Hejting

Quo Vadis blogosfero?

30/08/2018

Nie chciał­bym kalać wła­sne­go gni­za­da, ale muszę powie­dzieć to gło­śno: blo­gos­fe­ra ssie. Ostat­nio (od jakichś dwóch lat) mam kry­zys twór­czy, w związ­ku z czym zro­bi­łem sobie wyciecz­kę po popu­lar­nych blo­gach, co by cosik spla­gia­to­wać się zain­spi­ro­wać i co się oka­zu­je? Nie tyl­ko ja jestem w kry­zy­sie. Dzi­żas jakie „my” gów­no popeł­nia­my. Ot same zapchaj dziu­ry, byle tyl­ko wyro­bić nor­mę UU i odha­czyć kolej­ny tydzień. Więk­szość tek­stów miał­ka, bez opi­nii i pazu­ra. Wszyst­kim wszyst­ko się podo­ba, a jak już scho­dzi kry­ty­ka, to deli­kat­na, byle tyl­ko ktoś się przy­pad­kiem nie obra­ził i nie zano­to­wał w swo­im kaje­ci­ku: „Temu blo­ge­ro­wi gra­ti­sów nie prze­sy­ła­my”. Szcze­rze? Prze­sta­je mnie dzi­wić, że tyl­ko blo­ge­rzy czy­ta­ją blo­gi i póź­niej scho­dzi żenua z ustaw­ka­mi na wza­jem­ną wymia­nę kom­ci albo nawet gorzej — lajk za lajk. W ogó­le z tym komen­ta­rza­mi to jaz­da bez trzy­man­ki. Na forach blo­ger­skich (jup, są takie) roz­krę­ca­ne są wiel­kie afe­ry, bo ktoś komuś sko­men­to­wał już 2 dni temu, ale sam nie otrzy­mał jesz­cze kom­cia w rewan­żu, albo pre­ten­sje i fochy, bo otrzy­ma­ny komen­tarz oka­zał się jało­wy jak roz­mo­wa na pierw­szej rand­ce: „Faj­ny wpis? Serio, to wszyst­ko, na co Cię stać? Zgła­szam do admi­na!” Z miej­sca przy­po­mi­na mi się Nasza Kla­sa i słyn­ne „Ślicz­nie razem wyglą­da­cie” pod każ­dym zdję­ciem, bez zna­cze­nia, czy na fot­ce był Brad z Ange­li­ną, czy Tiger z Kobrą (sprawdz­cie na youtu­be). Pytam się, po cho­le­rę wam fej­ko­we kom­cie? To tro­chę jak z byciem „cia­chem”. To, że mat­ka i bab­cia Ci tak mówią, to jesz­cze nic nie zna­czy. Trof­ka wpa­da, dopie­ro kie­dy usły­szysz to na mie­ście od nie­zna­jo­mej bia­ło­gło­wej. Co naj­lep­sze, na tych samych forach „kom za kom” prze­wi­ja­ją się blo­ge­rzy, któ­rzy publicz­nie krzy­czą, że im wca­le nie zale­ży na sta­ty­sty­kach, ot piszą z pasji. Z pasji to Fryt­ka klęk­nę­ła przed Kenem w Big Bro­the­rze. Sko­ro udo­stęp­niasz swo­je tek­sty publicz­nie i szu­kasz wymian kom­ci, to znak, że jed­nak masz par­cie na bycie czy­ta­nym. A co jeśli bym Ci powie­dział, że zamiast tra­cić czas na żebro­laj­ki, war­to spró­bo­wać zawal­czyć tre­ścią? Ile razy moż­na mie­lić prze­pis na scha­bo­we­go? Ile razy zapę­tlać się w jakieś wyli­czan­ki z dupy? Weź­my pierw­szy z brze­gu wpis z bran­ży laj­fstaj­lo­wej -> „7 spo­so­bów na uda­ny pora­nek”. Serio? Nie szko­da cza­su na taki bul­l­shit? Zaj­rzyj­my jed­nak do wpi­su i podej­rzy­my, cóż takie­go odkryw­cze­go radzą influ­en­cer­ki:

1. Przed snem zrób sobie kąpiel z bąbel­ka­mi, to pozwo­li Ci się zre­lak­so­wać.
2. Zanim się poło­żysz, przy­go­tuj dru­gie śnia­da­nie do pracy/szkoły, oszczę­dzisz czas rano.
3. Połóż się spać o 22. Wypocz­nij.
4. Pomyśl przed zaśnię­ciem o czymś przy­jem­nym. Nastrój się.
5. Ustaw na alarm łagod­ną muzy­kę. Oszczę­dzisz sobie szo­ku o poran­ku.
6. Wstań 10 minut wcze­śniej. Two­ja chwi­la odde­chu przed cięż­kim dniem.
7. Po prze­bu­dze­niu wypij szklan­kę wody z cytry­ną. Niech orga­nizm się nawod­ni.


Kto to pisał? Beata Paw­li­kow­ska? Po pierw­sze życie jest za krót­kie, żeby kłaść się o 22, po dru­gie, jesli tak dalej pój­dzie, to zaraz będzie­my ludziom tłu­ma­czyć jak się wią­że sznu­ro­wa­dła, bo w koń­cu to ten sam poziom roc­ket scien­ce, a po trze­cie Bitch ple­ase! Powiem wam, jak wyglą­da pora­nek praw­dzi­we­go blo­ge­ra.

1. Obie­cu­jesz sobie, że poło­żysz się max o pół­no­cy, po czym do gry wcho­dzi Net­flix & Play­sta­tion i szp­czą do ucha tak: “No, ale to kłaść się będziesz, sko­ro do bilio­te­ki wpadł wła­śnie świe­żut­ki sezon Two­je­go ulu­bio­ne­go seria­lu?” / “Daj spo­kój, jesz­cze się kie­dyś wyśpisz, a teraz cho na jeden meczyk w Fifę! Sam wiesz, że mamy rachun­ki do wyrów­na­nia z kil­ko­ma far­cia­rza­mi”.

2. Idziesz do wyra o 2:30 i to tyl­ko z roz­sąd­ku dla­te­go, że do poko­ju wpa­da Madzia z imbą: “A Cie­bie już do koń­ca pogię­ło? Wiesz, któ­ra godzi­na? Do pra­cy rano idziesz!”.

3. Kła­dziesz się, myślisz „Luzik, mam jesz­cze 4 godzi­ny snu, więc nie jest tak naj­go­rzej”, po czym pró­bu­jesz zasnąć…. ale nie możesz, bo Twój mózg uzna­je, że to ide­al­nym moment, żeby zacząć hur­to­wo pod­rzu­cać zaje­bi­ste pomy­sły – star­tup, apka na smart­fo­na, pomysł na hej­ta, nokau­tu­ją­ca ripo­sta do roz­mo­wy sprzed 2 dni i tego typu akcje. Gdzieś pomię­dzy koła­ta się jesz­cze myśl o siku. Zasta­na­wiasz się, czy wstać, czy prze­trzy­masz do rana? Wsta­jesz. Wra­ca­jąc bie­rzesz łycz­ka coli i robi Ci się nie­smak w pysiu, bo zaszła reak­cja coli z pastą do zębów #naj­go­rzej. Chcesz wejść cichut­ko do wyra, żeby Madzia nie krę­ci­ła afe­ry, ale przy­pad­ko­wo walisz pisz­cze­lem w kant sto­łu, po czym upa­dasz szcze­pion­ką na klo­cek Lego… nie­ste­ty nie masz cza­su w spo­ko­ju prze­trwać fali bólu, bo zza ścia­ny już dola­tu­je: “Ty się powi­nie­neś leczyć czło­wie­ku!”

4. 3:40 na zega­rze, a Ty nadal liczysz bara­ny.

5. Igno­ru­jesz trzy budzi­ki i pięć drze­mek. Budzisz się, dopie­ro kie­dy luba dźga Cię pal­cem w boczek…. tak głę­bo­ko, że doty­ka śle­dzio­ny. Niczym rażo­ny para­li­za­to­rem zry­wasz się do pozy­cji sie­dzą­cej.

6. Uspo­ka­jasz oddech, dra­piesz po mosz­nie, pró­bu­jesz ogar­nąć, gdzie jesteś, co się sta­ło i jaki mamy dzień tygo­dnia.

7. Zbie­rasz w sobie całą ener­gię wszech­świa­ta i powłó­cząc noga­mi, prze­no­sisz do łazien­ki. Zgod­nie ze sta­rą praw­dą ludo­wą: „Kto rano wsta­je ten leje jak z cebra”, sikasz przez 2 minu­ty, następ­nie ście­rasz mocz ze ścian i sza­fek #poran­ny #drąg, aż wresz­cie prze­cho­dzisz do poważ­niej­szych tema­tów, czy­li pod­my­cia pachy, szczo­ty i zębów. Pod­czas tej ostat­niej czyn­no­ści patrzysz w swo­je lustrza­ne odbi­cie i odli­czasz, któ­ry to już dzień Two­je­go życia, kie­dy wsta­jesz do robo­ty, bo potrze­bu­jesz pie­nię­dzy, a nie z pasji.

8. Wycho­dzisz z psem, spo­ty­kasz sąsia­da, któ­ry wyszedł w tym samym celu. Odby­wa­cie nie­zręcz­ny small talk. 2 minu­ty póź­niej cią­gniesz psa z powro­tem na cha­tę, wycią­gasz przy­pad­ko­wą rzecz z lodów­ki, po czym robisz sprint niczym Forest Gump na przy­sta­nek, wkur­wio­ny, że zaspa­łeś i dwój­kę przyj­dzie Ci robić w robo­cie #zło. Dalej to już tyl­ko kor­ki, ZTM i przy­tu­la­sy z obcy­mi ludź­mi, któ­rzy w prze­ci­wień­stwie do Cie­bie uzna­li, że jak się dzi­siaj nie pod­my­ją, to prze­cież świat nie prze­sta­nie się nagle krę­cić. Na koniec przyj­mu­jesz zje­bę od sze­fa za kolej­ne w tym tygo­dniu spóź­nie­nie i jest Ci z tego powo­du tak bar­dzo wszyst­ko jed­no, że nawet odpusz­czasz kla­sycz­ną ście­mę: „To nie moja wina, wypa­dek był na Jero­zo­lim­skich”. Następ­nie przez kil­ka godzin zawi­jasz w te sre­ber­ka, hej­tu­jąc w myślach cały świat, aż w koń­cu wra­casz na cha­tę i masz to swo­je wyma­rzo­ne 5 minut, żeby roz­siąść się jak król na sof­ce i… a nie, jed­nak nie masz, bo led­wo mru­gną­łęś, a już zro­bi­ła się 22, czy­li czas, kie­dy powi­nie­neś pójść spać według laj­fsta­lo­wych blo­ge­rek. Spa­daj­cie na drze­wo ze swo­imi rada­mi za dychę.


Mam świa­do­mość, że teraz gene­ra­li­zu­ję, ale kuź­wa nie tak sobie wyobra­ża­li­śmy blo­gos­fe­rę w 2018 roku. Nasze zda­nie mia­ło się liczyć, ludzie mie­li o naszych wpi­sach szep­tać na kory­ta­rzach i w tram­wa­jach, tym­cza­sem prze­gry­wa­my z gifa­mi śmiesz­nych kot­ków i youtu­be­ra­mi z dzie­wi­czym wąsem, któ­rzy gra­ją w gry. Żal. Kie­dy ostat­nio media pod­chwy­ci­ły temat roz­po­czę­ty w blo­gos­fe­rze? Jeśli nie liczy­my afe­ry, w któ­rej jakaś blo­ger­ka paren­tin­go­wa wycią­gnę­ła boob­sa w knaj­pie, za co zosta­ła kar­nie nomi­no­wa­na do opusz­cze­nia loka­lu, to nie pamię­tam. I żeby nie było, ja też się do takie­go sta­nu rze­czy przy­kła­dam, tra­cąc czas na komen­to­wa­nie pro­mek w Bie­drze, zamiast zająć się rze­cza­mi, któ­re kogoś obcho­dzą. Sor­ka.  
memy

A to widziałeś?