro­po­zy­cja­mi:

Pucio. Rodzin­na Sobo­ta - Puz­zle, któ­re po uło­że­niu poka­zu­ją typo­wą sobo­tę w wyko­na­niu rodzi­ny Pucia. Zale­ty: Dzie­ci mają mega fun z ukła­da­nia, a jak już skoń­czą, pro­si­my je, żeby opo­wie­dzia­ły, co jest na obraz­ku. To zaj­mie im mini­mum 7 godzin, więc my rów­no­le­gle odpa­la­my Cyber­pun­ka na kon­so­li i tyl­ko od cza­su do cza­su przy­ta­ku­je­my -> Aha.

Pucio mówi dzień dobry — ksią­żecz­ka, dzię­ki któ­rej każ­de dziec­ko wsta­nie z łóż­ka z uśmie­chem na pysiu, a nie z podej­ściem “Oesu, zno­wu tyr­ka w przed­szko­lu”. Dobry start jest klu­czo­wy, bo dzię­ki nie­mu ubie­ra­nie, mycie zębów i sza­ma­nie śnia­da­nia pój­dzie już z gór­ki.

Pucio mówi dobra­noc — Ta ksią­żecz­ka z kolei pierw­szo­rzęd­nie wyci­sza i odpro­wa­dza do snu. Nie­ste­ty nie powiem wam jak się koń­czy, bo docie­ram max do 3 stro­ny.

Tato, czy­taj!

Pucio. Cze­go bra­ku­je? — Pierw­szy krok, aby bom­be­lek w przy­szło­ści zgar­nął Nobla. Zaba­wa pole­ga na szu­ka­niu pary do obraz­ka, w taki spo­sób, aby zga­dza­ła się tema­ty­ka. Pucio w stro­ju pił­kar­skim? Cyk, dobie­ra­my puz­zel z pił­ką. Sam też się wkrę­ci­łem.

Pucio. Co sły­chać? — ide­al­ne zastęp­stwo dla hała­su­ją­cych zaba­wek. Mamy tu obraz­ki z kate­go­rii fau­na i flo­ra, do któ­rych musi­my dopa­so­wać odpo­wied­nie dźwię­ki -> tup­ta­nie do mró­wek, szu­mie­nie do wia­tru, etc. Czy­li jak­by nie patrzeć win-win, bo dzie­cię uczy się co i jak, a my zacho­wu­je­my zdro­we zmy­sły.

Pucio do tule­nia — masko­ta, dzię­ki któ­rej dzie­ciacz­ki będą jesz­cze lepiej sobie wizu­ali­zo­wa­ły opo­wie­ści z ksią­żek o Puciu.

Oczy­wi­ście asor­ty­ment jest znacz­nie bogat­szy, ale to już sobie sami pobu­szuj­cie i dopa­suj­cie coś pod sie­bie na stro­nie Naszej Księ­gar­ni -> KLIK.

Tak wyglą­da Bren­don­ko­wa kolek­cja. Widać śla­dy inten­syw­ne­go użyt­ko­wa­nia.

A to widziałeś?