Żarcie & Napitki

Nie mylmy kanapeczek z burgerami

16/09/2017

Chyba dla nikogo nie jest tajem­nicą, że uwiel­biam bur­gery. Zwłasz­cza trzy­pię­trowe skur­wiele, bez­kom­pro­mi­sowo pod­ra­so­wane serem i beko­nem (święta trójca). Nie­stety przez 3/4 życia dobrego bur­gera widy­wa­łem tylko w ame­ry­kań­skich fil­mach i seria­lach. W zasa­dzie “Beverly Hills 90210″ oglą­da­łem wyłącz­nie dla scen, w któ­rych Bren­don, Brenda, Dylan, Kelly (heart) i spółka, spo­ty­kali się w “Peach Pit” i sza­mali te nie­przy­zwo­icie ape­tyczne burgsy, popi­ja­jąc wyuz­da­nymi szej­kami w fiku­śnych szklan­kach. Jezu jak ja im zazdro­ści­łem. A co my wtedy mie­li­śmy? Obszczane bary dwor­cowe,  ser­wu­jące kotleta trze­ciej kate­go­rii z psa (sorry Church), zmie­lo­nego razem z budą, poda­nego w bułce czer­stwej jak pol­skie kaba­rety, odgrza­nego w mikro­fali i zala­nego mie­szanką taniego, prak­tycz­nie prze­zro­czy­stego ket­chupu i majo­nezu no. I co? I jadło się, bo nic innego nie było. Dopiero jakiś czas póź­niej dotarły do Pol­ski McDo­naldy, które były jak powiew Ame­ryki. Miesz­ka­łem na pro­win­cji, więc każda wycieczka do dużego mia­sta obo­wiąz­kowo musiała zostać uwień­czona wizytą w maczku. Fascy­na­cja trwała jakiś czas, ale znowu te ame­ry­kań­skie filmy zaczęły siać zamęt w gło­wie, bo jak dobrze się przyj­rzeć, to oka­zy­wało się, że akto­rzy wcale nie jadali w sie­ciów­kach,  tylko w sty­lo­wych din­ner barach i te bur­gery wyglą­dały ina­czej… god­niej… wła­śnie takich chcia­łem. Nie­stety przy­szło mi cze­kać na nie jesz­cze kilka lat. Naj­pierw musie­li­śmy odbęb­nić boom na kuch­nie wiet­nam­ską, póź­niej kebsy, następ­nie sushi, aż w końcu zaczęła się era bur­ge­rów. Na począ­tek wystar­to­wały food­trucki, a ja wraz z nimi. Łazi­łem na wszyst­kie zloty i odwie­dza­łem więk­szość bud roz­sia­nych po mie­ście, ale oka­zało się, że to nie jest znowu taki cud. Mię­cho niby dobre, śred­nio wysma­żone, więc bez porów­na­nia lep­sze niż prze­cią­gnięte pode­szwy w sie­ciów­kach, ale cze­kało się na nie opo­rowo długo, pła­ciło jak za dwu­da­niowy obiad w knaj­pie z obsługą kel­ner­ską, a jadło opar­tym o śmiet­nik. Bez sensu. Na szczę­ście rów­no­le­gle zaczęły wyra­stać bur­ge­row­nie z miej­scami sie­dzą­cymi. Wyglą­dały jak te znane z fil­mów — hokery do sie­dze­nia, ame­ry­kań­skie bla­chy i kul­towe pla­katy na ścia­nach, etc. Kolejny raz wielka radość zago­ściła w moim sercu… która kolejny raz bar­dzo szybko prze­ro­dziła się w roz­cza­ro­wa­nie. Oka­zało się, że więk­szość z tych knajp była fej­kami, stwo­rzo­nymi pod wpły­wem aktu­al­nej mody, ale total­nie bez feeling w tema­cie “czym jest dobry bur­ger?”. Celo­wali w hip­ste­rów, więc bekon został wyparty przez rukolę, kla­syczna cola, przez naj­haj­po­waną Fritz colę, Johnna Lemona i Yerbę, piwo pole­gło w star­ciu z Pro­secco, a rachunki przy­po­mi­nały te z Ate­lier Amaro. O sie­dze­niu na pale­tach już nawet nie wspo­mi­nam. Nie, nie i jesz­cze raz nie. Nie tędy droga. Bur­ger to musi być bur­ger, a nie jakaś kana­peczka. Dla kana­peczki to nawet nie chce mi się wycho­dzić z domu, bo tylko mnie podrażni, a póź­niej ktoś może mieć peszka i obe­rwać moją agre­sją prze­nie­sioną.

 

Porządny bur­ger musi budzić sza­cu­nek. Być soczy­sty, pyszny i tak wielki, że trzeba go naj­pierw spra­so­wać pią­chą, żeby w ogóle zmie­ścił się do pysia, a po zje­dze­niu obo­wiąz­kowo musi włą­czać się kimka pokar­mowa. Porząd­nego bur­gera poznasz po tym, że matki cho­wają swoje dzieci, kiedy poda­jesz jego skład, a ksiądz na spo­wie­dzi mówi “Sorka, ale tu nic już się nie da zro­bić, roz­grze­sze­nia nie będzie”. Dobra bur­ge­row­nia to taka, w któ­rej każ­dego bur­gera można powięk­szyć o dowolną ilość pię­ter, nikt cię nie oce­nia, kiedy popro­sisz o dodat­kowy ser i bekon, frytki ocie­kają łojem woło­wym, a grill master wraca na chatę z popa­rze­niami trze­ciego stop­nia i zakwa­szony, jakby przez kilka godzin tre­no­wał cross­fit. I ja taką bur­ge­row­nię zna­la­złem. Nazywa się Serial Gril­lers, mie­ści się w War­sza­wie przy al. Soli­dar­no­ści i gril­luje naj­le­piej. Zako­cha­łem się w ich pół­ki­lo­wych Grand Maste­rach od pierw­szego gryza, ale nadal byłem nie­wierny i cho­dzi­łem do innych knajp, żeby mieć punkt odnie­sie­nia. Pod­czas tych wypraw wyse­lek­cjo­no­wa­łem pięć barów, które naprawdę potra­fią w bur­gery, ale jak dla mnie, nadal są dwie dłu­go­ści za Serial Gril­lers. Jest to dość subiek­tywny ran­king, ale wystar­czyło, że zada­łem sobie jedno pyta­nie — “Co chciał­bym zjeść, gdy­bym był wła­śnie na die­cie i wypadł mi cheat day? Grand Mastera, wia­domka”. Prze­sta­łem szu­kać.

serialserial-2przechuj1

I teraz jest taki zwrot akcji, że Serial Gril­lers wie, że ich kocham — noto­rycz­nie ozna­czam ich na insta, a w lutym wysy­łam walen­tynki, więc dodali dwa do dwóch. Na szczę­ście jest to miłość odwza­jem­niona, w związku z czym weszli­śmy w koope­ra­cję. Otóż ekipa Serial Gril­lers świę­tuje wła­śnie trze­cie uro­dziny i z tej oka­zji posta­no­wili zapro­sić mnie i trójkę czy­tel­ni­ków na małą bur­ge­rową orgię.

 

Zasady są takie, że trzeba zesta­wić ide­al­nego bur­gera, wyko­rzy­stu­jąc do tego skład­niki z poniż­szej gra­fiki. Zwy­cię­ska buła zosta­nie nazwana PigOut i wej­dzie do menu Serial Gril­lers jako bur­ger mie­siąca (jaram się). Gramy do czwartku 21 wrze­śnia 2017 do pół­nocy. W pią­tek (22.09.2017) ogła­szam zwy­cięz­ców, któ­rych w sobotę (23.09.2017) w godzi­nach popo­łu­dnio­wych zabie­ram na wyżerkę. Obró­cimy PigO­uta, Grand Mastera lub to i to, lub coś innego z karty (będzie dobrze). Swoje typy można zosta­wiać pod tym wpi­sem, lub pod zajawką na fejs­buczku. W jury jestem ja oraz Maks, wła­ści­ciel Serial Gril­lers. Nie zosta­wiaj­cie mnie z tym samego. Potra­fię zjeść, ale 4 prze­chuj­bur­ge­rów sam nie ogarnę 😉

konkurs

A to widziałeś?