Budowlanka

Ukryte koszty przy kupnie domu

06/11/2019

Dwa tygo­dnie temu popeł­ni­łem  wpis na blo­ga­sku, w któ­rym tłu­ma­czy­łem jak to się sta­ło, że chcie­li­śmy zmie­nić miesz­ka­nie na tro­chę więk­sze, a osta­tecz­nie skoń­czy­li­śmy z domem pod War­sza­wą <KLIK>. Puen­ta szła tak: “(…) i tym spo­so­bem kupi­li­śmy 200-metro­wą cha­tę w cenie 60-metro­we­go miesz­ka­nia w sto­li­cy. How cool is that?”.

I wła­śnie do tego zda­nia chciał­bym się dzi­siaj odnieść, żeby cza­sem ktoś nie pomy­ślał, że to takie pro­ste, ot zabu­li się za cha­łu­pę, tyle co w ogło­sze­niu, wsta­wi meble i cyk, goto­we, moż­na miesz­kać.

Nic z tych rze­czy. Pomię­dzy kup­nem domu, a “cyk, goto­we” jest ukry­te dobre kil­ka­dzie­siąt tysię­cy zło­tych i to nawet przy zało­że­niu, że masz zdol­no­ści adap­ta­cyj­ne kara­lu­cha i przez kil­ka pierw­szych mie­się­cy jesteś w sta­nie spać na dmu­cha­nym mate­ra­cu, sikać w wuce­cie bez drzwi i prać w rze­ce. Nope, nie mówię tutaj o kla­sycz­nej wykoń­cze­niów­ce w posta­ci poło­że­nia pod­łóg, poma­lo­wa­niu ścian, czy zaku­pie łóż­ka i lodów­ki, bo o takich rze­czach wia­do­mo od począt­ku. Mam na myśli znacz­nie poważ­niej­sze tema­ty, czy­li adap­ta­cję budyn­ku i pose­sji oraz myśle­nie przy­szło­ścio­we (co będę chciał zro­bić, jeśli jakiśm cudem będę przy for­sie). Wie­le osób wycho­dzi z zało­że­nia, że takie rze­czy moż­na zosta­wić na kie­dyś i nie wli­cza ich w kosz­ty pt. “Tu i teraz”, tym­cza­sem to jak naj­bar­dziej jest tu i teraz. Nie­ste­ty.

Pozwól­cie, że zobra­zu­je wam te ukry­te kosz­ty na wła­snym przy­kła­dzie. Jak wie­cie nie “bawi­li­śmy się” w samo­dziel­ną budo­wę domu, bo to by nas total­nie zabi­ło. Nie mamy zie­lo­ne­go poję­cia o budow­lan­ce, więc nawet z pomo­cą jutu­ba trwa­ło­by to w nie­skoń­czo­ność, a po wszyst­kim zapew­ne roz­kra­czy­ło niczym pol­skie dru­ży­ny w eli­mi­na­cjach do Ligi Mistrzów. Nie zna­my ludzi, któ­rym mogli­by­śmy powie­rzyć budo­wę bez stra­chu, że coś spar­to­lą, albo nas prze­krę­cą i co rów­nież bar­dzo istot­ne, nie mamy cza­su, żeby jeź­dzić po urzę­dach i zała­twiać róż­ne dziw­ne pozwo­le­nia, któ­rych lista nigdy się nie koń­czy. Żeby sobie oszczę­dzić tych wszyst­kich nie­przy­jem­nych rze­czy, poszli­śmy na skró­ty i kupi­li­śmy gotow­ca w sta­nie dewe­lo­per­skim. Nie zna­czy to jed­nak, że wcze­śniej nie musie­li­śmy podej­mo­wać trud­nych decy­zji finan­so­wych.

Pierw­sza rzecz, z któ­rą się zde­rzy­li­śmy było ocie­ple­nie. Dom jest z pod­da­szem, któ­re prze­ro­bi­li­śmy na użyt­ko­we. Z góry wie­dzie­li­śmy, że w tym roku nie będzie kasy, żeby zro­bić z nim coś sen­sow­ne­go, więc pró­bo­wa­li­śmy sobie wmó­wić, że ocie­ple­nie też moż­na pomi­nąć -> “Oj tam oj tam, właz przy­kry­je się dechą, na to rol­ka weł­ny i nara, cze­ka­my na lep­sze cza­sy”. Nie­ste­ty to bul­l­shit. Ocie­ple­nie to jest coś, od cze­go się nie uciek­nie, a im dłu­żej się z tym zwle­ka, tym droż­szy będzie to biz­nes. Choć­by dla­te­go, że przy pro­wi­zor­ce cie­pło ucie­ka szyb­ciej niż pija­ny kie­row­ca z miej­sca wypad­ku, co z kolei odbi­ja się na wyż­szym rachun­ku za ogrze­wa­nie… a ponoć cze­ka nas naj­bar­dziej sro­ga zima od 30 lat. No i tak zapa­dła pierw­sza poważ­na decy­zja -> pian­ku­je­my pod­da­sze już teraz. Bye bye 9 tysi.

Sko­ro już zaha­czy­li­śmy o temat ogrze­wa­nia, to nie mogę nie wspo­mnieć o kotle gazo­wym. Jego koszt zależ­nie od pre­fe­ren­cji to kil­ka-kil­ka­na­ście tysię­cy, a do tego docho­dzi robo­ci­zna hydrau­li­ka, któ­ry musi go legit­nie pod­łą­czyć, następ­nie wcho­dzi ser­wi­sant, bo bez jego pie­cząt­ki ope­ra­cja się nie uda, a jesz­cze wcze­śniej trze­ba było zabu­lić za przy­łą­cze gazu miej­skie­go. Wszyst­ko na już (10 koła to mini­mum za taką impre­zę).

Jedzie­my dalej — elek­tryk. Jego usłu­gi mie­li­śmy wli­czo­ne w cenę domu, acz­kol­wiek ogra­ni­czy­ły się ści­śle do wyko­na­nia rze­czy opi­sa­nych w pro­jek­cie. Dla nas to było za mało i zaży­czy­li­śmy sobie wię­cej kla­sycz­nych gniaz­dek , do tego gniazd­ka usb, flo­or­bo­xy, ste­ro­wa­nie pod­ło­gów­ką z każ­de­go pomiesz­cze­nia, a myśląc przy­szło­ścio­wo, zle­ci­li­śmy jesz­cze wyj­ścia na alarm, moni­to­ring, dodat­ko­we zewnę­trze oświe­tle­nie, kli­mę, etc. Suma idzie w tysią­ce, a jak komuś zama­rzy się smart dom a’la Bill Gates z foto­wol­ta­iką i ste­ro­wa­niem table­tem, to w dzie­siąt­ki tysię­cy. Tu zno­wu poja­wia się dyle­mat w sty­lu -> jeśli nie zro­bię tego teraz, to nie zro­bię nigdy, bo to by wią­za­ło się z patro­sze­niem ścian i prze­cią­ga­niem kilo­me­trów kabli.

Przejdź­my do kosz­tów ogar­nię­cia pose­sji. Zaczę­ło się od zamó­wie­nia kil­ku wywro­tek zie­mi, żeby wyrów­nać dział­kę (+ kil­ka­set zło­tych). Niby nie jest to prio­ry­tet, ale bio­rąc pod uwa­gę, że dewe­lo­per zaczy­nał już sta­wiać ogro­dze­nie, był to naj­lep­szy moment. Póź­niej trze­ba by było dymać z tacz­ka­mi. A jak już wje­cha­ła zie­mia, to stwier­dzi­łem, że posie­ję tra­wę. Sąsiad nie posiał i teraz ma na dział­ce pole barsz­czu Sosnow­skie­go. Żeby to ogar­nąć, będzie musiał ryć chwa­sty z korze­nia­mi.  Iro­nicz­nie leni­stwo zmo­ty­wo­wa­ło mnie do pra­cy. Niby tra­wa to pikuś, ale jak się zli­czy wory z nasio­na­mi, nawóz, torf, narzę­dzia, węże i przej­ściów­ki, to 2 koła pęka na laj­cie.

Opa­ska z kost­ki i taras. Kolej­na rzecz, któ­ra jest w cenie, ale jeśli chcesz ją powięk­szyć wzglę­dem pro­jek­tu, dopła­casz z wła­snej kie­sze­ni. My chcie­li­śmy. Sko­ro eki­pa była już na miej­scu, to roz­sąd­nie jest ich wyko­rzy­stać niż ścią­gać w przy­szło­ści jesz­cze raz i oni wte­dy powie­dzą: “Panie dla takie­go mar­ne­go zle­ce­nia to mi się z domu nie opła­ca wycho­dzić” (+ kil­ka tysi).

Szam­bo. Jest w cenie domu, ale zro­bie­nie wyj­ścia poza tere­nem pose­sji, to już była nasza fana­be­ria i trze­ba było pła­cić extra. Pro­fit? Jak przy­je­dzie szam­bia­ra, to sobie pora­dzi bez nasze­go udzia­łu. Ponad pro­jekt zle­ci­li­śmy jesz­cze dwie stu­dzien­ki odpły­wo­we, co by nie mieć na dział­ce pola ryżo­we­go przy więk­szych desz­czach (+ kil­ka stów).

To są rze­czy, o któ­rych czę­sto nie myśli się prio­ry­te­to­wo, ale zde­cy­do­wa­nie roz­sąd­niej zro­bić je od razu. Im póź­niej tym dro­żej i wię­cej kom­pli­ka­cji. Oczy­wi­ście da się popły­nąć znacz­nie gru­biej. W pew­nym momen­cie nasz budżet prze­cie­kał bar­dziej niż Tita­nic po zde­rze­niu z górą lodó­wą, przez co ucie­kła nam szan­sa na mon­taż rolet zewnętrz­nych pod tyn­ka­mi. Niby zawsze moż­na je zro­bić na ele­wa­cji, ale wte­dy dom nie wyglą­da już tak sexi #Tro­chę­Ból. Odpu­ści­li­śmy rów­nież insta­la­cję auto­ma­tycz­ne­go sys­te­mu nawad­nia­nia. No nie­ste­ty nie było kasio­ry, więc teraz będę musiał bie­gać z wężem jak plebs ;), a jak mi się kie­dyś jed­nak zachce takie­go luk­su­su, to trze­ba będzie zaorać moją słi­ta­śną tra­wę, chlip chlip.

Zli­cza­jąc powyż­sze, może­my śmia­ło uznać, że pomię­dzy kup­nem domu, a “cyk, goto­we” skry­wa się od 50 tysię­cy (wer­sja oszczęd­no­ścio­wa) do plus nie­skoń­czo­no­ści  (wer­sja wyuz­da­na) i jest bar­dzo duże praw­do­po­do­bień­stwo, że trze­ba będzie je pokryć z wkła­du wła­sne­go, bo pierw­sze pri­mo, wie­le tych płat­no­ści odby­wa się jesz­cze przed uru­cho­mie­niem kre­dy­tu, dru­gie pri­mo, bank i tak mógł­by nie chcieć tego sfi­nan­so­wać, wszak nie są to para­me­try, któ­re bie­rze pod uwa­gę przy wyce­nie nie­ru­cho­mo­ści.  Pod­su­mo­wu­jąc, kup­no domu to pułap­ka i nie­ustan­na sztu­ka wybo­ru -> zro­bić to dobrze, czy zro­bić to jakoś? “Jakoś” ma odro­czo­ny ter­min płat­no­ści, ale koniec koń­ców wyj­dzie dro­żej.

A to widziałeś?