Żarcie & Napitki

Co, jeśli nie burger, czyli kilka sprawdzonych warszawskich adresów

18/10/2018
rsz_img_2241

Bar­dzo długo zbie­ra­łem się do tego wpisu i jeśli nie zmie­nił­bym kry­te­riów, cza­ił­bym się pew­nie jesz­cze kilka lat. Bo cho­dzi o to, że  jestem w blo­go­wym roz­kroku. Z jed­nej strony chciał­bym wejść tro­chę głę­biej w temat żar­cia, ale pro­blem w tym, że kiedy ląduję w jakiejś faj­nej knaj­pie, to krę­puje mnie robie­nie zdjęć. W bur­ge­row­niach jesz­cze pół biedy, bo tam zawsze da się coś pstryk­nąć z taj­niaka. Wyzwa­niem są restau­ra­cje z obsługą kel­ner­ską i sła­bym oświe­tle­niem. W nich zawsze ktoś cię obser­wuje, no i ciem­ność dodat­kowo utrud­nia sprawę. Bez zestawu blend, trzy­me­tro­wego obiek­tywu i kilku asy­sten­tów, raczej nic z tego nie będzie. Poza tym dobra sesja wymaga, żeby zapiąć fotę z pra­wej, z lewej, z ukosa, z poziomu stołu, czy choćby “spu­ścić się ” na linie z sufitu niczym Tom Cru­ise w Mis­sion Impos­si­ble i cyk­nąć sze­roki kadr z góry. Gene­ral­nie wypada wypró­bo­wać każdą moż­liwą kon­fi­gu­ra­cję, a póź­niej doko­nać selek­cji. Wierz­cie mi, że są ludzie, któ­rzy total­nie nie czują nie­zręcz­no­ści i potra­fią roz­ło­żyć się ze sta­ty­wem na środku restau­ra­cji, w godzi­nach obia­do­wego lun­cho­wego szczytu i napier­da­lać te snap­shoty. Nie­stety ja do nich nie należę. Za każ­dym razem koń­czy się tak samo. Obie­cu­jemy sobie z Madzią, że teraz to już na serio idziemy w pro­fe­sjo­na­lizm i nie łamiemy się pod cię­ża­rem oce­nia­ją­cych spoj­rzeń ludzi z sąsied­nich sto­li­ków (OMG kolejne blo­gery”). Jest mate­riał do zro­bie­nia i tylko to nas inte­re­suje — tak sobie wkrę­camy… po czym docie­ramy do restau­ra­cji i się zaczyna: “- No dobra Madzia, obcy­kaj szybko i jemy. — Nope, Ty obcy­kaj. — Nie ma opcji, ja nie cykam. — Ja też nie. — No to nie cykamy wcale. — No i faj­nie”. Every Fuc­king Time! A piszę to dla­tego, żeby ostrzec was, że ten wpis nie będzie naj­ład­niej­szy pod wzglę­dem zdjęć (naj­ład­niej­szy post ever znaj­dzie­cie TU), ale być może okaże się przy­datny, bo pod­rzu­cam w nim listę knajp, do któ­rych będąc w Wawie, może­cie iść w ciemno. Wróć, przy jed­nej dałem wzmiankę “Omi­jać”, bo sam się nadzia­łem na hype w inter­ne­cie, tym­cza­sem na żywo spo­tkało mnie sro­gie roz­czro­wa­nie. Tym bar­dziej warto doczy­tać post do końca, żeby nie wto­pić. Uprze­dzam, nie ma tu ani jed­nego bur­gera, kebsa, ani pizzy, bo te dania docze­kają się osob­nych rankingów.

Tha­isty
Na pierw­szy ogień moja abso­lut­nie ulu­biona war­szaw­ska restau­ra­cja. Jak wska­zuje nazwa — Tha­isty — ser­wuje taj­ską kuch­nię i robi to dobrze. Wróć, robi to naj­le­piej. Wiem, bo prze­te­sto­wa­łem więk­szość kon­ku­ren­cji i jak dla mnie Tha­isty jest poza zasię­giem. Chcia­łym omó­wić teraz przy­naj­mniej połowę dań z ich karty, ale prawda jest taka, że zawsze biorę to samo. Pad Ka Prao, czyli sie­kany rost­bef z taj­ską bazy­lią, warzy­wami i jaj­kiem sadzony, w któ­rym zako­cha­łem się bez pamięci pod­czas wyjazdu na Koh Samui. Smak tego dania w Tha­isty jest 1:1 do tego, który pamię­tam z Taj­lan­dii. Co prawda wycho­dzi pra­wie cztery razy dro­żej, ale nadal jest to bar­dziej opła­calne niż kupno biletu na samo­lot. I jesz­cze ważna infor­ma­cja — Pad Ka Prao nie bie­rze jeń­ców, jeśli cho­dzi o pikant­ność. Wie­cie, zro­szone czoło, pali dwa razy i tego typu tematy. Poza tym por­cje kon­ret. 10/10

Madzia z kolei jest wierna Ped Pad Ka Prao (nazwa nie­mal iden­tyczna, ale spraw­dza­łem trzy razy i naprawdę tak jest), czyli pierś kaczki w tem­pu­rze, z taj­ską bazy­lią i warzy­wami, ale testo­wała też Pad Thaia, Czer­wone Curry, pie­rożki na parze i jakiś fiku­śny deser. Wszystko było zarą­bi­ste, ale moje danie naj­lep­sze. Tha­isty ma dwa lokale w War­sza­wie: na placu Ban­ko­wym i na placu Wil­sona. Do obu ciężko wbić z ulicy, ale ten na Placu Ban­ko­wym przyj­muje rezer­wa­cje tele­fo­niczne, więc da się to obejść.

Restauracje Warszawa

Bar Pra­sowy
Pra­sowy to typowy bar mleczny z ponad 50-letnią historą, który tak, jak inne tego typu lokale, swego czasu zaczął pod­upa­dać, na szczę­ście kilka lat temu, ktoś z pomy­słem, wziął go na warsz­tat i stwo­rzył hybrydę baru mlecz­nego z hisp­te­row­nią. Wystrój niby jest kla­syczny, ale po bliż­szych oglę­dzi­nach da się zauwa­żyć, że jest czy­sto, meble są z Ikei, a główną klien­telę zamiast eme­ry­tów, klo­szar­dów i bied­nych stu­den­tów, sta­no­wią pano­wie w gajer­kach i bogaci stu­denci z iPa­dami. Nie­ty­powa jest też karta, bo poza kla­sy­kami, czyli mie­lo­nym i scha­bo­wym, ser­wo­wane są jesz­cze wege­ta­riań­skie, bez­glu­te­nowe tarty i car­pa­cio z buraka. Za to jak na bar mleczny przy­stało, jest tanio, albo rela­tyw­nie tanio. Oso­bi­ście testo­wa­łem kilka zesta­wów obia­do­wych i przy­znam, że jakoś szcze­gól­nie nie zapa­dły mi w pamięć. Były OK, ale bez ochów i achów. Za to leniwe mają epic­kie. Dokła­da­nie takie, jak pamię­tam z dzie­ciń­stwa, czyli cia­sto, twa­róg,  bułka tarta i masełko. Tak to wła­śnie powinno wyglą­dać, a nie jak w więk­szo­ści knajp, dają ci coś w stylu kopy­tek i udają, że to leniwe. Bit­ches pliz. Spoko są też nale­śniki, klu­ski z tru­skaw­kami i pomi­do­rowa, cho­ciaż czuć w niej tonę cukru. Jed­nak leniwe naj­lep­sze. Milion kalo­rii, ale warto.

Restauracje WarszawaRestauracje Warszawa

Street
Street to knajpa, którą w pierw­szej kolej­no­ści poko­cha­łem za naj­lep­sze ever happy hour. W okre­ślo­nych godzi­nach (16:00–20:00), zama­wiasz dowolny alko­hol, a drugi taki sam dosta­jesz gra­tis. I nie ma w tym żad­nego haczyka, serio. W roz­ryw­ko­wych cza­sach “przed Bren­don­kiem”, bywało że wpa­da­łem do Stre­eta z kum­plami na 20 minut przed koń­cem pro­mo­cji i każdy z nas zama­wiał po 4 piwa, co w prak­tyce ozna­czało po 8 piw, i kiedy te wszyst­kie kufle rów­no­cze­śnie wjeż­dzały na stół, nam krę­ciła się łza w oku i czu­li­śmy się jak kró­lo­wie świata. Piękne to były czasy. Dru­gie zauro­cze­nie przy­szło, kiedy spró­bo­wa­łem ich żebe­rek miodowo-musztardowych. Łoo panie, jaki to był hicior. Godna por­cja, mię­sko ide­al­nie odcho­dziło od koste­czek i do tego ten sos mio­dowy. Deli­szys <3. Nie­stety, pew­nego pięk­nego dnia, ktoś z “góry” wpadł na głupi pomysł żeby żeberka z karty wyrzu­cić. Od tej pory zaglą­damy tam cza­sem na kaczkę (pie­czona połówka kaczki, poda­wana na gorą­cym żeliw­nym tale­rzu, z pie­czo­nymi ziem­niacz­kami, buracz­kami, pie­czo­nymi jabł­kami i żura­winą), która też jest spoko, ale to już nie to samo. To zna­czy jest bar­dzo dobra i w ogóle piał­bym z zachwytu, gdyby nie fakt, że te żeberka były naj­lep­sze w całej galak­tyce. Nadal bywają noce, kiedy za nimi pła­czę. Na szczę­ście Happy Hour zostało. No i maka­rony w sumie też mają niezłe.

Restauracje Warszawa

Nocny Mar­ket
O Noc­nym Mar­ke­cie pisa­łem już TU. Jeśli jesz­cze nie byli­ście, to spa­li­li­ście akcje, bo #nocny to impreza sezo­nowa i w tym roku już zakoń­czył dzia­łal­ność. Nie do końca wia­domo też, co z nim będzie w kolej­nym sezo­nie. Podobno ma prze­trwać, ale zmieni się loka­li­za­cja. Podobno. W każ­dym razie dobra infor­ma­cja jest taka, że wszyst­kie budy, które kar­miły w week­endy na noc­nym, w tygo­dniu też funk­cjo­nują, z tym że są roz­bite po całym mie­ście. Tu lokal sta­cjo­narny, tam food­truck, ot taka nie­do­god­ność, ale zawsze lep­sze to niż nic. W każ­dym razie jakby coś wam wpa­dło w oko z mojego wpisu, to nadal da się to namie­rzyć. A pole­ca­łem m.in.: kanapki bul­gogi z Kore­anki, hot dogi z Dogi­dog <3, azja­tyc­kie żar­cie ze Zdro­wej Kon­ku­ren­cji (BTW Zdrowa Kon­ku­ren­cja to knajpa tych samych wła­ści­cieli co Tha­isty, mie­ści się po sąsiedzku do Tha­isty na placu Ban­ko­wym, zaj­rzyj­cie tam na dim sumy), bur­gery z Night Bur­ger (na codzień mają lokal na Gocła­wiu), bur­ger burito z Gringo <3. Wszst­kiego prze­te­sto­wać mi się nie udało, więc może jakieś perełki mnie omi­nęły. Tak czy siak, jak tylko odpalą nowy sezon na wio­snę, to sta­wię się na dal­sze testy.

Restauracje Warszawa

Hala Gwar­dii
Hala Gwar­dii to w miarę świeży twór na mapie War­szawy. W odre­mon­to­wa­nej czę­ści Hali Mirow­skiej stwo­rzono coś podob­nego do Noc­nego Mar­ketu, tylko że pod dachem i w więk­szo­ści ze sta­łym skła­dem restau­ra­cji. Raz na jakiś czas orga­ni­zują też weekendy/ tygo­dnie tema­tyczne i wtedy można spró­bo­wać kuchni regio­nal­nych np. fran­cu­skiej. My do Hali Gwar­dii lubimy wpaść na gru­ziń­skie pie­rożki chin­kali. Fajną opcją jest też kupo­wa­nie wina na kie­liszki: pła­cisz 10 zł kau­cji za kie­li­szek i do niego dole­wają Ci wybrane wino… a kie­li­szek jest tak fajny i fiku­śny, że tę dychę z góry możesz spi­sać na straty, bo już go nie zwró­cisz 😉 Atmos­fera luźna, wspólne stoły, bez zadę­cia. Fajna opcja na wypad ze zna­jo­mymi. Cho­ciaż teraz teo­re­ty­zuję, bo żeby spraw­dzić to w prak­tyce, musiał­bym mieć jakichś zna­jo­mych, tym­cza­sem równo z Madzi powi­ciem, wszy­scy nagle się rozpłynęli 😉

Restauracje WarszawaRestauracje Warszawa

Ed Red
Zaraz obok Hali Gwar­dii, w tym samym budynku Hali Mirow­skiej, znaj­dzie­cie Ed Red, czyli knajpę spe­cja­li­zu­jącą się w ste­kach i ogól­nie w woło­wi­nie. Obok szatni stoją kozac­kie szafy, w któ­rych sezo­nują woło­winę na sucho. Ostat­nio tyle krów widzia­łem w rekla­mie Milki, tyle że te z reklamy były tro­chę bar­dziej inte­rak­tywne. Jak przy­stało na samca alfa, wsza­ma­łem krwi­stego stejka, w bar­dzo dobrym sosie pie­przo­wym, a Madzia stan­dar­dowo poszła do świą­tyni woło­winy, żeby zamó­wic coś z zupeł­nie innej bajki — kaczkę z klu­secz­kami. Z dru­giej strony zawsze mogło być gorzej #Pierś z #Kur­czaka. Mię­cho mają naprawdę extra, ale dodatki już biorą do buzi. No sorry, ale jeśli lokal tego kali­bru i na tym pozio­mie ceno­wym, jako doda­tek, ser­wuje warzywa z mro­żonki hor­te­xo­wej, to coś tu jest nie halo. No i por­cje troszkę małe. Po kola­cji w Ed Red, wska­zana jest dogrywka w maczku. Ale to mięsssssso mmmmm.

Restauracje Warszawa

Pra­cow­nia Sushi Wola
Z Sushi Wola histo­ria jest o tyle śmieszna, że ich lokal przez lata mie­ścił się o rzut kamie­niem od naszego kwa­dratu (max 300 metrów) i przez ten czas nie byłem u nich ani razu. Baaa wtedy nimi gar­dzi­łem. Sushi? Poje­baw­szy, prze­cież to hip­ster­stwo. Nie żebym hej­to­wał, ot tak. Robi­łem kilka podejść i nigdy szcze­gól­nie mnie nie urze­kło. Czło­wiek jed­nak musi doro­snąć do nie­któ­rych rze­czy. Jak jed­nego dnia mi zasko­czyło z sushi, tak trzyma mnie do dzi­siaj. Jak na złość, oka­zało się, że naj­lep­sze ser­wuje buda z mojego sąsiedz­twa, z tym, że kiedy już sta­łem się fanem suro­wej ryby, to aku­rat prze­nie­śli lokal hen hen daleko. Na szczę­ście mają dowóz, z czego chęt­nie korzy­stam i raz na jakiś czas strzelę sobie set 100+ kawał­ków. Zestawy mają różne, więc jeśli żaden goto­wiec Ci nie pod­pa­suje, zawsze możesz skom­po­no­wać wła­sną wer­sję. Do tego fajne przy­stawki np. kre­wetki w tem­pu­rze czy chiń­skie pie­rożki. Zresztą sami wie­cie, co tego typu lokale mają w kar­cie. Ja tu przy­sze­dłem tylko powie­dzieć, że ten kon­kretny, roluje naj­le­piej. Dodat­kowy plus za ładne opa­ko­wa­nia. Pre­zen­cja w sam raz na Instagram.

Restauracje Warszawa

​​Zachodni Brzeg
O tej kanj­pie był kie­dyś osobny wpis (TU). To oni odpo­wia­dają za zro­bie­nie ze mnie hip­stera i fakt, że sta­łem się ultra­sem hum­musu. Oczy­wi­ście oprócz hum­musu zje­cie tam inne kozac­kie rze­czy, z tym, że ich menu jest mocno sezo­nowe i przy­kła­dowo mój fawo­ryt, czyli gicz jagnięca, aktu­al­nie jest nie­do­stępna. Jest za to kofta jagnięca, policzki wołowe, stek rib eye i pide, czyli pizza turecka, ale aku­rat o pizzy w tym wpi­sie miało nie być, wiec uda­jemy, że tego nie napi­sa­łem. Kolejne plusy tego przy­bytku, to jedyny i nie­po­wta­rzalny widok na Sta­dion Naro­dowy + ele­ganc­kie promki na lun­che, wróć na brun­che. Kurła ja naprawdę lubię hum­mus, ale słowo “brunch” nadal mnie zawsty­dza.  BTW teraz jak piszę o Zachod­nim Brzegu, to już wiem, że na dniach do nich ude­rzę. Stę­sk­ni­łem się.

Restauracje Warszawa

Madras
Madras to kuch­nia indyj­ska. Nigdy nie byłem u nich w lokalu, ale regu­lar­nie zama­wiamy przez por­tale z dostawą pod drzwi. Powiem tyle, jak Madzia cza­sami zarzuci przez mesen­dżera pomysł, żeby­śmy dzi­siaj zamó­wili obiad z Madrasu, to ja już wiem, że to będzie dobry dzień i nic mi go nie popsuje. Cza­sami eks­pe­ry­men­tuje z różymi daniami z ich karty, ale do tej pory nie zna­lazł się mocny na kla­sykę, czyli But­ter Chic­ken i Chi­ken Tikka Masala. Dobra przy­znam się — mam taką fan­ta­zję ero­tyczną,  w któ­rej wła­muję im się do lokalu, kradnę z kuchni gar Tikka Masali, po czym bary­ka­duję się w domu z łyżką i Net­fli­xem. Pro tip dla cebu­la­ków: Zama­wiaj­cie tylko mię­cho z sosem, a ryż ugo­tuj­cie sobie sami… i cyk 8/16 zeta w kieszeni 😉

Gospoda Zbój­nicka
Przy­znaję bez bicia, że w tej restau­ra­cji do tej pory byłem tylko raz, ale wystar­czyło, żebym wyrył im na stole “PigOut + Gospoda Zbój­nicka = WSM. To tak jakby wziąć dobrą gospodę z Zakopca i prze­nieść na war­szaw­skie Bie­lany. Jest góral­ski kli­mat, bar­dzo dobre jedze­nie i prze­ogromne por­cje, czyli wszystko się zga­dza. Przy­kła­dowo zama­wiasz żurek i kotleta Kowala, wtem przy­no­szą ci na roz­grzewkę pół bochenka chleba i solidną por­cję smalcu. Nie­śmiało pró­bu­jesz i stwier­dzasz: “O kurła, dosko­nały sma­lec, od lat takiego nie jadłem”. Wcią­gasz cały, po czym na stół wjeż­dza żurek, ale nie jakiś tam gorący kubek, tylko praw­dziwy żur, podany w 5-litrowej misce i z kon­kretną wstawką. Zja­dasz i w tym momen­cie jesteś już full, tym­cza­sem wła­śnie przy­no­szą danie główne, czyli kotleta Kowala. Sku­bany zaj­muje cały talerz, więc dodatki dono­szą na kolej­nym, a ty wyjeż­dzasz do kel­nerki tak: “Prze­pra­szam, czy może Pani zapa­ko­wać na wynos?”, a babka: “Tak myśla­łam, pojem­niki już cze­kają”. Sza­nuję tę knajpę. Oczy­wi­ście przed­sta­wiona sytu­acja doty­czy prze­cięt­nego Homo Sapiens. Ja wia­do­mix, zja­dłem przy­stawkę, zupę, swo­jego kotleta i jesz­cze doja­da­łem po Madzi.

Setka War­szawa
Moje naj­now­sze odkry­cie. Zaczęło się podob­nie jak ze Stre­etem, czyli zade­cy­do­wały argu­menty alko­ho­lowe — dobry lokal na piwo, drina i setę — po czym z ziom­kami zaczę­li­śmy testo­wać pod­kłady i oka­zało się, że mają bar­dzo fajne jedze­nie w przy­stęp­nych cenach — śnia­da­nia, lun­che, prze­ką­ski, etc. Oso­bi­ście obró­ci­łem dwie kanapki z szar­paną świ­nią (szto­sik), Redzi wcią­gnął pie­rogi i scha­bosz­czaka, Madzia skrzy­dełka z kur­czaka i pie­rogi z mię­sem, a jesz­cze jeden ziom pla­cek po zbój­nicku. O dziwo wszystko weszło jak złoto. Do tego kil­ka­na­ście szo­tów i boom, nagle zro­biła się pół­noc. Bar­dzo dobrze wspo­mi­nam ten lokal i na pewno będę do niego wra­cał. Dodat­kowe punkty za loka­li­za­cję — ul. Świę­to­krzy­ska, czyli pijacka mekka. 

Restauracje WarszawaRestauracje Warszawa

Sweet Home
Wia­domo, że mięso jest naj­waż­niej­sze, ale zróż­ni­co­wana dieta wymaga też ser­niczka. Tak, ser­ni­czek to moja wielka sła­bość. I jak na złość (z punktu widze­nia sze­ścio­paku) nie­da­leko chaty otwo­rzyli mi chyba naj­lep­szą cukier­nię w calut­kiej War­sza­wie. Ok, zaraz się przy­cze­pi­cie, że nie moge tak mówić, bo nie byłem we wszyst­kich. Prawda, ale mimo wszystko lek­kie roze­zna­nie mam i z całą odpo­wie­dzial­no­ścią mówię, że w żad­nej nie widzia­łem takiego food porna, jak w Sweet Home. Wbi­jasz do środka, patrzysz co mają za szybką i z miej­sca miekną Ci kolana. Te kolory, formy, dodatki, no obłęd po pro­stu. Zde­cy­do­wa­nie pole­cam adres, a poza ser­ni­kami, reko­men­duję babeczki bez­owe. OMG, niebo w gębie. Ale uwaga: Uza­leż­niają od pierw­szego gryza.

Restauracje Warszawa

War­szaw­ski Lukier
Dałem się zła­pać na hajp na tę knajpę na insta­gra­mie i z miej­sca zama­rzył mi się ich sexy dese­rek. Teraz tro­chę żałuję, bo jed­nak da się o wiele lepiej skon­su­mo­wać 2500 kalo­rii, np. pakie­tem: potrójny bur­ger + golonka + żeberka + litrowy psze­nicz­niak. Zamiast tego wybra­łem szejka z dodat­kiem masła orze­cho­wego, kawał­kami snic­kersa, popcor­nem, bitą śmie­taną i pącz­kiem. Pró­bo­wa­łem też wer­sji Raf­fa­ello. Ani nie był to jakiś super szejk, bo w maku mają lep­sze, ani nie porwał mnie pączek, który był czer­stwy, jak żarty w fami­lia­dzie, z kolei Snic­kers jak to Snic­kers, na pro­spie, ale taka ilość cukru to prze­gię­cie nawet dla mnie. Po takim strzale węglo­wo­da­no­wym przez pół godziny biega się po ścia­nach, po czym nastę­puje odcię­cie prądu i scho­dzi 3-godzinna kimka pokar­mowa. Jestem na nie. Drugi raz już bym nie zamó­wił. Ponadto dają pla­sti­kowe słomki, więc zaraz będzie imba, że zamor­do­wa­łem jakieś zwie­rzątko w oce­anie, czyli prze­gryw pod każ­dym wzglę­dem. To jest jedyny lokal w zesta­wie­niu, o któ­rym tro­chę szep­cze się na mie­ście, ale ja go odradzam.

Restauracje Warszawa

+ Bonus: Śnia­da­nia na zło­tówkę

Jaki jest plus sie­dze­nia na urlo­pie rodzi­ciel­skim? Albo bycia bez­ro­bot­nym blo­ge­rem? Ano to, że można wbić do kilku nie­złych knajp w War­sza­wie, zjeść śnia­da­nie i zapła­cić za nie zło­tówkę. No dobra, może nie do końca 1 PLN, bo to tylko taki chwyt mar­ke­tin­gowy. Wcze­śniej musisz zamó­wić kawę za około dycha­cza, co nie zmie­nia faktu, że cenowo nadal jest nie­źle. Pyta­nie brzmi, czy gra jest warta świeczki? Otóż nie, jeśli masz wstać o nie­ludz­kiej porze, czyli zazwy­czaj mię­dzy 7 a 10, i lecieć przez pół mia­sta, żeby zjeść śnia­da­nie wiel­ko­ści Happy Meala, a w nie­któ­rych knaj­pach odcze­kać jesz­cze godzinną kolejkę. Do tego docho­dzi jesz­cze pro­blem z par­ko­wa­nie. Bez sensu. Jak­bym był przy takiej knaj­pie przy oka­zji, to jesz­cze jesz­cze, ale jechać tylko na śnia­da­nie, zde­cy­do­wa­nie się nie opyka. W każ­dym razie w ramach testu odwie­dzi­łem trzy lokale i o to, czym mnie uraczono.

Orzo
Do tej knajpy robi­łem dwa podej­ścia, bo kolejki jak za komuny. Menu śnia­da­niowe zmie­niają co jakiś czas, ale już od kilku mie­sięcy utrzy­muje się w nim Eggs Nero Bur­ger, któ­rego wzią­łem na warsz­tat. Hmm z bur­ge­rem nie miał zbyt wiele wspól­nego, ot bułka z jajecz­nicą #Nothing #Spe­cial. Madzia z kolei pró­bo­wała jakiś hip­ster­ski wyna­la­zek, który sma­ko­wał, jak kok­tajl owo­cowy z płat­kami śnia­da­nio­wymi i goframi. Ogól­nine nie­źle, ale minus za tłumy i utratę god­no­ści pod­czas cze­ka­nia w kolej­sce. No i por­cje takie, że wcze­śniej lepiej zjeść śnia­da­nie w domu. 

Restauracje Warszawa

Kiełba w gębie

Lokal w Hali Koszyki. Menu śnia­da­niowe bez prze­gię­cia, czyli kom­bi­na­cja jajek i kieł­basy w kilku wer­sjach. Może nie jest to podane jak w Momu (brak szlaczka z sosu sojo­wego i her­bata w papie­ro­wym kubku), ale przy­naj­mniej nikt nie stoi Ci nad głową i gło­śno nie sapie, cze­ka­jąc aż zjesz i zwol­nisz sto­lik. Wszyst­kie zestawy w cenie 10 PLN i można dostać nie tylko kawę, ale i her­batkę. I to się chwali, bo kawy nie pijam. Za dycha­cza cał­kiem spoko opcja i bez kolejek.

Restauracje Warszawa

Momu

Naj­lep­sza pre­zen­cja śnia­da­nia pośród wszyst­kich odwie­dzo­nych lokali. W smaku też na prop­sie, zwłasz­cza fran­kur­terki, ale por­cyjki mikro­sko­pijne. Ja rozu­miem, że pro­mo­cja żądzi się swo­imi pra­wami, ale z tego co zauwa­ży­łem, te same śnia­da­nia są też w regu­lar­niej kar­cie i kosz­tują około 20 zło­tych… i wtedy już bym miał ból tyłka.

Restauracje WarszawaRestauracje Warszawa

A to widziałeś?