Wysypisko

Nie chce mi się– PigOut vs Postanowienia noworoczne

30/01/2017

Jak tam wasze posta­no­wie­nia nowo­roczne? Łudzi­cie się, że jesz­cze coś z nich będzie? Oso­bi­ście odczu­wam jakiś dziwny, nawet jak na moje stan­dardy, spa­dek formy. Może to ten smog, może May­be­linne, w każdy razie mia­łem być ostry jak papryczka chili, tym­cza­sem jestem roz­la­zły jak śli­mak. Naj­gor­sze, że poprzeczka nie była zawie­szona znowu tak wysoko. Obie­cy­wa­łem sobie, że zacznę regu­lar­nie publi­ko­wać na blogu, przy­kręcę śrubę z angiel­skim, wzno­sząc się w końcu ponad kon­struk­cję “my pen is huge as fuck”, no i oczy­wi­ście, że wytnę się jak Gerard Butler w “300”, co by Agata Mły­nar­ska nie czuła zaże­no­wa­nia w razie przy­pad­ko­wego spo­tka­nia w Jura­cie. Taaaki chuj.

Na chwilę obecną reali­za­cja moich posta­no­wień nowo­rocz­nych przy­po­mina mecz Legii z Borus­sią Dort­mund, czyli niby coś tam kle­pię w środku pola, a jed­nak z nie­wy­ja­śniony przy­czyn dostaję 0–6 w plecy. Z angiel­skiego już dwa razy dałem nogę, w blo­go­wa­niu zgu­biło mnie podej­ście pt. “OK, dzi­siaj piszę na peł­nej kur#%… ale naj­pierw jeden odci­ne­czek na Net­fli­xie”. Rów­nie dobrze mogłem otwo­rzyć cze­ko­ladę i liczyć, że skoń­czy się na jed­nej kostce. Impos­si­ble. Naj­go­rzej jed­nak sprawy mają się w kwe­stii wycinki. Co prawda w stycz­niu na siłce byłem 3 razy, ale 2 razy krę­ci­łem się bez sensu, a raz posze­dłem tylko dla­tego, że mia­łem aku­rat kolędę i z dwojga złego wola­łem spę­dzić popo­łu­dnie z Seb­kami niż na robie­niu uni­ków przed serią nie­wy­god­nych pytań od ojca pro­wa­dzą­cego.

Szcze­rze? Nic mnie tak nie uniesz­czę­śli­wia, jak wizyta na siłce. Nie­któ­rzy twier­dzą, że po cięż­kim dniu nie ma nic lep­szego niż 5-kilometrowa prze­bieżka na bieżni, że niby wtedy endor­finy się uwal­niają i w ogóle w orga­ni­zmie scho­dzi więk­sza magia niż w Hogwar­cie. Bul­l­shit. Oso­bi­ście uwa­żam, że podwójny kebab na cien­kim i zimny bro­wa­rek spraw­dzają się lepiej. Bież­nia wyzwala we mnie tylko pokłady nie­na­wi­ści, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie mia­łem poję­cia. Jestem wtedy jak Arya Stark powta­rza­jąca listę śmierci przed snem. Już samo wej­ście na siłkę jest trau­ma­tyczne. Przy­kła­dowo ostat­nio wbi­jam na szat­nię, roz­glą­dam się, a tam tylko trzech typów, czyli cał­kiem zaje­bi­ście… wtem spo­glą­dam na klu­czyk i już wiem, gdzie jest haczyk. Wszy­scy czte­rej mamy sąsia­du­jące sza­feczki, co ozna­cza, że muszę cze­kać aż koleś, który przy­szedł przede mną, prze­bie­rze się, roz­plą­czę słu­chawki, zrobi biał­ko­wego szejka, łyk­nie 3 jaja na surowo, naże­luje łeb i wrzuci samo­jebkę na Insta­grama. Mini­mum 30 minut z życia. Na waszych sił­kach foczki z recep­cji też tak trol­lują z klu­czy­kami do sza­fek, czy to tylko moja karma? Cie­kawe czy to ich inwen­cja wła­sna, czy jeż­dżą na spe­cjalne warsz­taty pt. “Jak sku­tecz­nie dopro­wa­dzić czło­wieka do zała­ma­nia psy­chicz­nego?”, pro­wa­dzone przez babki z dzie­ka­natu? Druga rzecz to koksy, któ­rzy praw­do­po­dob­nie tam miesz­kają. Nie­ważne, kiedy przyj­dziesz, oni już tam są i zostają jesz­cze długo po Twoim wyj­ściu. Wku­rzają mnie, bo to nie są typy, któ­rzy zro­bią trzy szyb­kie serie i pójdą dalej. Nope, oni przy­kle­jają się do ławeczki na mimi­mum 2 godziny i sądząc po jękach, upra­wiają tam ostre tarło ze sztangą. Kie­dyś nawet chcia­łem podejść i zapy­tać, czy mogę się przy­łą­czyć, poro­bić na zmianę, ale jak pomy­śla­łem o tych oce­nia­ją­cych spoj­rze­niach, kiedy będę się kale­czył zrzu­ca­jąc ich 100-kilowe tale­rze, po czym założę swoje 15-stki, z któ­rymi sto­czę tak hero­iczny bój, że wara wykrzywi mi się bar­dziej niż Sylw­kowi Sta­lonne, kiedy w “Roc­kym” krzy­czał “Edr­jen”, stwier­dzi­łem, że nie warto. I wła­śnie przez takich gości moje pierw­sze dwa tre­ningi były total­nie z dupy. Oku­po­wali wszyst­kie naj­lep­sze sprzęty, więc moje “pako­wa­nie” skoń­czyło się 11 ćwi­cze­niami na plecy i dwoma brzusz­kami. Co prawda przy trze­ciej wizy­cie przy­po­mniało mi się, że w ramach kar­netu mam dar­mową kon­sul­ta­cję z tre­ne­rem per­so­nal­nym, ale znowu padłem ofiarą trol­lingu recep­cjo­nistki. Przy­słała mi kole­sia, który był bar­dziej zalany niż Wro­cław w 1997 roku. Spoj­rza­łem na jego brzuch i już wie­dzia­łem, że jedyny zestaw, jaki może mi pole­cić, to powięk­szony z maka. Serio nie kumam, jakim cudem dostał tę robotę? To tak jakby pójść do den­ty­sty z uje­baną jedynką. Niby można, ale po co? Pod­su­mo­wu­jąc — świat ewi­dent­nie nie chce, żebym był szczu­pły, mi z kolei nie chce się wal­czyć ze świa­tem i w ogóle pier­dolę, nie robię. Zapusz­czam Net­flixa.

Postanowienia noworoczne

A to widziałeś?

  • Valar Mor­gu­lis. Valar Siłkeris.

  • No chyba nie jest tak zle– podobno siłkę zali­czasz ostatnio 😉

    • Napi­sa­nie tej dekla­ra­cji nie­na­wi­ści do bieżni zadzia­łało oczysz­cza­jąco i kolejny tydzień cho­dzi­łem sumien­nie, aż w week­end roz­ło­żyła mnie jakaś bak­te­ria i znowu nastą­pił tydzień prze­rwy. Walka zaczyna się od poczatku. Byle do wio­sny, byle do roweru 😉

      • o tak! rower <3
        ps. prze­wrotną masz zatem naturę 😉