Wysypisko

Jak sobie poradzić z mundialową porażką?

04/07/2018
POrazka na mundialu

Mun­dial trwa w naj­lep­sze, tym­cza­sem nasze orły już dawno w domu. Jak zwy­kle spo­dzie­wa­li­śmy się mini­mum brązu xD, a wyszło stan­dar­dowo, czyli mecz otwar­cia, mecz o wszystko i mecz o honor. Wróć, czy ja powie­dzia­łem stan­dar­dowo? Cofam to. Śmiem twier­dzić, że był to naj­gor­szy tur­niej w wyko­na­niu pol­skiej repki za mojego życia, a że trzy dychy wybiły mi na licz­niku już jakiś czas temu, to chyba możemy się zgo­dzić, że tro­chę upo­ko­rzeń i roz­cza­ro­wań już widziałem. 

3 punkty zdo­byte z Japo­nią deli­kat­nie prze­kła­mują sta­ty­styki, ale kto oglą­dał mecze, ten sam wie, że w Rosji nasza dru­żyna roz­sy­pała się niczym domek z kart. Indy­wi­du­al­nie każdy kopał się w czoło, z kolei jako zespół total­nie nie funk­cjo­no­wa­li­śmy — coś jak “Ich Troje” po reak­ty­wa­cji. Cały nasz pomysł pole­gał na wyco­fa­niu piły pod wła­sne pole karne, po czym sru laga na ślepo w kie­runku Lewego… a nuż doj­dzie. Cóż, nie doszedł. I tak w koło Macieju. Po 50-tej tego typu zagrywce, aż zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy naszym graj­kom nie przy­da­rzyła się przy­pad­kiem podobna histo­ria, jak ziom­kom Micha­ela Jor­dana w “Kosmicz­nym meczu”, czyli do szatni wbili kosmici w prze­bra­niu, kazali pił­ka­rzom dotknąć piłki “Ej, patrz­cie jaka fajna. W 1/8 będzie­cie taką hara­tać”, po czym sur­prise i wszy­scy w jed­nym momen­cie stra­cili talent. Taaa na pewno wbi­liby aku­rat do naszej szatni hehe.. z dru­giej strony tylko to tłu­ma­czy, dla­czego na boisku wybie­gło jede­na­stu ama­to­rów, któ­rzy dosta­liby po gaciach nawet w lidze okręgowej. 

Kropkę nad “i” posta­wił Nawałka, który przez kil­ka­na­ście ostat­nich mie­sięcy tre­no­wał grę w warian­tach A, B i C, a kiedy przy­szło co, do czego, zarzą­dził wariant D, po któ­rym … szok…znaleźliśmy się też w D, tylko takiej ultra głę­bo­kiej. A kiedy myśle­li­śmy, że już gorzej być nie może i nie da się zade­mon­stro­wać jesz­cze bar­dziej topor­nego fut­bolu, nasze chło­paki powie­działy: “Trzy­maj­cie nam piwo i patrz­cie”, po czym wzięli udział chyba w naj­bar­dziej oczy­wi­stej ustawce w histo­rii fut­bolu. Co prawda, to Japo­nia wyszła z ini­cja­tywą, żeby przez ostat­nie 10 minut pograć w dziadka, ale who cares, skoro nasi bez mru­gnię­cia okiem przy­jęli zapro­sze­nie i dołą­czyli do wspól­nej zabawy, dokła­da­jąc od sie­bie kaba­ret z fan­to­mową kon­tu­zją Gro­sic­kiego? My to widzie­li­śmy i cały świat to widział, więc sorry pano­wie, ale takiej plamy nie usu­nie nawet Vizir w asy­ście Zyg­munta Chaj­zera. No i przy oka­zji  gra­tul, bo to jed­nak trzeba mieć talent, żeby wygrać mecz o honor i stra­cić jed­no­cze­śnie twarz. 

I teraz rodzi się pyta­nie — jak sobie pora­dzić z mun­dia­lową porażką w takim stylu? Z tego, co widzę, na czoło wysu­wają się dwa obozy — hej­te­rów i andrze­jów “fana­ty­ków spor­tów wsze­la­kich byle pod biało-czerwoną flagą” (- Ej, lubisz wyścigi ze świ­nią na ple­cach? — A star­tują Polacy? — No, jeden star­tuje. - W takim razie uwiel­biam!).

Hej­te­rzy jak to hej­te­rzy, zaczy­najną nie­win­nie od przy­pie­prze­nia się do reklam, żeby osta­tecz­nie wylą­do­wać na pro­filu Ani Lewan­dow­skiej i odpa­lić bombę ato­mową, pisząc jej, jak bar­dzo jest chu­jowa razem z tymi swo­imi kul­kami mocy, bo Robert nie strze­lił bramki #Glu­ten #Ci #w #Oko #Cho­da­kow­ska #rulez. Cóż, to nie jest pra­wi­dłowa reakcja.

Porażka na MundialuOk, dar­cie łacha z reklam nawet potra­fię zro­zu­mieć, bo to taki pierw­szy, naj­ła­twiej­szy punkt zacze­pia­nia, zresztą sam też biłem w bla­cho­tra­pez jak w bęben.

Porażka na mundialuNo nie oszu­kujmy się, jest jed­nak lekki nie­smak, kiedy przed mun­dia­lem naoglą­dasz się reklam, w któ­rych nasi kadro­wi­cze zapo­dają prze­wrotki, bie­gają w slow­moł­szyn w desz­czu i wygła­szają gór­no­lotne prze­mowy, jak to szam­pon do wło­sów pomaga im wal­czyć z prze­ciw­no­ściami losu, po czym przy­cho­dzi godzina “0” i nagle oka­zuje się, że jedy­nym tra­fio­nym spo­tem był ten Ber­li­nek… bo zagra­li­smy jak parówy. Nie­mniej jed­nak chyba nie w tym rzecz. Ponoć Krisz­cziano Ronaldo w 2018 spę­dził 2 mie­siące na pla­nach zdję­cio­wych, a jakoś nadal napier­dala jak Tsu­basa. Pro­blem jest gdzie indziej. Dobi­ja­jąc jed­nak do brzegu — heheszki z reklam od biedy przejdą, ale ryso­wa­nie samo­cho­dów pił­ka­rzy, gro­że­nie im śmier­cią i obrzu­ca­nie guanem Ani Lewan­dow­skiej na Insta­gra­mie, już nie do końca. Tego nie róbcie.


Druga postawa to nasi wyżej wspo­mniani “fana­tyczni andrzeje”, któ­rzy widząc spor­towca w dre­sie z orzeł­kiem, z miej­sca tracą kon­takt ze stat­kiem matką i doznają zapa­ści, jeśli ktoś rzuci pod jego adre­sem choćby jedno zda­nie kry­tyki. Nie wolno! Nołp, orze­łek dla spor­towca jest jak tar­cza dla Kapi­tana Ame­ryki i immu­ni­tet dla posła, który z 4 pro­mi­lami we krwi, zawi­nął się rzą­do­wym BMW na pierw­szym napo­tka­nym drze­wie. Gwa­ran­tuje nie­ty­kal­ność. Ulu­bioną zagrywką takich prze­wraż­li­wio­nych kibi­ców jest rzu­ca­nie fraz w stylu: “Uwiel­biam kiedy ama­to­rzy zabie­rają się za komen­to­wa­nie”, albo “To może zwlecz się z kanapy i zrób to lepiej”, albo “Kibi­cem się jest, a nie bywa”. Japrdl, czy to jest domowe przed­szkole? Czy tak trudno zro­zu­mieć, że gra­nie w piłkę to dla pił­ka­rza taka sama robota, jak pie­cze­nie chleba dla pie­ka­rza. Może tro­chę bar­dziej kon­tu­zjo­genna, ale też zde­cy­do­wa­nie lepiej płata — ot taka branża. Mogę być fanem McDo­nalda, ale jak znajdę łonowca w McRoy­alu, to chyba daje mi to wystar­cza­jący powód, żeby urzą­dzić imbę? Albo jak Ewa Minge idzie do gabi­netu kli­niki este­tycz­nej usu­nąć kurze łapki, a wycho­dzi z kocią mordką, to też ma prawo się unieść, co nie? Ale o for­mie pił­ka­rzy cicho sza, bo to zakład pracy chro­nio­nej … przy­naj­mniej według niektórych. 

Taką postawę też odrzu­camy. Prawda jak zwy­kle jest po środku. Bo to, że powiesz: “Nasi zagrali piach”, nie spra­wia, że jako kibic, auto­ma­tycz­nie doko­nu­jesz aktu apo­sta­zji i odci­nasz się od repki. To, że nie będziesz cze­kał z bukie­tem na Okę­ciu, wcale nie ozna­cza, że prze­kre­ślasz wszyst­kie wcze­śniej­sze doko­na­nia. Nołp, to tylko ocena aktu­al­nego stanu rze­czy, więc śmiało. Umówmy się, że prze­grać to osta­tecz­nie nic strasz­nego, bo z puchar­kiem i tak wróci tylko jedna dru­żyna, ale za brak pod­ję­cia jakiej­kol­wiek walki i poka­za­nia odro­biny cha­rak­teru, niech nikt nie spo­dziewa się okla­sków. Jesli Iran mógł prze­grać sty­lowo, to my tym bar­dziej. Nie­stety nam się nie chciało i “zagra­li­śmy piach” (in your face andrzeje!). I tyle mia­łem do powiedzenia.

A jeśli nie pasuje wam żaden z powyż­szych warian­tów, zawsze może­cie podejść do piłki nożej jak Maryla Row­do­wicz i Monika Olej­nik (frag­ment z “Kropki nad i” po meczu z Senegalem):

Rodo­wicz: Lewan­dow­ski pięk­nie strze­lił wol­nego i byłaby bramka, gdyby nie to, że bram­karz obro­nił.

Olej­nik: Sene­gal­czycy pięk­nie zbu­do­wani, wysocy. 

Rodo­wicz: Nie byli pięk­nie zbu­do­wani, byli szybcy. 

Olej­nik: Nie? Byli ład­nie zbu­do­wani. 

Rodo­wicz: Nie, ładny to był tre­ner.

Olej­nik: No tre­ner bar­dzo, tak. 

Rodo­wicz: Dredy, uroda hipho­powca, błę­kitna koszula, ładne oczy, ładne rysy.

*Zdję­cie okład­kowe Gol24.pl

A to widziałeś?