Wysypisko

Rudy się żeni. Relacja z Royal Wedding

19/05/2018

No i rudy się hajt­nął, a ja w tym cza­sie tylko się utwier­dzi­łem w prze­ko­na­niu, że nie­ważne czy to ślub cywilny, czy ksią­żecy — nudy takie same. Zresztą zawsze powta­rzam Madzi, że chęt­nie bym się zaob­rącz­ko­wał… ale tro­chę szkoda mi soboty. I to nie jest tylko moja opi­nia. Widzie­li­ście jak Tom Hardy wal­czył z opa­da­jącą głową? Masakra.

Serena Wil­liams to już w ogóle pole­gła w pierw­szym secie. Meghan jesz­cze nawet nie pod­biła do kościoła, a ta już pyś na popiel­niczkę, ze zwi­sa­jącą nitką śliny w kąciku i piłuje jak stary dzia­dyga. Gene­ral­nie na wjazd panny mło­dej naj­bar­dziej cze­kały… chiń­skie szwal­nie, które z góry miały powie­dziane, że godzinę po ślu­bie, repliki sukie­nek Meghan, mają być dostępne na Alie­express, albo ryżu dziś nie będzie. Wczo­raj też nie było i stąd takie emocje.

Jeśli cho­dzi o samą cere­mo­nię, to poszła zgod­nie z pla­nem. Ot jeden drobny incy­dent, kiedy jakaś para pró­bo­wała wbić się do kościoła na krzywy ryj. Poli­cja nara­zie nie podaje per­so­na­liów, ale cho­dzą plotki, że to Polacy, bo babeczka pod­czas aresz­to­wa­nia cały czas powta­rzała: “Me is polish Vic­to­ria Bec­kham and he is David”.

Praw­dziwa Vic­to­ria Bec­kham też była. Jezu­niu, nikt nie robi tak zaje­bi­ście “Bitch smajlu” jak ona. 10/10.… cho­ciaż komen­ta­to­rzy z pol­skiej tv i tak zna­leźli pod­wód, żeby się do niej przy­cze­pić. Wyobraż­cie sobie, że jak wysia­dła z samo­chodu i kame­rzy­sta zro­bił na nią żbli­że­nie, to aku­rat ster­czał jej prawy sutek. Jezu wiel­kie mi rze­czy, może Dej­wid aku­rat chuch­nął jej za uchem i poszła reak­cja łań­cu­chowa, no ludzka rzecz, ale nie, komen­ta­to­rzy od razu wyska­kują, że “przy­pał i fo pa”.

A w ogóle jak pro­wa­dzący w stu­diu, zapy­tał spe­cja­li­sty od ety­kiety, jak powinno się przyjść na ksią­żęcy ślub, to ten zaczął dra­pać się po bro­dzie i po dwóch minu­tach wysko­czył z takim tesk­tem: “Hmmm no wypa­da­łoby przyjść w butach”. Serio? Dzięki ziom, że wyja­śni­łeś, bo nie­wiele bra­ko­wało, żeby Pol­ska wysłała Cej­row­skiego, jako swo­jego repre­zen­tanta. Ale by była wtopa.

W kwe­stii gości — byli wszy­scy… poza ojcem Meghan. Jak usły­szał, że tra­dy­cja naka­zuje, żeby to ojciec panny mło­dej, pokrył koszty wesela, z miej­sca wyrzu­cił tele­fon, wylo­go­wał się z fejsa i uciekł w Biesz­czady. Zabra­kło też kole­gów Meghan, z cza­sów, kiedy była jesz­cze pleb­sem. Począt­kowo chcieli przy­je­chać, ale sprawa się wywa­liła, kiedy temat zeszdł na kopertę:

– Ej, a ile wła­ści­wie powinno się dać w koper­cie na ksią­żę­cym ślubie?

– No tak sym­bo­licz­nie raczej. Ot tyle, żeby pokryć koszt talerzyka

– Eee to spoko, 100 dolców powinno styknąć

– Taaa 100 dolców? Oni mają tale­rzyki z chiń­skiej porcelany

– Uuu no to lipa, bo aku­rat nie mam siana

– No to zadzwoń do Bociana.

No i co, to by było na tyle. Teraz już tylko wesele.… a może i aż. Ponoć Pippa publicz­nie zade­kla­ro­wała, że dzi­siaj grzecz­nie, 3 sym­bo­liczne shoty i do domu hehe. Chyba wszy­scy z wła­snego doświad­cze­nia wiemy, jak się koń­czą takie obiet­nice. Sta­wiam stówę, że o pół­nocy, jak poleci “Miłość w Zako­pa­nem”, Pippa pierw­sza wsko­czy na stół… a póź­niej to już tylko głowa w muszli i włosy trzy­mane przez dziu­nię Geo­rga Clo­oneya. A jutro sta­tus na fej­sie “aśna­ebaam”. No i jest jesz­cze ryzyko, że książe Kentu odwali jakiś numer. Nie od dziś wia­domo, że to taki odpo­wied­nik “naszego wujka Janu­sza”. Ogo­rzała twarz, pod pachami plamy potu w kształ­cie woje­wódz­twa opol­skiego i tylko czeka aż zabiorą roso­łek i posta­wią zimną czy­stą. A póź­niej się zacznie: “Nie żebym był rasi­stą, ale…”. A tak się składa, że przy tym samym sto­liku sie­dzi matka Meghan xD

Aaa i jesz­cze jest taka zabawa na Twi­te­rze, że jeśli chciał­byś wbić na royal wed­ding, to nie mógł­byś iść tam pod swoim praw­dzi­wym nazwi­skiem, bo z góry byłoby wia­domo, że to nie ta liga. Trzeba isć pod ksywką, którą two­rzy się sta­wia­jąc na początku Lord lub Lady, nastep­nie imię pradziadka/prabaci i na koniec imię psa/kota/chomika, a po myśl­niku nazwa ulicy, przy któ­rej miesz­ka­łeś w dzie­ciń­stwie. I tym spo­so­bem wbił­bym na party jako Lord Alojzy Churchill-Moniuszko. Brzmi tak zaje­bi­ście dostoj­nie i szla­checko, że jak­bym wsta­wał, to kró­lowa w tym swoim kanar­ko­wym body też. Taki rispekt!

 BTW: Naj­lep­szego dla mło­dej pary… Daję im rok.

A to widziałeś?