Parenting

Brajan, Pipa, Rambo, czy Nutella, czyli jak zarąbiście nazwać dziecko?

02/01/2020

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, co musi się odja­nie­paw­lać w gło­wach świeżo upie­czo­nych rodzi­ców, że nazy­wają swoje dzieci Bra­jan­kami, Nirva­nami, Wiedź­mi­nami, Nutel­lami i Dżesikami?

foto: https://www.facebook.com/dziennikrzeczpospolita/

Ja cały czas nad tym dumam i nadal nie ogar­niam. I nie mówię tu o sytu­acji, kiedy jedno z parent­sów jest obco­kra­jow­cem, np. pocho­dzi z Ven­ger­bergu i pod­trzy­muje lokalną tra­dy­cję -> boom, Yen­ne­fer. Nope, mam tu na myśli m.in. przy­pa­dek, jaki miał miej­sce 17 sierp­nia 2017 roku, kiedy to w szpi­talu w miej­sco­wo­ści Cibórz, przy­szedł na świat trzy i pół­ki­lowy Ney­mar, syn Kariny i R̶a̶f̶a̶ł̶a̶ Rafalą.

Albo ta dziu­nia z Zawier­cia, któ­rej nie chciało się zbie­rać nakle­jek ze Świe­ża­kami, więc poszła na skróty i nazwała swo­jego syna Jero­nimo Mar­tin, praw­do­po­dob­nie licząc, że Bie­dra w rewanżu poda­ruje jej bobra Borysa za dar­moszkę. Idąc tym tro­pem, ja powi­nie­nem mojego Bren­donka nazwać Leroy Mer­lin, bo aku­rat jeste­śmy w trak­cie prze­pro­wadzki na nowy lokal i nie powiem, kin­kiety w gra­ti­sie byłyby mile widziane. A jakby była córka, to wia­domo, Casto­rama albo Ikea.

Ja naprawdę rozu­miem, że nie­któ­rzy chcie­liby nazwać swoje dziecko ory­gi­nal­nie, poza tym żyjemy w innych cza­sach niż nasi parentsi i teraz, kiedy mamy otwarte gra­nice, teo­re­tycz­nie cały świat stoi otwo­rem… ale kurła, zanim Bra­jan i Nutella rzucą świat na kolana, naj­pierw będą musieli przejść pie­kło w Pol­sce. Czy zna ktoś bar­dziej bru­talną grupę spo­łeczną niż dzieci z pod­sta­wówki? Nie, bo takiej nie ma. No, chyba że rodzice tych dzieci.

Jeśli chcesz nadać swo­jemu dziecku nie­tu­zin­kowe imię, to rów­nie dobrze możesz przy­pa­lić je papie­ro­sem. To i to zosta­wia bli­zny, ale te po papie­ro­sie łatwiej ukryć. Przy­kła­dowo jak ktoś ma na nazwi­sko Kapu­sta albo Kieł­basa (noł ofens), to na 99,9% może być pewny, że “bom­be­lek” będzie roł­sto­wany przez rówie­śni­ków. Dodat­kowe obcią­ża­nie go imie­niem Pipa albo Rambo jest wręcz niehumanitarne.

Jestem jesz­cze w sta­nie zro­zu­mieć, że 20 lat temu rodzice zafa­scy­no­wani “Modą na suk­ces”, dawali się ponieść wyobraźni i nazy­wali swo­jego syna Ridge, bo marzyło im się, że też wyro­śnie na takiego boga­tego jebakę, jak ory­gi­nalny Ridge For­re­ster. No kto mógł prze­wi­dzieć, że ska­zują potom­stwo na drwiny, bo spo­łe­czeń­stwo nie ogar­nia tren­dów i ułań­skiej fan­ta­zji roz­ma­rzo­nych gospo­dyń domo­wych? Żodyn nie prze­wi­dział -> cena bycia pio­nie­rem. Jed­nak na robie­nie takich nume­rów w obec­nych cza­sach nie ma już alibi.

Weźmy na ten przy­kład naj­po­pu­lar­niej­sze obec­nie imię żeń­skie, czyli Dże­sikę. Czy kiedy sły­szy­cie “Dże­sika”, staje wam przed oczami jakaś hol­ly­wo­odzka gwiazda? Nope. Widzi­cie tylko blon­dynę z pół­me­tro­wymi tip­sami, licem nie­ska­la­nym myślą, pod­ro­bioną torebką Maj­kela Korsa i trójką dzieci pod pachą, z któ­rych każde ma innego ojca. Czy to przy­pa­dek, że naj­młod­sza beni­fi­cjentka 500+ ma na imię wła­śnie Dże­sika? Nope, bo nazy­wa­nie dziecka takim imie­niem, to jak rzu­cić klą­twę -> “Expecto Patola Rid­di­ku­lus Dże­sika”, czyli w wol­nym tłu­ma­cze­niu “Ska­zuję cię na kon­ku­bi­nat i życie z socjala”. To samo tyczy się Dże­ni­fer i Vanessy. Albo niech takiemu Ney­mar­kowi powi­nie się noga i w przy­szło­ści okaże, że jed­nak nie umie hara­tać w gałę, a prze­cież z cze­goś żyć trzeba. Dzi­żas już widzę tę nie­zręcz­ność, jak Ney­mar przy­cho­dzi na roz­mowę o pracę do Żabki i kie­row­nik sklepu pyta go: “To może powiesz mi Ney­ma­rze Cebulo, gdzie widzisz się za 10 lat… bo chyba nie w FC Bar­ce­lo­nie hehe. Chodź pokażę Ci sta­no­wi­sko z hot dogami”. Plizz nie rób­cie tego swoim dzie­ciom. Życie to gra, którą trudno przejść nawet jeśli masz typowo sło­wiań­skie, nikomu nie wadzące imię, a co dopiero, kiedy imię robi za dodat­kową kotwicę!

Teraz pew­nie część z was chce powie­dzieć, że pier­dolę jak potłu­czony, bo prze­cież Iza­bela Jana­chow­ska, czyli ta babeczka, co zaczy­nała w “Tańcu z Gwiaz­dami”, a teraz ma pro­gram o ślu­bach na TVN Style, nazwała swo­jego “bom­belka” Chri­sto­pher i nikt nie robi z tego wiel­kiego halo. No i tu mnie macie, cho­ciaż ja aku­rat robi­łem z tego “deli­katne” halo. Nie żeby było to jakieś imię z kosmosu, ale prze­czy­ta­łem kie­dyś nagłó­wek na Pudelku, w któ­rym Jana­chow­ska zarze­kała się, że nie nazwie swo­jego synka Bra­jan, bo ponoć Bra­ja­nów jest już za dużo. “Faj­nie i roz­sąd­nie z jej strony” — pomy­śla­łem, po czym kli­kam “czy­taj dalej”, żeby spraw­dzić, czy sta­nęło na Hen­ryku, czy Sta­ni­sła­wie, a tu supraj­sik -> Chri­sto­pher. Wypa­da­łoby jesz­cze prze­mia­no­wać nazwi­sko Jabłoń­ski na Yablon­sky, żeby było bar­dziej kosmo­po­li­tycz­nie.
Jest jed­nak pewna prze­waga, którą Jana­chow­ska ma nad innymi eks­pe­ry­men­tu­ją­cymi z imie­niem rodzi­cami. Otóż Iza jest dziana jak Bat­man, Iron Man i Janusz Tracz z “Ple­ba­nii” razem wzięci, a to bar­dzo uła­twia sprawę. Wia­domo, że Chri­sto­pher nie pój­dzie do szkoły publicz­nej, gdzie dzie­ciaki zro­bią mu falę pod­czas prze­rwy. Nope, Chri­sto­pher pój­dzie do szkoły pry­wat­nej, gdzie będzie kole­go­wał się z dziećmi kon­su­lów i ban­kie­rów o podob­nych imio­nach. W latach nasto­let­nich Chri­sto­pher nie będzie prze­sia­dy­wał na ławeczce pod blo­kiem i wysłu­chi­wał szy­der od zio­mecz­ków w dre­li­chach. Nie, Chri­sto­pher pój­dzie na Cam­bridge, gdzie wstąpi do dru­żyny kaja­kar­skiej, a popo­łu­dnia będzie spę­dzał w klu­bie gol­fo­wym, w towa­rzy­stwie kul­tu­ral­nych mło­dzień­ców ubra­nych w swe­te­rek w serek. I co naj­waż­niej­sze, Chri­sto­pher nigdy nie będzie musiał odbyć roz­mowy o pracę, bo w wieku 18 lat otrzyma od rodzi­ców firmę oraz dostęp do fun­du­szu powier­ni­czego, na któ­rym zdą­żyło się już uzbie­rać kilka gru­bych baniek. Sorry Win­ne­tou, ale tak już ten świat jest skonstruowany.

Oczy­wi­ście dzieci nie są ani tro­chę winne, że dostały kon­tro­wer­syjne imię, ale trzeba być super naiw­nym wie­rząc, że spo­łe­czeń­stwo pew­nego dnia doj­rzeje i prze­sta­nie szy­dzić. Bez szans, na co zresztą jestem naj­lep­szym dowo­dem. Bren­do­nek to oczy­wi­ście tylko ksywka stwo­rzona mojemu “bom­bel­kowi” na potrzeby inter­ne­tów, a i tak co chwilę jakiś dzban pisze mi na priv, że jestem deklem i jak mnie kie­dyś spo­tka, to mnie doje­dzie za skrzyw­dze­nie dziecka. LOL. Gdyby tylko wie­dzieli, że Bren­do­nek tak naprawdę ma na imię Quen­tin. Nie mówię, że macie iść w jakiś hard­co­rowy old­school typu Kon­stanty Ilde­fons Gał­czyń­ski, ale może warto zasta­no­wić się nad kom­pro­mi­sem. Na przy­kład taki Bra­ja­nusz — ide­al­nie połą­cze­nie tra­dy­cji z nowo­cze­sno­ścią. Odnaj­dzie się i na wiej­skim weselu i na roz­da­niu nagród Grammy. Pomy­śl­cie nad tym póki nie jest jesz­cze za późno. Tym­cza­sem muszę spa­dać, bo zaraz wpad­nie bra­chol z dzie­cia­kami. Z Fifon­żem i Cyn­tią. A może Syn­tią? Cho­lera wie, jak to się pisze, w każ­dym razie uro­cze urwisy.

***

Ten i wiele innych tek­stów może­cie prze­czy­tać w moim ebo­oku “Dzien­niki Hej­ter­skie” -> hop do sklepu.

A to widziałeś?