Budowlanka

Chcieliśmy trochę większe mieszkanie, tymczasem kupiliśmy dom na końcu świata, wtf?

08/10/2019

Być może zauwa­ży­li­ście, że od pew­ne­go cza­su na PigO­uto­wym fejs­bucz­ku i Insta­gra­mie domi­nu­je temat budo­wy domu. Jup, jeste­śmy w koń­co­wej fazie tego pro­ce­su, więc cięż­ko nie pisać o czymś, co wyło­mo­ta­ło cię z całej gotów­ki, zadłu­ży­ło do koń­ca życia #kre­dyt i spę­dza sen z powiek, bo co chwi­lę dzwo­ni  jakiś maj­ster i zaczy­na od ->  “Jest pro­blem, bo wysra­ło się <i tu wstaw sło­wo, o któ­re­go ist­nie­niu nie mia­łeś poję­cia>”.

Przy oka­zji tych wrzu­tek, zaczę­ło poja­wiać się tro­chę kom­ci w sty­lu: “Wow, miesz­czu­chy mia­ły fana­be­rię, ale zaraz będą pła­kać, że porzu­ci­li wygod­ne miesz­kan­ko w cen­trum mia­sta”.  No taaa, bo dokład­nie tak to wyglą­da­ło. Ot pew­ne­go dnia się obu­dzi­łem i stwier­dzi­łem, że mi się nudzi, więc dla uroz­ma­ice­nia posta­no­wi­łem wszyst­ko rzu­cić i zamiesz­kać w Biesz­cza­dach nad Zale­wem Zegrzyń­skim XD

Nope! Sytu­acja wyglą­da tak, że aktu­al­nie miesz­ka­my w 40-metro­wym… pudeł­ku po butach. I to w takim otwar­tym pudeł­ku, czy­li salon połą­czo­ny z kuch­nią + jakaś umow­na ścia­na oddzie­la­ją­ca sypial­nie (no i łazien­ka z różo­wy­mi sza­fecz­ka­mi, wia­do­mix). Póki byli­śmy sami, było to opty­mal­ne roz­wią­za­nie. Cały dzień spę­dza­li­śmy w robo­cie, a jak mie­li­śmy wol­ne, to gdzieś nas nosi­ło, więc kwa­drat trak­to­wa­li­śmy, jako miej­sce do spa­nia, sącze­nia dri­necz­ków i zamu­la­nia przed Net­fli­xem. Sty­ka­ło aż nad­to.
Z cza­sem jed­nak zaczę­ło przy­by­wać towa­ru, np. moja półecz­ka książ­ko­wa, póź­niej poja­wił się Chur­chill ze swo­im stuf­fem, czy­li jakaś leżan­ka i miej­sce na michy, aż w koń­cu przy­szła pora na gwóźdź pro­gra­mu w oso­bie Bren­don­ka. Już nawet nie mówię ile dodat­ko­wych rze­czy gene­ru­je dziec­ko ->  ciusz­ki, zaba­wecz­ki, fote­li­ki, prze­wi­ja­ki, rower­ki, cho­oye, muje, dzi­kie węże. Sed­no jest takie, że w momen­cie przy­nie­sie­nia Bren­don­ka do domu, było pew­ne, że w cią­gu max 3 lat trze­ba się prze­pro­wa­dzić do cze­goś więk­sze­go, albo bom­be­lek będzie musiał spać w naszych nogach.

Coż minę­ły dopie­ro dwa lata, a już jest hard­co­re. Poza tym, że nie moż­na swo­bod­nie się obró­cić, bo zaraz coś się strą­ca dupą, od jakie­goś cza­su pra­cu­je­my zdal­nie, co spra­wia, że salon aktu­al­nie peł­ni rolę biu­ra, jadal­ni, poko­ju zabaw (ale nie tego z Greya), świe­tli­cy z tele­wi­zo­rem i sali ban­kie­to­wej. Czę­sto w tym samym cza­sie. Po wej­ściu do nasze­go pudeł­ka po butach, wystar­czy jeden rzut oka, żeby zauwa­żyć zapad­nię­te miej­sce na sofie i i frag­ment czar­nej, wytar­tej pod­ło­gi. Tak, w tym miej­scu spę­dzi­łem ostat­nie 5 lat życia! No bo gdzie indziej mam spę­dzać?

Sytu­acja jest już tak dra­ma­tycz­na, że gdy­bym na ten przy­kład chciał się poprzy­tu­lać z Madzią, to naj­lep­szą opcją była­by kra­dzież bato­ni­ka z Żab­ki. Wsa­dzi­li­by mnie do aresz­tu, a tam jest coś, cze­go nie mam w domu -> widze­nia intym­ne. Sła­bo­ścią tego pla­nu jest fakt, że współ­o­sa­dze­ni mogli­by chcieć sko­rzy­stać z pra­wa pierw­szej nocy 😉 Całe szczę­ście, że prze­by­wa­nie ze sobą 24 godzi­ny na dobę, sku­tecz­nie leczy z amo­rów. Gorzej jak spra­wy idą w dru­ga stro­nę, czy­li docho­dzi do zadym, a nie ma gdzie sie scho­wać i prze­cze­kać.

Sami widzi­cie, że nasze 40-metro­we pudeł­ko po butach nabra­ło masy kry­tycz­nej i pil­nie trze­ba było rozej­rzeć się za czymś więk­szym. Pierw­szym wybo­rem było miesz­ka­nie, takie powiedz­my 70 ‑80 metrów, żeby za 5 lat nie trze­ba było powta­rzać tej samej ope­ra­cji. Łooo panie, czło­wiek niby sły­szał, że cena za metr kwa­dra­to­wy w War­sza­wie pod­sko­czy­ła, ale że był to skok w stra­tos­fe­rę, to nie mia­łem poję­cia. W naszej dziel­ni (Wola) i oko­licz­nych, metr kosz­tu­je śred­nio 8–9 koła, czy­li kosmos, a to i tak taniosz­ka w porów­na­niu z bar­dziej pre­sti­żo­wy­mi loka­cja­mi #Moko­tów, gdzie 10–12 tysi jest na porząd­ku dzien­nym. Poje­baw­szy? Nawet gdy­by było nas stać, nadal jest to absur­dal­na i nie­uza­sad­nio­na cena.

Odpa­la­my plan B -> Kil­ka lat temu zako­cha­łem się w seg­men­tach na obrze­żach War­sza­wy. Nie dość, że ide­al­nie łączą zale­ty miesz­ka­nia (nie mar­twisz się o ogrze­wa­nie, kosze­nie i odśnie­ża­nie) z zale­ta­mi domu (prze­strzeń, garaż, kawa­łek traw­ni­ka), to cena za metr jest o wie­le przy­stęp­niej­sza. Poje­cha­li­śmy je obcza­ić i … zonk. Oka­za­ło się, że wca­le nie wyglą­da­ją tak super, jak mi się wyda­wa­ło. Osie­dla przy­po­mi­na­ją obo­zy dla uchodź­ców — domek na dom­ku, ludź na ludziu, a wymiar traw­ni­ków to śmiech na sali. Dzię­ku­ję, posto­ję.

Plan C ->  Zwięk­sza­my pro­mień poszu­ki­wań o kolej­ne 15 kilo­me­trów, co rzu­ca nas po oko­licz­nych miej­sco­wo­ściach, ale nadal w akcep­to­wal­nej odle­gło­ści. Do tego  zjeż­dża­my z ceny i nie będzie­my się kisić w obo­zie dla uchodź­ców.  W teo­rii of cour­se, bo jak przy­szło co do cze­go, to zno­wu oka­za­ło się, że ofert jest tyle co kot napła­kał i w zasa­dzie każ­da mia­ła jakiś man­ka­ment (nie bra­li­śmy pod uwa­gi samo­dziel­nej budo­wy od zera). A to tra­fia­my w taką dzicz, że chy­ba musiał­bym zacząć polo­wać, bo o skle­pie moż­na tyl­ko poma­rzyć. O mediach nawet nie mówię.  A to dom, któ­ry stoi zale­d­wie rok, a już mu się ele­wa­cja sypie, a to osie­dle super ład­nych dom­ków… ale 10 metrów dalej budu­ją 3‑pasmową obwod­ni­cę. W koń­cu tra­fia nam się super cha­łu­pa pod Góra Kal­wa­rią. Wyglą­da zaje­bi­ście, cena zaje­bi­sta, już mamy brać… wtem dwa szo­ku­ją­ce odkry­cia. Pierw­sze — sąsiad przez płot hodu­je świ­nie, kro­wy, lamy, konie, kury i kacz­ki, a żeby było lepiej, pro­wa­dzi rów­nież skup zło­mu. Smród i hałas evry­łer. Dru­gim odkry­ciem jest plan zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strze­ni, z któ­re­go wyni­ka, że w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, zosta­li­by­śmy oto­cze­ni doma­mi z każ­dej stro­ny. Wię­cej kaczek, wię­cej zło­mu. Odpa­da.

I tak minę­ły nam dwa mie­sią­ce poszu­ki­wań. Pod­ła­ma­ni, że cho­oy z tego wyj­dzie, cał­kiem przy­pad­ko­wo tra­fia­my w oko­li­ce Legio­no­wa, a tam supraj­sik -> dom, w któ­rym wszyst­ko gra i buczy. Ide­al­na dział­ka, satys­fak­cjo­nu­ją­ca powierzch­nia cha­ty, ład­na brył­ka, spo­koj­na oko­li­ca, w mia­rę bli­sko do cywi­li­za­cji, las, jezio­ro, sta­cja kole­jo­wa i zero nie­spo­dzia­nek w papie­rach. Tydzień bili­śmy się z myśla­mi, aż w koń­cu zapa­da decy­zja -> bie­rze­my. No i tak to wła­śnie było.

Cha­łu­pę klep­nę­li­śmy na eta­pie, kie­dy sta­ły już ścia­ny, ale nie było jesz­cze dachu. W pro­jek­cie doko­na­li­śmy drob­ny popra­wek w posta­ci zmia­ny okien weran­do­wych na prze­suw­ne. Do tego przy­sto­so­wa­li­śmy pod­da­sze, aby było użyt­ko­we (okna, strop). Wyso­kość i inne para­me­try się zga­dza­ły, tym­cza­sem pier­wot­ny pro­jekt zakła­dał, że będzie to strych bez okien. Ale to by było mar­no­traw­stwo. Tym spo­so­bem mamy 1000 metrów dział­ki i 200 metrów powierzch­ni użyt­ko­wej w cenie 60-metro­we­go miesz­ka­nia. Not bad.

W tym momen­cie jeste­śmy na eta­pie wykoń­cze­niów­ki. Trzy tygo­dnie temu weszła eki­pa i leci z tema­tem,  jed­nak o bólu z tym zwią­za­nym i odczu­ciach wyni­ka­ją­cych z porzu­ce­nia War­sza­wy, opo­wiem w następ­nym odcin­ku.

A to widziałeś?