Włóczykijing

Winter is Coming, czyli dokąd uciec przed zimą?

14/12/2016
Ucieczka przed zima-Korfu

Sprze­da­łem się! Po bli­sko 2-letniej przy­go­dzie z blo­go­wa­niem, w końcu zaro­bi­łem swój pierw­szy pie­nią­żek. Otóż napi­sa­łem tekst do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wej gazety w korpo świe­cie, czyli do “Głosu Mor­doru” (orko­wie, trolle i kran­so­ludy lubią to). Zasięg? Połowa Moko­towa i kawa­łek Woli. Nie oce­niaj­cie, od cze­goś trzeba zacząć. Nie jestem tak na 100% zado­wo­lony z efektu, ale jed­nak pisa­nie do gazety to inna bajka niż blo­go­wa­nie. Raz, że nie mogłem być do końca sobą, bo język, któ­rego uży­wam na PigO­ucie, mógłby być nie­zro­zu­miały dla ludzi spoza kręgu, no i wia­domo, z wul­ga­rami też trzeba przy­ha­mo­wać. Dwa to wytyczne, co do dłu­go­ści tek­stu, kon­kret­nie 5 tysięcy zna­ków. Nigdy nie spraw­dza­łem obję­to­ści wła­snych wpi­sów, ale wyda­wało mi się, że są znacz­nie krót­sze niż 5 tysięcy, więc przez chwilę wpa­dłem w panikę, że tyle nie ugram. Osta­tecz­nie oka­zało się, że wysma­ży­łem notkę na 9,5 tysiąca i musia­łem przy­ci­nać. I tu się poja­wił kolejny pro­blem, bo skra­ca­nie tek­stu jest rów­no­znaczne z kastro­wa­niem go z żar­ci­ków i sucha­rów, czyli tak jakby z wła­snego stylu. Począt­kowo chcia­łem tro­chę oszu­kać i przy­cią­łem do 6,5 tys. zna­ków, licząc, że nikt się nie zorien­tuje. Zorien­to­wali się. Następ­nie zsze­dłem do 5,5 tys., z myślą: “prze­cież nie będą się szar­pać o 500 zna­ków”. Nie prze­szło. Za trze­cim razem przy­cią­łem do wyma­ga­nego poziomu 5 tys., ale znowu odrzu­cili, bo bra­ko­wało cen, a ceny rze­komo są naj­waż­niej­sze. Ok, niech będzie. Wpro­wa­dzi­łem ceny kosz­tem kolej­nych sucha­rów i w końcu dosta­łem akcept, ale z kolei w tym momen­cie ja byłem nie­za­do­wo­lony. To, co pozo­stało bar­dziej przy­po­mi­nało ran­do­mowy arty­kuł z Onetu niż PigO­uta, więc prze­edy­to­wa­łem kolejny raz, ale mimo zapew­nień, że zdą­ży­łem z popraw­kami jesz­cze przed publi­ka­cją, osta­tecz­nie do druku tra­fiła przed­ostat­nia wer­sja. Co zro­bić, takie zasady gry. Czwarta kwe­stia to błędy, lite­rówki i babole. Na blogu jest magiczny guzi­czek edy­tuj, dzięki czemu w dowol­nym momen­cie mogę doko­nać nie­zbęd­nych zmian i popra­wek. Przy­znaję bez bicia, że nad­uży­wam tego przy­wi­leju. W druku jest tylko jeden strzał, więc jeśli nie zrobi się solid­nej korekty przed odda­niem tek­stu, to póź­niej jest wstyd, płacz i zgrzy­ta­nie zębami. Ja nie zro­bi­łem, przez co teraz mam ochotę zapaść się pod zie­mię z zaże­no­wa­nia. Popeł­ni­łem dwa duże babole — naj­pierw źle odmie­ni­łem “Zako­pane”, a póź­niej popie­przy­łem Emi­raty z Ara­bią Sau­dyj­ską (nie mam poję­cia, jakim cudem, ale chyba myślami byłem gdzieś daleko pod­czas pisa­nia). Wstyd i hańba. Ostat­nia kwe­stia to war­tość mery­to­ryczna takiego arty­kułu. Na blogu napi­sał­bym 4 osobne tek­sty, ser­wu­jąc mak­sy­mal­nie dużo prak­tycz­nych infor­ma­cji o każ­dej miej­scówce, z kolei tutaj musia­łem liczyć znaki, więc star­czyło tylko na ogólny zarys. Wnio­ski są takie, że blogi są bar­dziej war­to­ściowe niż gazety, pisa­nie pod czy­jąś wizję ssie, a jak się jest leni­wym, to póź­niej trzeba brać na klatę wła­sną głu­potę. Cóż, pierw­sze śliwki roba­czywki. Efekt może­cie spraw­dzić poni­żej.

Win­ter is Coming, czyli dokąd uciec przed zimą?

Jeśli cho­dzi o podej­ście do zimy, ludzi dzie­limy na dwie grupy: fanów bia­łego sza­leń­stwa (nie mylić z Char­lie She­enem) oraz scep­ty­ków, któ­rym koja­rzy się ona wyłącz­nie z odmro­żo­nymi koń­czy­nami i poran­nym skro­ba­niem szyb. Ci dru­dzy naj­chęt­niej uwi­liby z pościeli kokon, po czym prze­cze­kali w nim do wio­sny, nie­stety tak się nie da. Szef może nie wyka­zać wstar­cza­ją­cej empa­tii. Jed­nak nie jest tak źle, jakby mogło się wyda­wać. Zima to nie wyrok, da się od niej uciec. Może nie na 100%, w końcu to ponad pół roku z życia, ale na parę dni na pewno.  Jest wiele miejsc, gdzie pod­czas zimy da się dogrzać kości, a nie­które z nich kal­ku­lują się nawet lepiej niż ferie w Zako­pa­nem. 

Ucieczka przed zimą: Kla­syka, czyli Egipt

Kul­towy kie­ru­nek wśród pol­skich tury­stów, który na sku­tek róż­nych zawi­ro­wań polityczno-religijnych oraz filmu “Last minute” stra­cił tro­chę na popu­lar­no­ści, ale ostat­nio znowu wraca do łask. Sezon trwa tu cały rok, a w naj­zim­niej­szym okre­sie tem­pe­ra­tura i tak nie spada poni­żej 20 stopni, więc kurtki zostają w domu. Tak naprawdę jedyny pro­blem sta­nowi wybór pomię­dzy leża­ko­wa­niem przy base­nie i sącze­niem wyuz­da­nych dri­nów, ser­wo­wa­nych w ramach all inc­lu­sive a plu­ska­niem w morzu i jara­niem się rafą kora­lową. Co prawda jest jesz­cze zagro­że­nie klą­twą Fara­ona, ale to aku­rat da się obejść. Wystar­czy każdy posi­łek zapi­jać szo­tem whi­sky, a będzie dobrze. Działa lepiej niż sto­pe­ran, spraw­dzone info. Jeśli cho­dzi o roz­rywki, na pewno każdy znaj­dzie coś dla sie­bie. W ofer­cie m.in. party hard na hote­lo­wych wie­czor­kach tanecz­nych, pły­wa­nie na bana­nie oraz pustynne safari zakoń­czone pale­niem szi­szy w towa­rzy­stwie fej­ko­wych Bedu­inów. Egipt to też zabytki. Nic nie robi takiego fejmu na Insta jak sel­fie ze Sfink­sem. Tylko tu dając 1$ napiwku, poczu­jesz się jak król, a jeśli zde­cy­du­jesz się na modowy meza­lians i połą­czysz san­dały ze skar­petą, możesz być pewny, że nikt nie będzie cię oce­niał. Zimą nie ma tłu­mów, więc obej­dzie się bez walk na śmierć i życie o leżaki. Zachę­cają rów­nież ceny, które w biu­rach podróży zaczy­nają się od 1200 zł/tydzień. 

 

Ucieczka przed zimą: Bli­sko i tanio, czyli Cypr, Malta i Korfu

Wszyst­kie są wyspami, na któ­rych przez ponad 300 dni w roku świeci słońce, a tam­tej­sze zimy to odpo­wied­nik naszej wio­sny. Do nie­dawna były jed­nymi z naj­droż­szych desty­na­cji w ofer­cie, ale od kiedy do gry weszły tanie linie, ceny pole­ciały na łeb na szyję. Obec­nie bilet w obie strony można tra­fić już za 200 zł, z kolei noc­legi w hotelu ze śnia­da­niami i dostę­pem do basenu od 800 zł/tydzień. Sam lot trwa poni­żej dwóch godzin, czyli mniej niż powrót z Mor­doru na Bia­ło­łękę. Na miej­scu warto wypo­ży­czyć sku­ter (20 euro/doba) i poje­chać wzdłuż wybrzeża, a prę­dzej czy póź­niej trafi się na nie­przy­zwo­icie zja­wi­skową plażę ukrytą w zatoczce. Widoki zde­cy­do­wa­nie ury­wają cztery litery. Nie­stety tro­chę gorzej jest w kwe­stii jedze­nia. Co prawda lokalne kuch­nie pod wzglę­dem prze­pi­sów pre­zen­tują się cał­kiem oka­zale (musaka, suvlaki, kle­ftiko), ale czę­sto szwan­kuje wyko­na­nie, przez co gyros z ele­ganc­kiej knajpy, nie­jed­no­krot­nie oka­zuje się więk­szym nie­po­ro­zu­mie­niem niż kebab z Dworca Cen­tral­nego, ser­wo­wany o 3 w nocy. Trzeba liczyć na dobry dzień kucha­rza. Mimo tego lek­kiego zgrzytu, kie­runki zde­cy­do­wa­nie warte pole­ce­nia… ale dorzu­ce­nie kilku kon­serw do bagażu nie zaszko­dzi. 

Ucieczka przed zimą

Ucieczka przed zimą

Ucieczka przed zimą: Na bogato, czyli Dubaj

Ulu­biony kie­ru­nek pol­skich mode­lek, gdzie za speł­nia­nie pokrę­co­nych fan­ta­zji szej­ków, nagra­dzane są toreb­kami z naj­now­szej kolek­cji Louis Vuit­ton. Jed­nak do Dubaju warto jechać, nawet jeśli nie ma się wymia­rów 90−60−90. Trudno o lep­sze miej­sce na spę­dze­nie krót­kiego, inten­syw­nego i tro­chę ode­rwa­nego od rze­czy­wi­sto­ści urlopu. W tym jed­nym mie­ście jest wszystko: sztuczne wysypy, luk­su­sowe hotele, nie­przy­zwo­icie dro­gie restau­ra­cje, cen­tra han­dlowe ze sztucz­nym sto­kiem nar­ciar­skim czy choćby naj­wyż­szy budy­nek świata. Codzien­nie kon­cer­tuje tu jakaś topowa gwiazda, Fer­rari są rów­nie pospo­lite, jak Golfy trójki na pol­skich dro­gach, a pre­mię kwar­talną wypłaca się z ban­ko­ma­tów w sztab­kach złota. Wycieczki z biura zaczy­nają się od 2,5 tys. zł, ale Dubaj da się też zwie­dzić przy oka­zji podróży do Azji lub tanimi liniami (bilet od 300 zł). Hotele star­tują od 1000 zł, co prawda na obrze­żach mia­sta, ale za to ze śnia­da­niami i base­nem. Przed wyjaz­dem warto pamię­tać, że w Emi­ra­tach obo­wią­zuje prawo sza­riatu, a w nim kilka zasad, któ­rych dla wła­snego dobra lepiej nie łamać, np. zakaz publicz­nego spo­ży­wa­nia alko­holu oraz obo­wią­zek nosze­nia ubrań zakry­wa­ją­cych kolana i ramiona, czyli coś jak korpo dress code. 

Ucieczka przed zimą

Ucieczka przed zimą 

Egzo­tyka w przy­stęp­nej cenie, czyli Taj­lan­dia

Kraj, który potrafi zachwy­cić, ale rów­no­cze­śnie wywró­cić świa­to­po­gląd na lewą stronę. Tylko tutaj zoba­czysz szczury wiel­ko­ści kotów i wię­cej małp niż u sie­bie w fir­mie. Idąc ulicą, nie­jed­no­krot­nie odu­rzy cię inten­sywny zapach ścieku, a jedząc z ulicz­nych gar­kuchni, poczu­jesz się niczym uczest­nik Azja Express. Może i tutej­sze lokale nie speł­niają wyma­gań sane­pidu, ale smak potraw zapa­mię­tasz na długo, w dodatku zapła­cisz za nie mniej niż za hum­mus u Pana Kanapki (obiad dla dwóch osób za 20 zł i to z dese­rem). Jeśli nie zabrak­nie ci odwagi, skosz­tu­jesz sza­rań­czy, skor­pio­nów, duriana i stu­let­niego jaja z nie­spo­dzianką, przej­dziesz się tuk tukiem (kurs po Bang­koku ok. 10–20 zł) i na sło­niu, a wie­czo­rami roze­rwiesz na Ban­gla Road, czyli słyn­nej ulicy roz­pu­sty, gdzie kobiety, któ­rych płeć to kwe­stia czy­sto umowna, będą ofe­ro­wały ci wia­dro rumu (20−30 PLN), po czym szepną na ucho, że gdy­byś tylko miał ochotę, to w lokalu tuż za rogiem odbywa się wła­śnie ping pong show. Cze­kają cię kozac­kie widoki, epic­kie smaki, ide­alny kli­mat i ceny, przy któ­rych mając 50 zł w kie­szeni możesz gwiaz­do­rzyć niczym Kanye West. 

Ucieczka przed zimą

Ucieczka przed zimą

A to widziałeś?