Parenting

Dzień Rodzicielki

25/05/2019

Nie­śmia­ło przy­po­mi­nam, że dziś jest ten dzień, kie­dy dzwo­ni­my do rodzi­cie­lek i dzię­ku­je­my im:

  • za góry wypra­nych gaci i skar­pet
  • za tony usma­żo­nych scha­bo­wych
  • za wyno­sze­nie brud­nych tale­rzy, misek i innych bomb bio­lo­gicz­nych z naszych pokoi
  • za uśmiech, mimo iż gdy­by nie my, praw­do­po­dob­nie zwie­dzi­ły­by cały świat i tapla­ły w for­sie
  • za mery­to­rycz­ne rady w sty­lu: “Na dupie se zrób”, kie­dy wyska­ki­wa­li­śmy z pomy­słem zro­bie­nia sobie tatuażu/kolczyka
  • za laj­fa­hac­ki w sty­lu “Zjedz łyż­kę miodu/cukru/dżemu”, kie­dy doma­ga­li­śmy się cze­goś słod­kie­go… cho­ciaż w tam­tym cza­sie bra­łem to za demo­ty­wa­tor
  • za kul­to­wy tekst “Nie jesteś wszy­scy. Inni mnie nie obcho­dzą”, kie­dy mia­łeś przy­pał, bo z całą kla­są posze­dłeś na waga­ry, po czym “Inni jakoś sobie pora­dzi­li”, kie­dy jako jedy­ny dosta­łeś lacza z kla­sów­ki
  • za to, że nie nazwa­ły nas Bra­jan­ka­mi, Bren­don­ka­mi, Kevi­na­mi i Jes­si­ca­mi
  • za wcho­dze­nie na ambi­cje tek­stem “Inte­li­gen­ti ludzie się nie nudzą”, kie­dy joj­czy­li­śmy, że nudy, bo padał aku­rat deszcz
  • za to, że kie­dy przy­cho­dzi komor­nik z zale­gły­mi man­da­ta­mi mówią: “Przy­kro mi, ale syn kil­ka lat temu wyje­chał do Anglii i nie mam z nim żad­ne­go kon­tak­tu”
  • że nie zmu­sza­ły nas do lek­cji ste­po­wa­nia, dzię­ki cze­mu mogli­śmy nauczyć się praw­dzi­we­go życia wcho­dząc na drze­wa i ska­cząc przez pło­ty.

Wła­sną prze­pro­szę jesz­cze za to 5 kilo pod­czas poro­du i powiem, że jej cia­sto nie jest zakal­cem, a nawet jak­by było to i tak nisz­czy wszyst­kie tor­ty od “Sowy” razem wzię­te. Kie­dy byłem dzie­cia­kiem, mama wiecz­nie mówi­ła, że upie­kła zaka­lec. Był zaje­bi­sty, a ja nie kuma­łem baz­ki, więc przy róż­nych imie­nio­no-uro­dzi­nach, kie­dy ktoś pytał, czy zjem kawa­łek cia­sta, odpo­wia­da­łem: “Jasne, kawa­łecz­kiem zakla­ca nie pogar­dzę”. I to roz­cza­ro­wa­nie, kie­dy oka­zy­wa­ło się, że jest tyl­ko ser­nik, mako­wiec i bab­ka: “A to nie, dzię­ku­ję”.

Przy­bi­ję piąt­kę za nucze­nie psy­cho­lo­gii odwró­co­nej:
<mama> — Wynieś śmie­ci, pro­szę
<ja> — Wczo­raj wyno­si­łem, niech M. (star­szy bra­chol) wynie­sie
<mama> — Nie, on nie umie tak dobrze ja Ty
<ja> — What? To tyl­ko śmie­ci, a nie jaz­da figu­ro­wa na lodzie. Liczy się efekt, a nie styl
<mama> — Dobrze, sama wynio­sę, a Ty idź odpo­cząć, bo pew­nie jesteś strasz­nie zmę­czo­ny po całym dniu nic nie robie­nia
<ja> — Dżi­zas, gdzie te śmie­ci?

Powiem jej jesz­cze, że się nie gnie­wam za to, że nazwa­ła mnie w pod­sta­wów­ce przy kole­gach “klu­secz­ką” i wytar­ła mokrym pal­cem poli­czek, co cią­gne­ło się za mną przez lata, ani za to że po powro­cie z wywia­dó­wek i odkry­ciu moich jedy­nek + nie­obec­no­ści, obie­cy­wa­ła nie mówić nic tacie i dać mi szan­sę na popra­wę, a 5 minut póź­niej: “Sła­wek, wiesz co ja usły­sza­łam na wywia­dów­ce? Taki wstyd, taki wstyd”.

Aaa i podzię­ku­ję za zaje­bi­ste wyda­nie “Kro­ni­ki XX wie­ku”. Pew­ne­go dnia jakaś dziew­czy­na zadzwo­ni­ła do drzwi i zapy­ta­ła, czy ja to ja? Kie­dy odpo­wie­dzia­łem, że tak, wrę­czy­ła mi wiel­ką, epic­ko wyda­ną kro­ni­kę XX wie­ku i pogra­tu­lo­wa­ła zwy­cię­stwa w kon­kur­sie na naj­lep­szy wiersz o Nakle nad Note­cią. Byłem bar­dziej w szo­ku niż Mary­sia w kawał­ku Soko­ła.

Obie­cam jej jesz­cze, że prze­sta­nę przy każ­dej oka­zji przy­po­mi­nać aneg­dot­kę, jak kie­dyś przed Wiel­ka­no­cą zamó­wi­ła panią do sprzą­ta­nia cha­ty, bo sama mia­ła dużo spraw na gło­wie, po czym wpa­dła w pani­kę, że nie może wpu­ścić kobie­ty w taki bała­gan, bo co ona sobie pomy­śli, więc spę­dzi­ła cały pora­nek na sprzą­ta­niu i myciu okien, po czym przy­szła pani od sprzą­ta­nia, wypi­ła kaw­kę, zja­dła deli­cje, wsza­ma­ła pta­sie mlecz­ko, ska­so­wa­ła hajs i poszła.

Nie mogę rówież pomi­nąć tej szcze­gól­nej, mat­czy­nej tro­ski. W każ­dy pią­tek, rów­niut­ko o godzi­nie 23:15

<mama> — Halo, poli­cja? Chcia­ła­bym zgło­sić zagi­nię­cie syna!

<poli­cja> — Dobry wie­czór Pani mat­ko PigO­uta, widzę, że nic się nie zmie­ni­ło i zno­wu musi­my odbyć tę samą roz­mo­wę. Ja Pani zasu­ge­ru­ję, że mło­dy poszedł zapić z kole­ga­mi, na co Pani odpo­wie, że bul­l­shit tra­vel, bo powie­dział, że idzie do Bart­ka powtó­rzyc fizy­kę i obie­cał wró­cić o 23. Ja odpo­wiem “taaa jasne” i zapy­tam, czy aby na pew­no obie­cał, czy może jed­nak to Pani na nim wymu­si­ła taką obiet­ni­cę? Pani odpo­wie, że to nie było wymu­sze­nie, ewen­tu­al­nie deli­kat­na suge­stia, po czym zacznie mnie prze­ko­ny­wać, że wyszedł o 19, a niby co moż­na robić w malut­kim Nakle przez 4 godzi­ny? I w tym miej­scu pad­nie teo­ria o “porwa­niu”, na co odpo­wiem, że nawet gdy­bym chciał, to i tak nie mogę przy­jać zgło­sze­nia, bo muszą minąc mini­mu 24 godzi­ny od wyj­ścia syna z domu. W tym miej­scu krzyk­nie Pani, że jeste­śmy bez­na­dziej­ni, rzu­ci słu­chaw­ką, po czym zacznie wier­cić mężo­wi dziu­rę w brzu­chu, żeby wsiadł w samo­chód i zro­bił rund­kę po mie­ście. Coś pomi­ną­łem?

<mama> — Jeste­ście bez­na­dziej­ni <rzut słu­chaw­ką>! Sła­wek odpa­laj samo­chód…

Naj­lep­sze­go dla wszyst­kich mam. Wymia­ta­cie.

P.S.

Mamo, mia­łaś rację. Ze wszyst­kim. Lovju.

A to widziałeś?