Wysypisko

Spadek– historia prawdziwa

03/10/2017

Tym­cza­sem kolega dostał spa­dek. Z lek­kimi nadzie­jami poje­chał na oglę­dziny towaru, patrzy, a tam tylko jakieś wyszczer­bione kie­liszki, stary fotel, kilka obra­zów i wer­salka, gene­ral­nie szału nie ma. Roz­cza­ro­wa­nie takie, że z miej­sca konar prze­stał mu pło­nąć, ale nie­po­go­dzony z porażką, po powro­cie do domu, posta­no­wił spraw­dzić jesz­cze w necie autora tych obra­zów. Pyta żony, jak się typ nazywa, na co ta mu odpo­wiada, że Dut­kie­wicz. Wpi­suje w google i w tym momen­cie na oczach wyska­kują mu sym­bole $, bo oka­zuje się, że gosć jest w miarę znany i ceny jego obra­zów sta­rują od 3,5 koła, a co nie­które stoją znacz­nie wyżej. Szybko prze­li­cza na kal­ku­la­torku 7 x 3,5 i nie­mal dostaje pier­dolca ze szczę­ścia (konar zapło­nął niczym znicz olim­pij­ski). Żona go stu­dzi, mówiąc, że to jesz­cze nic pew­nego, trzeba spraw­dzić, czy auten­tyki, popy­tać fachowca, wyce­nić, tego typu tematy, na co zio­mal “Prze­cież wiem, nie jestem dziec­kiem”… cho­ciaż w tzw. mię­dzy­cza­sie zdą­żył już zamó­wić Fifę 18, Sam­sunga Galxy S8, i zło­tego spin­nera… bo kto boga­temu zabroni? I tak jak wczo­raj poru­szał się po biu­rze moon­wal­kiem i sza­mał powięk­szony zestaw sushi, tak dzi­siaj nagle żre gruz i wygląda na strasz­nie przy­bi­tego. Oka­zało się, że te obrazy to jed­nak nie Dut­kie­wicz, a Dur­kie­wicz… taki tam arty­sta ludowy, któ­rego prace mozna kupić po 3 dyszki pod­czas Dni Chleba w Cie­cha­nowcu. Czy jestem złym czło­wie­kiem, jeśli naj­bar­dziej bawią mnie histo­rie o (cudzych) prze­gra­nych marzeniach?

P.S. O tym, że jedna literka lub ogo­nek, mogą wiele zmie­nić, prze­ko­ny­wał już kie­dyś prof. Bral­czyk — “Bo jest róż­nica, czy robisz komuś “Łaskę”, czy “Laskę””. Kum­pel jest dowo­dem numer 2.

 

4 tygo­dnie póź­niej ten sam kum­pel znowu był na ustach wszyst­kich w mojej fabryce.  Tym razem gwiazdą odcinka zostaje jego szwa­gier. Poje­chał wczo­raj w dele­ga­cję do jakiejś małej miej­sco­wo­ści na Pomo­rzu, tam wbił do hotelu, w pokoju obej­rzał mecz Pola­ków, roz­pi­ja­jąc do tego jedną lub dwie, max 15 lam­pek wina, po czym przy­ciął komara. Śpi, śpi, aż tu nagle z objęć Mor­fe­usza wyrywa go alarm prze­ciw­po­ża­rowy, a że po masa­krze w Las Vegas ludzie są wyczu­leni na takie rze­czy, po pro­stu zerwał się z wyra, chwy­cił cały maj­dan i wybiegł z pokoju, kie­ru­jąc się do wyj­ścia ewa­ku­acyj­nego. Było zblo­ko­wane. W panice zbił szybkę, wci­snął guzi­czek „w razie pożaru”, drzwi się otwo­rzyły i szybko zbiegł do recep­cji…. a tam nikogo. Wydy­gał się jesz­cze bar­dziej, bo naszły go myśli, że ten alarm wył już jakiś czas, a on w naj­lep­sze spał snem spra­wie­dli­wego i niczego nie sły­szał, tym­cza­sem reszta gości i obsługi zapewne już dawno się ulot­niła. Bie­gnie więc do wyj­ścia, ale w panice zaje­bał się w nawi­ga­cji i wpada do restau­ra­cji. Zatrzy­muje się na środku… w samych sli­pach z widoczną plamką po stre­so­wej kro­pelce moczu i z nie­chluj­nie spa­ko­wa­nym baga­żem pod pachą… roz­gląda, a dookoła ludzie jak gdyby nigdy nic jedzą kotleta. Łapie kon­takt wzro­kowy z bar­ma­nem, który jest w takim szoku, że prze­rywa czysz­cze­nie kie­lisz­ków i patrzy na niego z wielki WTF wypi­sa­nym na twa­rzy. Oka­zało się, że na 4 pię­trze była uszko­dzona czujka prze­ciw­po­ża­rowa, a w hotelu poza nim nie było innych gości. Ci z restau­ra­cji to obsługa, która sza­mała późną kola­cję i żodyn nie zwra­cał uwagi na alarm, bo jeba­niutki włą­cza się trzy razy dzien­nie, więc po pew­nym cza­sie prze­stali reago­wać. Ktoś nawet pró­bo­wał zadzwo­nić do szwa­gra mojego zio­meczka z prośbą o nie­ro­bie­nie gwał­tow­nych ruchów, bo to tylko “drobna awa­ria”, nie­stety tele­fon mil­czał, więc dzwo­niący posta­no­wił opu­ścić recep­cję i pofa­ty­go­wał się poin­for­mo­wać go oso­bi­ście. Pech chciał, że wybrał windę i to aku­rat w momen­cie, kiedy szwa­gier zioma zbie­gał wła­śnie wyj­ściem ewa­ku­acyj­nym. Taka sytuacja.

 

Zdję­cie: http://www.bcgconnect.com

A to widziałeś?