Żarcie & Napitki

Wszystko co zjadłem w Trójmieście

20/09/2018
neptun-2

Ostatni tydzień spę­dzi­łem z Madzią, Bren­don­kiem i Chur­chil­lem nad pol­skim morzem. Taki tam zale­gły urlop, pod­czas któ­rego, jak każdy pra­wilny Polak, mia­łem robić remont… ale w sumie pogoda nadal dopi­sy­wała i aku­rat skoń­czył się sezon para­wa­nowy, więc padł pomysł spon­ta­icz­nego wypadu nad Bał­tyk. 4 dni buja­li­śmy się pomię­dzy Kar­wią a Helem, gdzie tro­chę chil­lo­wo­wa­li­śmy na pla­żach i tro­chę lata­li­śmy dro­nem, ale do tego jesz­cze wró­cimy. Nato­miast na ostat­nie 3 dni prze­nie­śli­smy się do Trój­mia­sta, w któ­rym byli­śmy już miliard razy, więc nawet nie trzeba było uda­wać, że jedziemy na zwie­dza­nie. Nope, był to typowy wypad na PigOut, czyli, tak jak w kawałku Tama­got­chi “tylko pić, jeść, spać”.

Zaczę­li­śmy od gru­bego fal­startu, bo po przy­jeź­dzie do Gdań­ska, mie­li­śmy rzu­cić tylko walizy do pod­na­ję­tego kwa­dratu i od razu lecieć do Sopotu, gdzie byli­śmy usta­wieni z kuzy­nem na trzy­pię­tro­wego prze­cho­oy­bur­gera w restau­ra­cji Billy’s. Nie­stety nie wyszło. Tam­tego dnia Bren­do­nek prze­cho­dził cięż­kie fazy, z wiązku z czym, cały dzień wył, a że Madzia też była pro­ble­ma­tyczna od samego rana, to osta­tecz­nie, skoń­czyło się taką imbą, że dymy po kocioł­kach u pato­stre­ame­rów, to przy nas mały miki i do Billy’s nie­stety nie dotar­li­śmy (chlip chlip).
Kiedy emo­cje już tro­chę opa­dły, wyszli­śmy do pobli­skiego cen­trum han­dlo­wego, gdzie w ciszy i na smutno zja­dłem podwój­nego Who­operka w Bur­ger Kingu, a Madzia coś pseu­do­taj­skiego. O 22 nie wytrzy­ma­łem psy­chicz­nie i zamó­wi­łem przez Uber Eats jesz­cze podwój­nego McRoyla + fryty i szejka dla Madzi,  która po przy­ję­ciu słusz­nej dawki tłusz­czu i cukru, w 2 sekundy odzy­skała humor. Przy­pa­dek? Nie sądzę! Tak więc pano­wie, cHWDP w kwiaty. Na prze­pro­siny naj­lep­sze są puste kalo­rie #Spraw­dzo­ne­Info. Mimo wszystko dzień 1 trzeba było uznać za stra­cony i nad­ro­bić w pozo­stałe dwa. Odwie­dzi­li­śmy nastę­pu­jące przy­bytki:

Aioli inspi­red by Gdańsk
Ta knajpa jest też w War­sza­wie, ale prze­ciętny czło­wiek nie jest w sta­nie się do niej dostać, a ja swój honor mam, więc w kolejce stać nie będę! Na szcze­ście w Gdań­sku nie robią z niej aż takiego halo i dało się wbić z ulicy. No i muszę przy­znać, że cał­kiem fajna ta buda. Co prawda od wej­ścia wiesz, że nie jest to restau­ra­cja, która zro­dziła się w gło­wie jakie­goś szefa kuchni, tylko została zapro­jek­to­wana przez agen­cję mar­ke­tin­gową, ale jest na to pomysł, obsługa ogar­nia, żar­cie trzyma poziom, promki też spoko, więc gene­ral­nie ma to ręce i nogi. Wbi­li­śmy dwu­krot­nie. Raz na śnia­da­nia, bo mają spoko opcje dla janu­szy, czyli jak weź­miesz kawę, to śnia­da­nie masz za zeta. Fran­kur­terki, jaja sadzone, jakaś sałatka i kawa, którą odda­łem Madzi, bo nie pijam, za dycha­cza, to nie w kij dmu­chał sprawa. Prop­suję. Drugi raz zaata­ko­wa­li­śmy w porze obia­do­wej, na bur­gerki. Podwójne bur­gerki. Buła do poprawy, bekon odro­binę dłu­żej na patelni i byłoby bar­dzo dobrze, a tak jest tylko popraw­nie, ale zado­wa­la­jąco. Jeśli szu­ka­cie bur­gera, który was wzru­szy i o któ­rym bedzie­cie śnić po nocach, to Aioli raczej nie spełni tych ocze­ki­wań, ale jeśli szu­ka­cie miej­sca, w któ­rym można się “zro­bić” ze zna­jo­mymi i przy oka­zji dobrze zjeść, albo zabrać rodzi­ców na nie­dzielny obiad, no to wal­cie śmiało. No chyba, że kolejka będzie, to wtedy olewka.

W kar­cie pizza, bur­gery i maka­rony + menu sezo­nowe, no i wpo­mniane śnia­da­nia za 1 PLN do dowol­nej kawy.

aioli-gdansk-2 img-8131

Carm­nik Kan­tyna
Kuzyn, z któ­rym byli­śmy usta­wieni do Billy’s, ma podobne hobby do mojego, czyli cho­dzi po Trój­mie­ście i testuje wszyst­kie bur­ge­row­nie (można pod­glą­dać na Insta beef_first). I wła­śnie od niego dosta­łem reko­men­da­cję na gdyń­ski Carm­nik. Dobry cynk. Car­mi­nik zde­cy­do­wa­nie potrafi w bur­gerki. Mię­cho miało być medium i było medium, bułka, czyli to co zazwy­czaj zawo­dzi, pra­wie ide­lana (chyba wypie­kają je na miej­scu) - pra­wie, bo na brzegu w dwóch miej­scach tro­chę się zwę­gliła, ale #Przy­my­ka­mOko, bo nad­ro­bili beko­no­wym dże­mem. Jup, taki bajer miał — dżem beko­nowy. W realu wygląda to jak kaszanka, ale w smaku fak­tycz­nie bekon, a póź­niej wjeż­dża jakaś słodka nuta. Do tego sałata, ogó­ras, cebulka, sos bbq. Bar­dzo spo­czko to wszystko razem zagrało… ale mogliby 3 razy wię­cej dawać tego dże­moru ze świni. Nie­mniej z knajpy wysze­dłem bar­dzo na tak i po kilku dniach mogę śmiało stwier­dzić, że oto obja­wił się bur­ger, który zapada w pamięć i na któ­rego chciał­bym wró­cić.

befunky-collage-4-2

F. Minga
Kawiar­nia przy plaży w Gdyni, z epic­kim widocz­kiem, na którą dosta­li­śmy namiary przez Insta­gram. Obsługa nasta­wiona przy­jaź­nie i do dzieci i do pie­sków, więc +20 na star­cie, bo aku­rat zaczęło padać, a był z nami Chur­chill + Bren­do­nek z pełną pie­lu­chą. Jed­nak to nie kącik paren­tin­gowy, wiec wróćmy do żar­cia, a w F.Minga aku­rat pod tym hasłem kryją się cia­sta. Czy już mówi­łem, że moją drugą miło­ścią zaraz po bur­ge­rach, są ser­niki? Nie, no to teraz mówię. F. Minga zapo­dało mi taki ser­nik, że po pierw­szym kęsie się zako­cha­łem. Kurła, gła­ciutki jak lico Monici Bel­luci 20 lat temu, roz­pły­wa­jący się w ustach (a nie w dłoni) i z kru­chym spodem. Po pro­stu orgia dla kub­ków sma­ko­wych. Madzia z kolei wzięła cia­sto Raf­fa­elo, czyli moją czwartą miłość (zaraz po keb­sach)… i też było na prop­sie, ale do ser­nika nie miał startu. Podobno ser­wują też kozac­kie śnia­da­nia­nia, ale tego aku­rat nie zwe­ry­fi­ko­wa­li­śmy. Aaa i Madzi mi tu krzy­czy, że kolejne +10 za kli­mat (komi­nek), co daje łączną notę 250 pkt na 100 moż­li­wych. Not bad.

befunky-collage-2_1img-2073_3

Kos
Opusz­czamy już Gdy­nię i wra­camy do Gdań­ska, a kon­kret­nie na Stare Mia­sto, gdzie zaata­ko­wa­li­śmy restau­ra­cję Kos, w celu kon­sump­cji śnia­da­nia. I śnia­da­nia w Kos to jesz­cze więk­szy wypas niż w Aioli. Wszyst­kiego dają wię­cej + nie­lim­to­wane dolewki kawy i her­baty, a ceny zaczy­nają się już od 13 PLN za zestaw. Testo­wa­li­śmy jaja sadzone i pan­kejki. Sadzone jak sadzone, ale pan­kejki, łooo panie! Szto­sik 10/10. Do tego jedząc na zwe­nątrz, w gra­ti­sie dostaje się przy­jemny wido­czek. W inter­ne­tach piszą, że Kos, daje też radę w kwe­stii obiad­ków, ale aż tak długo tam nie sie­dzia­łem, więc nie moge potwier­dzić.

42088813-2672356159655683-420441991556-320151632077486-52283img-2182-2

Umam
I znowu sło­dy­cze, ale każdy die­te­tyk wam to powie, że dese­rek jest naj­waż­niej­szym posił­kiem dnia… zaraz po śnia­da­niu, bran­chu, lun­chu, obie­dzie, kola­cji, pod­kurku i pijac­kim keb­sie. W necie zna­leź­li­smy namiary na super fancy cukier­nię, która ponoć urywa dup­ska wraz z krę­go­słu­pem i w ogóle jak jadasz u nich cia­cha, to niby z miej­sca awan­su­jesz do miana uber czło­wieka, bo to dowód, że nie zado­wa­lasz się byle ple­bej­skim pty­siem. Coś w tym jest, bo Umam nawet nie uważa się za cukier­nię, tylko za … po pol­sku to będzie chyba “pasman­te­ria”, bo w nazwie mają napi­sane “Patis­se­rie”. Never­mind. Ciastka w każ­dym razie są dro­gie jak skur­we­syn, bo za sztukę wołają aż 13–18 zeta, co spra­wia, że nor­mal­nie obró­cił­bym się na pię­cie i pod­bił do turasa na woło­winę w lawa­szu… ale ja tu bloga pro­wa­dzę, więc cza­sami muszę się poświę­cić, żeby­ście wy już nie musieli. Wzię­li­śmy 4 cia­cha w kształ­cie cyc­ków, każde w innym kolo­rze (szar­lotka, malina w cze­ko­la­dzie, czarna porzeczka i mango — mara­kuja). Wyglą­dały cał­kiem faj­nie, w samku też dobre, ale żeby był to jakiś szał, po któ­rym miał­bym klęk­nąć i się popła­kać, to ni chu chu. Ser­nicz­kowi mogą co naj­wy­żej rodzynki czy­ścić. Jeśli nie jeste­ście tacy Ą Ę jak Kinga Rusin, to może­cie sobie daro­wać, a świat i tak nadal będzie się krę­cił. Gdy­by­ście jed­nak tam zaszli, to według mnie naj­le­piej wypada mango-marakuja. Madzia z kolei sta­wia na malinę.

img-2196_4befunky-collage-3_1

Billy’s Ame­ri­can Restau­rant
Nie doje­cha­li­śmy do Billy’s w Sopo­cie, ale nad­ro­bi­li­śmy w Gdań­sku — lokal przy CH Forum (na mie­scie jest ich wię­cej i kuzyn twier­dzi, że nie każdy punkt trzyma poziom). Nasz dał radę. Typowa knajpa sty­li­zo­wana na ame­ry­kań­ski din­ner bar, czyli ściany wykle­jone gaze­tami i fotecz­kami Mari­lyn Mon­roe + bur­gery i stejki w menu. Lubię ten for­mat, bo w takich przy­byt­kach zawsze dają duże por­cje, mają rzut­nik, więc jest duże praw­do­po­do­bieństw, że w tle poleci aku­rat jakiś meczyk (+10), no i pod wzglę­dem alko, są gotowi na każdą oka­zję. I Billy’s dokład­nie taki jest. Obró­ci­łem tam pod­ówj­nego bur­gera, który był bar­dzo dobry i w sumie nie mam zastrze­żeń (takie Aioli tylko z lep­szą bułą i beko­nem w punkt), ale Car­minka nie prze­bił. Madzia zapo­dała maka­ron z owo­cami morza, któ­remu też dała okejkę (godne kre­wety, a nie jakieś popier­dółki). Pod­la­li­śmy to piw­kiem i winem, poga­pi­li­smy się na mecz Napoli (Milik jak zwy­kle pie­przył setę za setą) i w sumie tyle. Wszystko było Si i jakby teraz Billy’s otwo­rzył lokal w Wawie, to już mam w gło­wie zano­to­wane, że to pew­nia­czek i lecę na testy żebe­rek.

42197951-691020181297256-1784642113742-1911865602170105-5462befunky-collage-5-2

Cały Gaweł
W Sopo­cie mie­li­śmy meeting na blo­ger­skim szczy­cie, czyli PigO­utowa ekipa, umó­wiła się na bur­gera, z ekipą MumMe. Jeśli jesz­cze jej nie zna­cie, koniecz­nie laj­kuj­cie na fej­sie. Na pierw­szy rzut oka to branża paren­tin­gowa, ale w rze­czy­wi­sto­ści Ania pisze na znacz­nie wię­cej tema­tów, w dodatku nadal jest zdrowa psy­chiczna (czego nie można powie­dzieć o wszyst­kich blo­ger­kach paren­tin­go­wych), poza tym to bar­dzo ogar­nięta życiowo babka, w sen­sie mądra. Pole­cam tego ale­gro­wi­cza. Usta­wi­li­śmy się w knaj­pie Cały Gaweł, która nie prze­stra­szyła się najazdu czwórki dzieci i pie­ska. Meeting pochło­nął mnie na tyle, że nawet nie pamię­tam, jaką kuch­nie mają w kar­cie. Ja w każ­dym razie dla odmiany wizią­łem bur­gera i mimo iż na zdję­ciu wyglada jakby zali­czył bli­skie spo­tka­nie z Łysym z Braz­zers, był bar­dzo bar­dzo Si. Wół, bekon, jajo sadzone, coś zie­lo­nego, sos umami, czyli wszystko to, co tygrysy lubią naj­bar­dziej. Do tego czarna buła, żeby nie było, że nic ich nie odróż­nia od Bill’s i Aioli. Jedyny zgrzyt to ciut zbyt prze­cią­gnięte mię­cho, ale u Madzi, po któ­rej doja­da­łem, było już w punkt, więc zali­czam jako incy­dent. Kolejny adres, który daje radę, ale Car­mink nadal na pro­wa­dze­niu (z tym, że on by się total­nie nie spraw­dził na meeting ze zna­jo­mymi. Mały lokal, który działa na zasa­dzie — zama­wiasz, jesz i robisz wypad).

42090696-1226036390868657-7271 42094437-1784955314950789-8616


Pan Bale­ron
And the last but not the least — Pan Bale­ron. Pan Bale­ron to maleńka knajpa, odda­lona jakieś 200 metrów od Całego Gawła, która ser­wuje bur­gery i Philly Che­ese­stejki. Jed­nen rzut oka mi wystar­czył, żeby stwier­dzić, że w bur­ge­rach nie są mistrzami świata, ale za to w kanap­kach fila­del­fij­skich mają czarny pas. Jakby ktoś nie wie­dział — Philly Che­ese­stejki, to kanapki wywo­dzące się z Fila­del­fii, któ­rych ideą jest wsa­dze­nie drobno pocię­tej gril­lo­wa­nej woło­winy do podłuż­nej bułki pszen­nej i przy­kry­cie koł­derką z sera, sma­żo­nej cebulki i papryki. Oczy­wi­ście powstało milion pięć­set warian­cji na ten temat. U Pana Bale­rona che­estej­ków jest kilka rodza­jów. Madzia wzięła kla­syczną wer­sję, a ja jak zwy­kle pole­cia­łem na bogato i posta­wi­łem na naj­bar­dziej wypa­sioną — z beko­nem, żura­wioną i serem ple­śnio­wym. I Madzia wybrała jed­nak lepiej. To, że bekon, żura­wina i ser ple­śniowy faj­nie się kom­po­nują, wia­domo nie od dziś, jed­nak w tym przy­padku, nie­po­trzeb­nie odwra­cały uwagę od woło­winy i sosu sero­wego, które są naj­lep­sze w tym wszyst­kim. Tak więc tro­che prze­rost formy nad tre­ścią, ale kla­syczny che­estejk od Pana Bale­rona już poza­mia­tał. Prop­suję. Jedyny man­ka­ment to fakt, że ceny star­tują od 19 zł, a por­cje są… powiedzmy, że dla czło­wieka o moich gaba­ry­tach, to prze­ką­ska. Wno­szę o ich powięk­sze­nie… tak mini­mum 3 razy. Aaa i podob­nie jak z Car­mi­ni­kiem, lokal bar­dziej na szybką akcję niż posia­dówy z ziom­kami.

42161703-2218155011730254-8803 42200781-240072243334836-31812 befunky-collage-6

I to by było na tyle. Wiem, że zaraz mnie obje­dzie­cie, że prze­ga­pi­łem milion epic­kich knajp, gdzie ser­wują naj­lep­sze to i tamto, ale mia­łem tylko dwa dni, więc i tak sporo wcią­gną­łem XD. Naj­bar­dziej żałuję, że nie dałem rady pod­bić do knajpy Piro­man, o któ­rej się szep­cze na mie­ście, że ser­wują naj­lep­sze stejki, i to nie tylko w Trój­mie­ście, ale w ogóle w całej Pol­sce. Przy następ­nej wizy­cie, na bank zajdę. A tak na pod­su­mo­wa­nie to powiem tylko, że strasz­nie dobrze mi weszło trój­miej­skie gastro. Wszę­dzie było mini­mum dobrze, a w Carm­niku, F. Minga, Kos i u Pana Bale­rona nawet bar­dzo dobrze. Wróć, bar­dzo dobrze było w Aioli, Billy’s i Całym Gawle, więc w tych wcze­śniej­szych miu­siało być super. Tro­chę żałuję, że nikt się nie pod­ło­żył pod hejta, ale już trudno, prze­żyję. Obym tylko takie pro­blemy miał.
P.S. Znowu zaczy­nam roz­my­ślać nad prze­pro­wadzką do Gdań­ska. Z głodu raczej bym nie umarł.

A to widziałeś?