Żarcie & Napitki

PigOut na diecie

30/05/2017

Od dzi­siaj PigOut zmie­nia nazwę na “Tnij dupę z PigO­utem”. Akcja jest tego typu, że pół­tora roku temu ziom brał ślub i spe­cjal­nie na tę oka­zję kupi­łem sobie nowy gaje­rek. Nie jakiś tam ple­bej­ski z ceraty kupiony na wyprze­daży w Vistuli, jak to zro­bił Lewy, tylko wyso­ko­ga­tun­kowy, wyrwany na pro­mo­cji stud­niów­ko­wej w Rec­ma­nie (kup spodnie i mary­narkę, koszula + kami­zelka gra­tis). Bez kitu, fason taki sexi, że jak tylko wysze­dłem na chwilę z przy­mie­rzalni, eks­pe­dientka z miej­sca puściła rynnę po nodze. W zasa­dzie miał tylko jeden man­ka­ment — za dłu­gie nogawki. Na szczę­ście eks­pe­dientka, kiedy już się tro­chę pod­su­szyła, stwier­dziła, że to żaden problem:

Mamy kraw­cową na miej­scu, więc skró­cimy i rano w dniu ślubu będzie do odbioru. Pewna akcja, serio.

Uwie­rzy­łem, naplu­li­śmy na ręce i przy­bi­li­śmy deal. Zgod­nie z usta­le­niami w dniu ślubu wró­ci­łem po przy­cięte porty, po czym ruszy­li­śmy spod salonu bez­po­śred­nio na zaprzy­się­że­nie zioma, które odby­wało się 100 kilo­me­trów od War­szawy. Doje­cha­li­śmy na ostat­nią chwilę, więc tro­chę na wariata wbie­gamy do pokoju hote­lo­wego i zmie­niamy cywilną sty­lówę na weselną. Zgad­nij­cie co się teraz dzieje? Jup, wkła­dam spodnie, a te skur­wy­sny koń­czą się przed kostką. I to w stójce.

Jak sia­dłem sprawy wyglą­dały jesz­cze gorzej — łyda total­nie odkryta … a że moja łyda jest roz­mia­rów kebaba, ale nie tego w bułce, a opie­ka­nego na kiju, łatwo sobie wyobra­zić jaki obraz nędzy i roz­pa­czy pre­zen­to­wa­łem. No kata­strofa, ale co zro­bisz? Nic nie zro­bisz! Trzeba wziąć na klatę i liczyć, że będzie dobre tempo w pole­wa­niu wódy, dzięki czemu szybko zmieni się temat do heheszkowania.

Uspo­ko­jony taką deduk­cją się­gam na opar­cie krze­sła po mary­narkę.… a tam zonk, ni ma mary­narki. Scho­dzi szyb­kie awanti z Madzią, którą w afek­cie obar­czy­łem całą winą, że niby zabra­nie mary­narki było jej bro­chą, na co Madzia w odpo­wie­dzi naj­pierw wyli­czyła mi wszyst­kie swoje obo­wiązki domowe, po czym zaczęła wyli­czać moje, a że ja poza wbi­ja­niem pla­tyn na play­sta­tion żad­nych nie mam, po pro­stu chwilę pomil­czała, po czym zapo­dała fatality

… więc mógł­byś przy­naj­mniej pamię­tać o zabra­niu swo­jej cho­ler­nej marynarki?

Zby­łem to ciszą, bo jestem wystar­cza­jąco wykształ­cony, żeby wie­dzieć, że gasze­nie pożaru ben­zyną jest jesz­cze głup­sze niż odpo­wia­da­nie na pyta­nie reto­ryczne. W każ­dym razie skoń­czyło sie tak, że poje­cha­łem na ślub w rybacz­kach, bez mary­narki i z kosą z Madzią. Cały ja.

Prze­kręćmy teraz zegar o pół­tora roku do przodu, kon­kret­nie do soboty, kiedy robi­łem przy­miarkę sty­lówy na nie­dzielne chrzciny. Oczy­wi­ście Madzia od dwóch tygo­dni pytała, czy trzeba mi coś wypra­so­wać, wyprać, oddać do czysz­cze­nia, albo kupić, na co ja, że relax, że mam w sza­fie gar­niaczka nówkę sztukę, więc nie ma stra­chu. Kilka dni prze­ra­bia­li­śmy ten sam dia­log, aż w końcu w sobotę się zła­ma­łem i wycią­gną­łem z szafy ten cho­lerny gar­niak. Ledwo wło­ży­łem spodnie, a Madzia już krzy­czy z dużego pokoju “I co? Zmie­ści­łeś się?”. Aku­rat zapią­łem guzik, więc odkrzy­kuję “No baa, laj­towo” i w tym momen­cie coś mnie zakrę­ciło w nosie, wywo­łu­jąc kich­nię­cie, które z kolei wystar­to­wało reak­cję łań­cu­chową, któ­rej fina­łem było odstrze­le­nie guzika od spodni, który pechowo tra­fił w tele­wi­zor i spra­wił, że teraz oglą­dam nowy sezon “House of Cards” z mar­twym pik­se­lem na ekranie.

W mary­narkę też nie wsze­dłem. Tzn. wsze­dłem, ale póź­niej trzeba było wzy­wać straż pożarną, żeby mnie uwol­nić. Idąc na skróty do puenty, jestem gruby jak Gry­canka, na któ­rej leży Olaf Luba­szenko, na któ­rym sie­dzi Magda Ges­sler, ale pla­nuję się ogar­nąć. 7 lipca jest kolejne wesele i pla­nuje na nim wystą­pić w gra­niaku z Rec­mana, a wy będzie­cie codzien­nie słu­chać jak bar­dzo jestem głodny i wkur­wiony. W zasa­dzie już jestem tak głodny, że obró­cił­bym nawet pizzę hawaj­ską. A od wczo­raj wody wypi­łem tyle, że na rent­ge­nie wyszłoby, że jestem arbu­zem. A to dopiero pierw­szy dzień!

*zdję­cie okład­kowe: sherdog.com

A to widziałeś?