Wysypisko

Jak (prawie) rzuciłem palenie

05/05/2018

Kie­dyś moja firma się szarp­nęła i zor­ga­ni­zo­wała dla pra­cow­ni­ków kurs: “Rzu­ca­nie pale­nia metodą Allena Carra”. Oczy­wi­ście się zgło­si­łem, bo primo faj­nie byłoby rzu­cić pale­nie #zdro­wie #oszczęd­no­ści i secudno, na legalu przy­słu­gi­wał dzień wolny, tzn. zamiast do roboty, szło się na szko­le­nie… a fra­je­rzy bez nało­gów nadal musieli sie­dzieć w tabel­kach exce­lo­wych i zawi­jać cyferki w te sre­berka #żal. W każ­dym razie zapi­sa­łem się i dosta­łem ter­min na za 3 mie­siące, czyli taki mini NFZ (mini, bo mie­siące, a nie lata). Tygo­dnie leni­wie leciały, a ja przy każ­dym szlugu delek­to­wa­łem się 10 razy bar­dziej niż zwy­kle, bo gdzieś z tyłu głowy była myśl, że to już ostatki. Wtem tydzień przed wyzna­czo­nym ter­mi­nem szko­le­nia spa­ni­ko­wa­łem. I tu warto pochy­lić się nad pokrę­coną logiką nało­gowca — otóż poczy­ta­łem o tej meto­dzie Allena Carra, jaka to nie jest super sku­teczna i jak to wszy­scy po niej rzu­cają, i się auten­tycz­nie wydy­ga­łem, że mnie też znie­chęci do pale­nia.… kiedy ja tak naprawdę nie byłem jesz­cze gotowy psy­chicz­nie do odsta­wie­nia niko­tyny. No bo niby, jak będę funk­cjo­no­wał pozba­wiony swo­ich rytu­ałów? Poranny ener­ge­tyk / kawa bez szluga? Eeee to już nie to samo. Poza tym jak wycią­gniesz z tego rów­na­nia papie­rosa, to nie­od­wra­cal­nie zabu­rzysz pro­ces tra­wienny i póź­niej nawet acti­via nie pomoże. Albo co robić na przy­stanku, pod­czas ocze­ki­wa­nia na auto­bus? Czy­tać? Niby można, ale żadna książka nie przy­wo­łuje tak sku­tecz­nie auto­busu, jak dopiero co odpa­lony papie­ros. No i co z week­en­do­wymi dri­nami? Bez szluga to już nie ten kli­ma­cik. Bez sensu.

Drę­czony takimi wizjami, pró­bo­wa­łem się wymik­so­wać ze szko­le­nia, ale oka­zało się, że kto rezy­gnuje, musi pokryć koszty z wła­snej kie­szeni. Chyba oczy­wi­ste, że poszedłem. 

Zaczyna się szko­le­nie i babka pro­wa­dząca zapo­daje tak: “Kurs trwa 8 godzin. Co godzinę robimy prze­rwę i może­cie w jej trak­cie palić, jak zwy­kle, bo metoda Allena Carra nie polega na sile woli. Po pro­stu za 8 godzin wsta­nie­cie, sami z sie­bie rzu­ci­cie na śro­dek sali wszyst­kie papie­rosy, które macie poki­trane w kie­sze­niach, po czym wyj­dzie­cie i będzie­cie wol­nymi ludźmi”. 

Przez pierw­sze 7 godzin nie odno­to­wa­łem niczego, co mia­łoby spra­wić, że rzucę, ot samo pierdu pierdu, że pale­nie jest potrzebne czło­wie­kowi, jak swini sio­dło, że jest nie­zdrowe i dro­gie w uj. Same tego typu argu­menty leciały, czyli nic, czego bym wcze­śniej sam nie wyde­du­ko­wał. Mimo wszystko, na każ­dej prze­rwie pali­łem po 3 sztuki. Tak na wszelki wypa­dek, bo a nuż w ostat­niej godzi­nie wje­dzie jakaś magia i mi się odmieni. 

Taaaaki wał. Ostat­nia godzina była pod­su­mo­wa­niem tego, co babka pró­bo­wała nam wkrę­cić przez cały dzień, po czym wstała i zapo­dała: “Czu­je­cie to prawda? Ten bez­sens pale­nia? No to teraz wstań­cie, rzuć­cie swoje papie­rosy na śro­dek sali i ciesz­cie się wol­no­ścią!”. Kuźwa wszy­scy ruszyli jak przy promce w Lidlu i zaczęli rzu­cać. Dopiero kole­dze pierw­szemu zadrżała ręka, ale osta­tecz­nie przy trze­cim podej­ściu, wypu­ścił paczkę z dłoni i ze łzami w oczach wybiegł z sali. Babka myślała, że to ze szczę­ścia, bo się uwol­nił #LOL

Jeśli cho­dzi o mnie, to total­nie nie byłem prze­ko­nany, ale postą­pi­łem jak mój jeden zio­mek, jak kie­dyś wybrał się ze swoją mocno udu­cho­wioną dziew­czyną i jej rodziną na piel­grzymkę. Mówił, że szli lasami przez kilka godzin, aż w końcu doszli do polanki, gdzie ksiądź zajął cen­tralne miej­sce, a ludzie usta­wili się do niego w kolejce, jak po opłatek.

– No i zaczy­nają poje­dyn­czo pod­cho­dzić, ksiądz kła­dzie każ­demu rękę na czole, coś tam beł­ko­cze pod nosem, po czym wszy­scy padają na glebę z wywró­co­nymi gał­kami ocznymi i tarzają się po ziemi, jakby doznali ataku epi­lep­sji — opo­wiada zio­mek. 
– A Ty co zro­bi­łeś? — pytam. 
– Też padłem i się wiłem. 
– Ale poczu­łeś coś?
– No co ty! Ale co mia­łem zro­bić? Powie­dzieć księ­dzu, że spoko, dzięki za mizi­nię­cie czoła i jak gdyby nigdy nic odejść? Nie wcho­dziło w grę, pre­sja była zbyt wielka. 

Mia­łem podob­nie. Pod pre­sją też rzu­ci­łem na śro­dek swoją paczkę… czego do dziś nie mogę odża­ło­wać… ale co tam ja. Edzia Gór­niak to jest dopiero agentka. Wła­śnie prze­czy­ta­łem na Pudlu, że total­nie nie radzi sobie z uza­leż­nie­niem od kawy. Ponoć wypija już 5 fili­ża­nek dzien­nie i żeby wyjść z nałogu, poje­chała do spe­ca­li­stycz­nej kli­niki w Sin­ga­pu­rze, gdzie prze­szła kil­ku­na­sto­dniowy detoks, za który zapła­ciła 50 tysięcy zło­tych… po czym wró­ciła do Pol­ski i już na Okę­ciu strze­liła podwójną Flat White w Star­bu­niu, a pod domem dobiła się jesz­cze espresso z Costy. 50 koła poszło się chę­do­żyć ooo tak <pstryk>. Mam nadzieję, że widoczki przy­naj­mniej były ładne. 

palenie jest be

P.S. Od dnia szko­le­nia (jakieś 4 lata), nie zapa­li­łem już kla­sycz­nego szluga, ale Allen Carr nie miał na to wpływu. Siła woli i prze­siadka na e-szluga, czyli w sumie nadal jestem w dupie… jak Edzia.

P.S.S. Kum­pel, któ­remu zadrżała ręka, wró­cił do pale­nia tego samego dnia. Pozo­stali uczest­nicy szko­le­nia też. Przy­naj­mniej Ci, któ­rych koja­rzę. Cho­lerny nałóg 

A to widziałeś?