Włóczykijing

PigOutowy Przewodnik Weekendowy. Jura Krakowsko-Częstochowska

25/05/2017
jura-krakowsko-czestochowska

Przed wami druga odsłona PPW, czyli PigO­uto­wego Prze­wod­nika Week­en­do­wego, w któ­rym pod­po­wia­dam, gdzie poje­chać, aby w ciągu trzech dni zali­czyć kozac­kie widoczki, a przy oka­zji tro­chę pochil­lo­wać, zjeść coś nie­przy­zwo­icie pysz­nego oraz deli­kat­nie się spo­nie­wie­rać. Mówiąc w skró­cie, zdra­dzę wam, jak zali­czyć pod­ręcz­ni­kowy PigOut. Sce­na­riusz testo­wa­li­śmy z Madzią na wła­snych orga­ni­zmach, więc 100% spraw­dzone info. Na wstę­pie przy­po­mnę jesz­cze, że w pierw­szym odcinku gości­li­śmy w Toru­niu (klik), z kolei tym razem rzu­ciło nas aż na Jurę Krakowsko-Częstochowską.

Dla­czego Jura Krakowsko-Częstochowska?

Czy argu­ment, że życie jest za krót­kie, a świat zbyt duży i róż­no­rodny, żeby w kółko jeź­dzić tylko do Jastrzę­biej Góry i Zako­pa­nego, jest wystar­cza­jący? Oczy­wi­ście kocham te miej­scówki miło­ścią pierw­szą i nie­skoń­czoną, ale serio faj­nie raz na jakiś czas spró­bo­wać cze­goś nowego, tak samo, jak od czasu do czasu można odpu­ścić bur­gera na rzecz pizzy lub kebsa. Na Jurę padło głów­nie dla­tego, bo wie­dzie przez nią bar­dzo atrak­cyjny wizu­al­nie szlak Orlich Gniazd, czyli 160-kilometrowa trasa pro­wa­dzącą z Czę­sto­chowy do Kra­kowa, wzdłuż któ­rej usy­tu­owa­nych jest kil­ka­na­ście śre­dnio­wiecz­nych zam­ków warow­nych. Nie dość, że wyglą­dają jak żyw­cem wycią­gnięte z “Wiedź­mina”, to jesz­cze część z nich została wybu­do­wana na ska­łach wapien­nych, co daje dodat­kowe +50 do zaje­bi­sto­ści foto­ge­nicz­no­ści. Do tego docho­dzą jaski­nie, rezer­waty przy­rody i Pusty­nia Błę­dow­ska, czyli miej­sca, które w cza­sach dzie­ciń­stwa wyda­wały mi się nie­wy­obra­żal­nie nudne, a teraz kręcą mnie jak mało co. Jed­nak jak się mieszka kil­ka­na­ście lat w beto­no­wej dżun­gli, to czło­wieka zaczyna cią­gnąć do natury. U mnie zew był na tyle duży, że pew­nego dnia zama­rzy­łem sobie prze­je­chać cały Szlak Orlich Gniazd na rowe­rze. Nie­stety nie wypa­liło. Dłu­gimi urlo­pami nie śmier­dzę, a o ile zro­bie­nie 160 kilo­me­trów w week­end jest jak naj­bar­dziej wyko­nalne, to na dłuż­sze pochil­lo­wa­nie przy każ­dej miej­scówce czasu już by nie star­czyło, a prze­cież nie o to cho­dzi, żeby zaje­chać się fizycz­nie, tylko zna­leźć ten ide­alny balans mię­dzy rekre­acją i zwie­dza­niem. Tym spo­so­bem rower został zastą­piony samo­cho­dem.

Gdzie prze­ki­mać?
Oso­bi­ście na bazę noc­le­gową wybra­li­śmy Ogro­dzie­niec, a w zasa­dzie to Ogro­dzie­niec wybrał nas. W tym miej­scu muszę się pochwa­lić, że odczu­wam “tyci” satys­fak­cję, bo moje ponad 2-letnie pisa­nie w inter­ne­cie w końcu przy­nio­sło coś pozy­tyw­nego, a nie tylko rachunki za hosting i falę pre­ten­sji. Otóż jakiś czas temu popeł­ni­łem na fejs­buku wpis, w któ­rym napi­sa­łem, że chciał­bym pojeź­dzić tro­chę po Pol­sce i pozwie­dzać nie­oczy­wi­ste miej­sca, m.in. Orle Gniazda (bo dla nie­któ­rych to jest nie­oczy­wi­ste miej­sce) i jakby ktoś o tako­wych sły­szał, to niech wali z lin­kiem jak w dym. Post miał nie­sa­mo­wity odzew, dosta­łem mnó­stwo wia­do­mo­ści z namia­rami na super epic­kie miej­scówki, a także oka­zało się, że jedna z czy­tel­ni­czek pra­cuje w hotelu w Ogro­dzieńcu, czyli w samiuś­kim środku szlaku Orlich Gniazd, do któ­rego nas zapro­siła na week­end. Jeśli to nie jest prze­zna­cze­nie, to nie wiem jak to nazwać? W myśl zasady, kiedy życie daje Ci cytryny, dodaj do nich wódkę i przy­go­tuj sobie cytry­nówkę, z zapro­sze­nia posta­no­wi­li­śmy sko­rzy­stać. I wła­śnie takim zrzą­dze­niem losu wylą­do­wa­li­śmy w hotelu Cen­tu­ria Wel­l­ness & Spa.

hotel-centuria_1Na wypa­dek, gdyby komuś nasu­nęły się teraz różne pyta­nia, spie­szę z odpo­wie­dzią. Deal nie obej­mo­wał pozy­tyw­nej recki w zamian za noc­legi. Nic z tych rze­czy. Czy­sta sprawa, przy­jeż­dżam na week­end, a póź­niej bez pre­sji piszę o moich wra­że­niach. Na szczę­ście wra­że­nia są bar­dzo pozy­tywne i szcze­rze mówiąc, nie mam do czego się przy­cze­pić. Hotel z każ­dej strony oto­czony jest lasem, więc jeśli ktoś lubi takie kli­maty, będzie zachwy­cony. Ja lubię. Pokój dosta­li­śmy taki, że szczena opada. Na wej­ście salon z dwiema sofami, biur­kiem, bar­kiem i tele­wi­zo­rem. Dalej sypial­nia z wyrem wiel­ko­ści San Marino i jako creme de la creme łazienka z gigan­tyczną wanną. Iden­tyczna jak ta, w któ­rej Dan Bil­ze­rian obraca modelki na Insta­gra­mie. Był nawet bidet, który chyba już zawsze będzie mi się koja­rzył z pol­sa­tow­skimi “Pamięt­ni­kami z waka­cji”. W jed­nym odcinku pol­ska rodzina poje­chała na urlop do Hisz­pa­nii, zatrzy­mali się w hotelu, któ­rego łazienki były wypo­sa­żone w bidet i uznali, że to druga muszla, co by mąż i żona mogli rów­no­cze­śnie “dwój­ko­wać” trzy­ma­jąc się za ręce. So fuc­king roman­tic. Wiem, że serial nie jest na fak­cie, ale czuję w kościach, że ta histo­ria mogła wyda­rzyć się naprawdę. Wra­ca­jąc do tematu, jak dla mnie pokój na wypa­sie i nie miał­bym nic prze­ciwko, gdyby przy­szło mi czę­ściej sypiać w takich warun­kach, acz­kol­wiek musi­cie wziąć pod uwagę, że mogę się nie znać. Ktoś mi nawet napi­sał na fejs­buku, że jeśli uwa­żam to za luk­sus, to w dupie byłem, bo sufity są zbyt nisko. Cóż, bez komen­ta­rza.


Hotel daje też radę pod wzglę­dem szamki, co nie było wcale takie pewne. Przy­znaję bez bicia, że mam bar­dzo czuły radar na hip­ster­ski bul­l­shit, a tak się składa, że w menu Cen­tu­rii nie bra­kuje takich wyna­laz­ków, jak kaszotto bura­czane, purre z czer­wo­nej kapu­sty, czy rusty­kalne pesto. Z miej­sca wyobra­zi­łem sobie, że zaraz dostanę danie wiel­ko­ści naparstka, sma­gnięte ślacz­kiem sosu i skoń­czy się na tym, że będę musiał dymać do naj­bliż­szego McDo­nalda na dobi­cie podwój­nym McRoy­alem. Na szczę­ście lęki mojego wewnętrz­nego wie­śniaka oka­zały się bez­pod­stawne. Dosta­łem satys­fak­cjo­nu­jący kawa­łek śred­nio wysma­żo­nej polę­dwicy woło­wej i to purre z czer­wo­nej kapu­chy też weszło bez­bo­le­śnie. Następ­nego dnia testo­wa­łem jesz­cze pierś kaki (też na prop­sie), z kolei Madzia poszła w maka­rony i zupy. Twier­dzi, że krem paprykowo-pomidorowy z jaj­kiem w koszulce i bazy­lią to praw­dziwy sztos. Ogól­nie w ciągu 3 dni prze­ro­bi­li­śmy połowę karty i zgrzy­tów nie odno­to­wano, ale gdy­by­ście mieli oka­zję zjeść tam tylko raz, sta­wiał­bym wszyst­kie żetony na polę­dwicę. Jest super.

Poza szamką i kimką, hotel zapro­po­no­wał nam jesz­cze całą masę dodat­ko­wych atrak­cji, ale gdy­by­śmy chcieli ze wszyst­kiego sko­rzy­stać, potrze­bo­wa­li­by­śmy co naj­mniej tygo­dnia. Musie­li­śmy odpu­ścić rowery, bilard i strefę Play­Sta­tion (to aku­rat mam w domu), ale zdą­ży­li­śmy zali­czyć basen i strefę SPA. Pier­wot­nie mia­łem zapla­no­wany masaż, z tym że w ostat­niej chwili wymię­kłem. Nie zdą­ży­łem w tym roku z wycinką (podob­nie jak każ­dego poprzed­niego), więc tro­chę się krę­po­wa­łem zade­mon­stro­wać swój budyń na brzu­siu, na który pra­co­wa­łem całą zimę, a kiedy oka­zało się, że do masażu zakłada się spe­cjalne stringi, tylko się w tej decy­zji utwier­dzi­łem. Nie po to buduję wize­ru­nek hej­tera, żeby w chwili sła­bo­ści ktoś mi cyk­nął fotkę, na któ­rej wyglą­dam jak ludzik Miche­lin odziany w skąpe gacie, co nie? To by mogło pogrze­bać moją karierę. Madzia za to poszła i z jej opo­wia­dań wynika, że pani masa­żystka zde­cy­do­wa­nie zna się na swo­jej robo­cie. Ponoć żaden facet nie pozo­stałby obo­jętny na jej dotyk, przez co tro­chę teraz żałuję, że odpu­ści­łem, z dru­giej strony od ludzika Miche­lin w strin­gach, bar­dziej żenu­jący jest tylko ludzik Miche­lin w strin­gach i ze wzwo­dem. Osta­tecz­nie w zastęp­stwie masażu posze­dłem pole­żeć na pod­świe­tlo­nym ledami fotelu den­ty­stycz­nym… wróć … na Mul­ti­sen­so­rycz­nej Koły­sce Alpha Sha. Akcja jest tego typu, że wcho­dzi się do przy­ciem­nio­nego pokoju, kła­dzie na pod­świe­tloną leżankę i ta leżanka zaczyna wibro­wać, bujać i wyda­wać różne dźwięki w stylu pio­senki “Ameno”, następ­nie przez chwilę brzmi jak kopu­lu­jące dziki, a na końcu zapo­daje szum morza. Zali­czy­łem dwie 25-minutowe sesje na tej kosmicz­nej koły­sce i muszę przy­znać, że ustroj­stwo fak­tycz­nie działa relak­su­jąco. Nie pamię­tam, kiedy ostat­nio byłem tak roz­luź­niony pod­czas kmi­nie­nia wpi­sów na fejs­buczka. Naprawdę cza­dowa rzecz. Jak kie­dyś będę miał więk­szy kwa­drat, na pewno sobie kupię.

A tak wygląda ta multisensoryczna kołyska. Zdjęcie kradzione z neta, moje nie wyszło.

A tak wygląda ta mul­ti­sen­so­ryczna koły­ska. Zdję­cie kra­dzione z neta, moje nie wyszło.

Pod­su­mo­wu­jąc, hotel daje radę w każ­dym aspek­cie i mogę śmiało pole­cić wszyst­kimi racicz­kami. Wygodne pokoje, dobre jedze­nie, fajny basen, ładna oko­lica, do tego altanka do kon­sump­cji pod chmurką (swoją drogą wybór alko­holi też sze­roki), plac zabaw dla dzie­cia­ków i strefa SPA nie tylko dla kobiet #stringi. Dla każ­dego coś miłego. Jak cuś, to widzia­łem, że na Travelist.pl mają cał­kiem fajne pro­mo­cje na pakiety: pobyt +szamka + zabiegi, więc warto obser­wo­wać. Ok, żeby nie było, że taką laurkę popeł­niam, napi­szę jesz­cze, że pro­blem jest z par­kin­giem, cho­ciaż to bar­dziej wina gości, któ­rzy par­kują jak cipy i nie potra­fią zmie­ścić się w liniach, tylko zaj­mują po dwa miej­sca. Wię­cej grze­chów nie pamię­tam. No dobra był jesz­cze epi­zod, że przy­je­chała winda, wysiadł z niej koleś, my wsie­dli­śmy po nim i kiedy drzwi się zamknęły, z miej­sca zaczęły łza­wić nam oczy. Oka­zało się, że poprzedni pasa­żer zasta­wił na nas pułapkę, ale nie ma sensu o tym pisać, bo ani to wina hotelu, ani przedni żart. Raczej “Trudne sprawy”.

Co zoba­czyć?

Tak, jak pisa­łem wyżej, Szlak Orlich Gniazd to ponad 160-kilometrowa trasa, na któ­rej znaj­duje się mnó­stwo zam­ków, jaskiń i rezer­wa­tów, więc do zoba­cze­nia jest cała masa rze­czy. My ze względu na krótki pobyt zmu­szeni byli­śmy ostro ciąć plan. Wyje­cha­li­śmy z War­szawy w pią­tek po pracy, więc na miej­sce dotar­li­śmy dopiero wie­czo­rem, który posta­no­wi­li­śmy poświę­cić na akli­ma­ty­za­cję i dri­neczki. Zwie­dza­nie przy­pa­dło dopiero na sobotę. Do odwie­dze­nia wyty­po­wa­li­śmy trzy zamki: w Ogro­dzieńcu, Bobo­li­cach i Miro­wie. W każ­dym miej­scu pola­ta­li­śmy tro­chę dro­nem, obe­szli­śmy oko­licę, po czym nie wia­domo kiedy zro­bił się już wie­czór, więc trzeba było wra­cać na masaże, koły­ski sen­so­ryczne i ciąg dal­szy dri­necz­ków. W nie­dziele pla­no­wa­li­śmy sko­czyć jesz­cze przed wyjaz­dem na punkt wido­kowy Pustyni Błę­dow­skiej i zro­bić kilka ujęć z lotu ptaka, nie­stety rano pod­czas obla­ty­wa­nia hotelu roz­bi­łem drona. Po zale­d­wie tygo­dniu od kupna, brawo ja. Sku­bany zaha­czył o gałązkę, ta się wkrę­ciła w śmi­gło, sil­niki sta­nęły, przez co pie­prz­nął z wyso­ko­ści dwóch metrów na glebę. Tra­ge­dii nie ma, ale jedno skrzy­dło się odła­mało, w związku z czym musia­łem oddać go do ser­wisu. Nadal nie wiem, ile będzie mnie to kosz­to­wało #chlip #chlip. Mimo wszystko na pusty­nię poje­cha­li­śmy, ale mate­riału dowo­do­wego brak. Ot jedno zdję­cie z GoPro, ale za dużo na nim nie widać.

Ogro­dzie­niec

zamek-w-ogrodziencu_4zamek-w-ogrodziencu_2zamek-w-ogrodziencu_1

Namioty, które widać na zdję­ciach nie są stan­dar­dową atrak­cją. Mie­li­śmy fart i tra­fi­li­śmy aku­rat na week­end “Najazdu Bar­ba­rzyń­ców”. Ktoś napi­sał, że całość wygląda jakby odby­wały się tam Mistrzo­swta Świata w Quid­dit­chu (Harry Pot­ter). Porów­na­nie cał­kiem nie­złe, acz­kol­wiek na moje wygląda to na gotowy plan zdję­ciowy do net­fli­xo­wego “Wiedź­mina”.

Bobo­lice

bobolicezamek-w-bobolicach.zamek-w-bobolicach_2zamek-w-bobolicach_1Mirów

Bobo­lice i Mirów odda­lone są od sie­bie o około kilo­metr, więc spo­koj­nie można poru­szać się pomię­dzy nimi pie­szo. Od Ogro­dzieńca dzieli je około 30 km.

mirowzamek-w-mirowiezamek-w-mirowie_1

Tu powinna być Pusty­nia Błę­dow­ska z lotu ptaka, ale jak już mówi­łem, roz­bi­łem drona, więc jest tylko to:

pustynia-bledowska_1

pustynia-bledowskaNa Jurę na pewno wkrótce wró­cimy, żeby zali­czyć pozo­stałe zamki. Niech tylko odzy­skam drona. Wam też polecam.

A to widziałeś?

  • No i zepsuł mi Pan, Pani Kolego waka­cje, bo mia­łem tez tam jechać i wysma­żyć epicką opo­wieść o zam­kach na skale, co nie chciały Niemca i tera trzeba będzie prze­pla­no­wać plany 🙂 Na szczę­ście mam plan B, a nawet plan B do planu B.

    Tak BTW — karma Cię dopa­dła, następ­nym razem się nie migaj i nagi­naj po pier­ścień Arabelli ;))

    • Nic nie zmie­niaj, została jesz­cze cała masa zam­ków, ska­łek i jaskiń, do któ­rych nie dotar­łem. Jed­nak tryb week­en­dowy to mało na Jurę. Zdra­dzisz jakie oko­lice obej­muje plan B? Ostat­nio coś mi sie w gło­wie prze­sta­wiło i bar­dziej mnie cia­gnie w Pol­skę niż “zagranico”.

      BTW Wspie­ram rów­no­upraw­nie­nie i taką dostaję nagrodę! Gdzie tu sprawiedliwość?

      • Plan A obej­mo­wał Ogro­dzie­niec i Jurę, ale tez tam w oko­licy jest jakiś park roz­rywki podobno, który pla­no­wa­łem zaha­czyć przy oka­zji z Dzie­ciar­nią, a może i Inwałd, bo to nie­da­leko. Może Solina, ale podobno w waka­cje lepiej tam nie jeź­dzić, bo dupa przy dupie.

        Plan B zakłada, że poja­wię się rodzin­nie w Gdyni na See Blog­gers (jak mnie zechcą) i stam­tąd przez Mazury, pola, lasy i bagna bia­ło­wie­skie, potem Roz­to­cze i do Rodzi­ców. Chciał­bym zaje­chać do Kru­szy­nian, spró­bo­wać cze­goś tatar­skiego i tak tro­chę się ode­rwać od all inc­lu­sive. Teo­re­tycz­nie ten rok mam mieć budże­towy z powodu roż­nych powo­dów, ale jakoś mi nie wychodzi :))

        Plan B do planu B zakłada, że się nie dostanę na see i wtedy ten punkt pomijamy.

        Aaa, w sumie to masz rację — to co Ty dosta­łeś w takim razie? ;))

        • Na główny urlop w tym roku pla­nu­jemy zro­bić trasę War­szawa — Łeba — Szklar­ska Poręba — War­szawa, więc też tro­chę kilo­me­trów wykrę­cimy. A jak wezmą mnie na SeeBlo­gers to w końcu te zale­głe flaszki obalimy.

          P.S. Za wspie­ra­nie rów­no­upraw­nie­nia spo­tkała mnie nagroda w postaci rachunku za naprawę roz­bi­tego drona (w zasa­dzie dopiero czeka) i drama z jed­nym fan­pej­dżem, który nazwał mnie sek­sitą. Epic win 😉

  • Ugh, te zamki koja­rzą mi się głów­nie ztym, że tata posta­no­wił obsko­czyć wszyst­kie w kilka godzin, ile ja się po nich nala­ta­łam. Muszę takie powie­dzieć, że da się robić zdję­cia zam­ków z drona, natych­miast kupi i cho­ciaż nie będziemy musieli prze­dzie­rać się po krzaki żeby zro­bić zdję­cie zamku z abso­lut­nie każ­dej strony.
    Muszę je kie­dyś odwie­dzić na spo­koj­nie, naj­le­piej bez taty i jego pasji do krza­czo­rów. Opcja z rowe­rami brzmi cał­kiem spoko, szcze­gól­nie jak się jeź­dzi wyłącz­nie pocią­gami.
    “Wewnętrzny wie­śniak”, jak ja to dobrze znam 😀 Szcze­rze mówiąc, w jakich­kol­wiek luk­su­sach czuję się jak proletariusz-marksista na wizy­cie u księż­nej Czar­to­ry­skiej. Uni­kam, sta­now­czo unikam.

    • Hipi­sie przyj­dzie dzień, że będziesz ceniła “pry­watną” łazienkę, zmie­nianą pościel i ręcz­niki oraz podane pod nos śnia­da­nie. Każdy tak ma, że na poczatku prze­mie­rza świat z namio­tem i kar­miatą pod pachą, póka­jąc się w głowę na widok ludzi, któ­rzy mar­nują hajs na zbędne luk­susy, po czym czło­wiek zaczyna się sta­rzeć, robi się wygodny, powięk­sza mu się rodzina i powoli doj­rzewa do wyż­szego stan­dardu. Zoba­czysz 😉 Been There, Done That.

      Byłem kie­dyś na kilk zam­kach przy oka­zji wycieczki szkol­nej, ale wtedy tego nie doce­nia­łem. Kazali mi robić kilka kil­mo­etrów w upale i słu­chać jakie­goś nudzia­rza prze­wod­nika, co tylko nie­po­trzeb­nie odda­lało naj­waż­niej­szą rzecz w wycieczce, czyli wizytę w McDo­nal­dzie. Do zamecz­ków trzeba doj­rzeć i zwie­dzać je we włan­sym ryt­mie, bez presji.

      • Aku­rat moi sta­rusz­ko­wie to histo­rycy, a ich kum­ple to arche­olo­dzy, więc do zam­ków jestem przy­zwy­cza­jona od dziecka; poza tym zupeł­nie ina­czej się patrzy gdy ktoś ci tłu­ma­czy że tutaj były staj­nie, tutaj kuch­nia, tu kaplica itd. a przy oka­zji kłóci się z resztą wycieczki o różne szcze­góły histo­ryczne… Póki nie ma krza­ków bar­dzo zamki lubię 😀

        • Czyli wia­domo, że nie zosta­łaś pod­mie­niona w szpi­talu 😉 Tyle się mówi, że mło­dzi dzi­siaj to tylko w te fejs­buki i snap­chaty się gapią, a tu pro­szę. Szanuję.

  • Pra­wie moje rodzinne strony! Zda­rza mi się bywać w Ogro­dzieńcu, z Kra­kowa nie mam daleko 😉 Super, że wyszedł Wam taki deal! Tu mówisz o szlaku Orlich Gniazd, to teraz pono­wię suge­stię o szlaku Archi­tek­tury Drew­nia­nej czyli Gor­lice i oko­lice — kto wie, może po napi­sa­niu posta, ktoś Was tam też zaprosi na week­end? No i tam też są zamki 😉

    Cze­kamy na net­fli­xo­wego Wiedź­mina! <3

    • Coś dziw­nie działa u mnie Disqus. Dosta­łem powia­do­mie­nie o komen­ta­rzu… po 13 dniach. Kolejne zapro­sze­nia mile widziane, po fazie podróży zagra­nicz­nych znowu wzięło mnie na odkry­wa­nie Pol­ski. Znowu, bo w wieku nastu lat zje­cha­łem wzdłuż i w szerz. Teraz z dro­nem eks­plo­ra­cja zam­ków zyskuje nowego smaczku.

      BTW fajne masz rodzinne strony 🙂

  • Kilka zam­ków z tych orlich gniazd kie­dyś widzia­łam, ale nawet nie wie­dzia­łam, że jest ich tak dużo i że są tak bli­sko sie­bie. Może w jakiś jesienny week­end wycią­gnę swo­jego Uko­cha­nego na taki chill ze zwie­dza­niem. Pigo­ucie zain­spi­ro­wa­łeś mnie, choć ja wła­śnie w tym roku prze­ży­wam kry­zys w zwie­dza­niu Pol­ski i robię wszystko by po niej nie jeździć. 🙂

    • U mnie na odwrót. Po kilku latach jeż­dze­nia zagra­nicę, pre­ży­wam wła­śnie rene­sans Pol­ski. Naj­pierw zamki na Jurze, nie­dawno Mazury i w obu miej­scach super fajne hotele i ury­wa­jące 4litery widoczki. W sierp­niu znowu gdzieś się zapuścimy.