Wysypisko, Włóczykijing

Noc Wieżowców, czyli jak nie zostałem fotografem

21/11/2016

Blo­go­wa­nie to bar­dzo roz­cza­ro­wu­jące hobby, serio. Czło­wiek wyobraża sobie, że zacznie się speł­niać, pisząc na waż­kie tematy, przy oka­zji spad­nie na niego pier­dy­liard laj­ków i gra­ti­sów, a dalej to już pro­sta droga na kanapę u Woje­wódz­kiego i udział w Azja Express. Cóż, w więk­szo­ści przy­pad­ków rze­czy­wi­stość jest zgoła odmienna. Blo­go­wa­nie to głów­nie kastro­wa­nie się z wol­nego czasu (sesja na Play­sta­tion? Bitch ple­ase, tekst sam się nie napi­sze), pre­sja zacho­wa­nia regu­lar­no­ści (Ojej, jak dzi­siaj nic nie wrzucę, to o mnie zapo­mną i pójdą do Fashio­nelki), porzu­ca­nie ide­ałów (Lodowce top­nieją? Oj tam oj tam, napi­szę o zady­mie w Lidlu), no i wieczne dopła­ca­nie do inte­resu (domena $, hosting $$, o i reklamę jesz­cze wyku­pię bom mały i potrze­buję zasięgu $$$), a na koniec i tak wszy­scy mają to w du.. gdzieś. True story, jed­nak blo­go­wa­nie ma też pozy­tywną stronę - poznaje się tro­chę sza­lo­nych, ale ogól­nie rzecz bio­rąc, cał­kiem spoko ludzi. Głow­nie wir­tu­al­nie, ale znane są też przy­padki, kiedy zna­jo­mość prze­szła do reala. Ja tak mia­łem z jed­nym typem z Opola. Popeł­ni­łem kie­dyś wpis o Taj­lan­dii, on sko­men­to­wał, że „żenada”, na co odpi­sa­łem mu “chyba Ty”, a w następ­nej sce­nie roz­pi­jamy flaszkę i oglą­damy Sek­sma­sterkę na jutu­bie. Tym gościem jest Paweł Czło­wiek Przy­goda, blo­ger i foto­graf, który w inter­ne­cie (ale też Straży Miej­skiej) znany jest głów­nie z tego, że włazi na nie­la­galu na opol­skie dachy i zapina epic­kie foteczki, na przy­kład taką.

Bio­rąc pod uwagę jego pro­fe­sję, nikogo nie powinno dzi­wić, że kiedy po sieci roz­nio­sła się fama o Nocy Wie­żow­ców, czyli jedy­nym takim week­en­dzie w roku, pod­czas któ­rego prze­ciętny zja­dacz chleba ma oka­zję wejść na sto­łeczne dra­pa­cze chmur i spoj­rzeć na War­szawę z góry, napi­sał mi na mes­sen­ge­rze:

- PigOut sły­sza­łeś? Noc Wie­żow­ców w Wawie! Wbi­jamy!

- Taaaa na pewno wbi­jamy. Widzia­łem stronę wyda­rze­nia. 100 tys. chęt­nych i tylko 4 tys. wej­śció­wek, które w dodatku zostaną roz­dane w kon­kur­sach. Bez szans, nie wej­dziemy!

- Nie? No to trzy­maj mi piwo i pacz!

5minut póź­niej!

 

- Zała­twione. Wbi­jamy na Q22, Novo­tel, Euro­cen­trum i Błę­kit­nego.

- What? Jak to zro­bi­łeś?

- Nie inte­re­suj się, bo kociej mordy dosta­niesz.

- Mów, nie pier­dol.

- No dobra, ude­rzy­łem bez­po­śred­nio do orga­ni­za­tora i powie­dzia­łem, że jeste­śmy sza­no­wa­nymi, poczyt­nymi blo­ge­rami i chcemy wej­ściówki poza kon­kur­sem.

- LOL sza­no­wa­nymi i poczyt­nymi, dobre! I co, łyk­nął to?

- Sam jestem w szoku, ale tak. Baaa nie dość, że dosta­niemy wej­ściówki to jesz­cze robimy za amba­sa­do­rów eventu… tzn. ja, ale Cie­bie też wkrę­ci­łem. Powie­dzia­łem, że będzie ze mną koleś od nosze­nia obiek­ty­wów.

- Przy­goda, jak Ty mnie zaim­po­no­wa­łeś w tej chwili! Leć szybko dru­ko­wać wej­ściówki, zanim koleś wej­dzie na nasze blogi i ogar­nie wałek.

- Spo­kojna Twoja roz­czo­chrana, jestem pro­fe­sjo­na­li­stą!

No i mniej wię­cej tak to się uro­dziło. Ogól­nie w dniu eventu karma nas nie oszczę­dzała. Naj­pierw nie doga­da­li­śmy się co do meetingu — zapo­mnia­łem podać Przy­go­dzie klu­czo­wej infor­ma­cji, a póź­niej roz­ła­do­wał mi się tele­fon, przez co chło­pa­czyna tułał się kilka godzin po sto­licy, w dodatku obwie­szony sprzę­tem, jak ame­ry­kań­ski raper zło­tem. Kiedy się w końcu zła­pa­li­śmy, narze­kał, że prze­marzł i nic nie jadł, więc w ramach odszko­do­wa­nia zapro­wa­dzi­łem go na (dru­giego) naj­lep­szego kebsa w mie­ście. “Urwie Ci dupę” mówi­łem (że dosłow­nie zacho­wa­łem dla sie­bie). Nie minęła minuta, a Przy­goda zaczął dys­kret­nie splu­wać w chu­s­teczkę. Oka­zało się, że w jego por­cji była wielka, nie­prze­żu­walna mię­sna locha. To chyba jedyny raz w histo­rii, kiedy ten lokal zali­czył taką wtopę. No naprawdę peszek, że tra­fiło aku­rat na jego zmianę. Następ­nie poszli­śmy na pierw­szy budy­nek,  Q22 — nówka sztuka, aku­rat tego dnia odda­wali go do użytku. Wyszło nawet spoko, pogoda w porzo i dużo miej­sca na roz­sta­wie­nie sprzętu, w dodatku przy wej­ściu roz­da­wali losy i wygra­łem selfi kijek (fuck yeah!). Co prawda Przy­goda miał mniej szczę­ścia i wylo­so­wał jakąś badziewną przy­pinkę, ale osta­tecz­nie przy­szli­śmy tu dla fotek, więc mis­sion com­ple­ted.

I ja też jedno dorzu­ci­łem, czarno-białe, że niby bar­dziej arty­styczne 😉

Przed wej­ściem na kolejny budy­nek (Euro­cen­trum), mie­li­śmy 4 godziny okienka, więc poje­cha­li­śmy do Redziego (bra­chol) na bifo­rek, no i w tym momen­cie wszystko zaczęło się sypać. Raz, że zała­mała się pogoda #gra­do­bi­cie, a dwa, zała­mał się sam Przy­goda. Przy­znaję, tro­chę przeze mnie. 150 razy mnie pytał, czy nie powin­ni­śmy już wycho­dzić, na co cią­gle odpo­wia­da­łem: “Relax, mamy czas, obej­rzymy jesz­cze jeden odci­nek Sek­sma­sterki i lecimy. Będzie jesz­cze kwa­drans zapasu, trust me”. Jak łatwo prze­wi­dzieć, spóź­ni­li­śmy się. Przy­goda przez całą drogę tyrał mnie od naj­gor­szych, tym­cza­sem naj­gor­sze było dopiero przed nim. Na dachu zorien­to­wał się, że zapo­mniał para­sola, grad napie­przał w naj­lep­sze, a w grze sprzęt za kilka paty­ków. On twier­dzi, że to deszcz, ale głowę daję, że to były łzy. Osta­tecz­nie zary­zy­ko­wał i oddał jeden strzał. Bio­rąc pod uwagę, jakie były warunki to i tak dużo ugrał. Odku­jemy się za rok.Z Euro­cen­trum szybko śmi­gnę­li­śmy do Novo­telu na śród­mie­ściu, gdzie już cze­kały na nas kolejne nie­spo­dzianki. Oka­zało się, że w Novo­telu fotek nie robi się z dachu tylko przez szybę, która na sku­tek panu­ją­cej aury była mokra i zapa­ro­wana, a żeby było śmiesz­niej, przez szybę okna usy­tu­owa­nego w hote­lo­wej sau­nie. Absurd milion, mówię wam. Sta­łem na końcu, więc dokład­nie widzia­łem całą akcję. Było tak — ochro­niarz otwiera drzwi do sauny i w tym momen­cie 10 kafa­rów uzbro­jo­nych w apa­raty z 2-metrowymi obiek­ty­wami, zrywa się do sza­leń­czego biegu, jakby był to wyścig co naj­mniej o bie­dron­ko­wego Świe­żaka. Błoto leci im z butów, siłą roz­pędu roz­py­chają roz­sta­wione na ich dro­dze leżaki, a wszystko po to, żeby zając jak naj­lep­szą miej­scówkę przy skrom­nym okienku (miej­sca dla 3 osób max). W tym samy cza­sie na sau­nie chil­luje niczego nie­świa­domy gość hotelu i z otwar­tymi ustami pró­buje ogar­nąć, co tu się odpie­prza. Ochro­niarz wciąż nie kuma, ze zeszło grube fopa i jak gdyby nigdy nic zaga­duje z uśmie­chem “Wie Pan, Noc wie­żow­ców! Już drugi raz robimy”, na co koleś osten­ta­cyj­nie, z fuk­nię­ciem i nie­na­wi­ścią zawią­zuje szla­frok i wycho­dzi. Zgad­nij­cie jaką ocenę wystawi w ankie­cie przy wymel­do­wa­niu? I ja mu się wcale nie dzi­wię. Na jego miej­scu też bym się wku­rzył. Hotel niby pre­mium, a odwala taką manianę (z punktu widze­nia gościa). Co do zdjęć, Przy­goda znowu narze­kał, że warunki nie halo – tłum, złe oświe­tle­nie i kro­ple desz­czu na szy­bie, ale na moje wyszedł obronną ręką. 

A teraz dla porów­na­nia to, co mi wyszło #żal

Lecimy na ostatni wie­żo­wiec – Błę­kitny na Placu Ban­ko­wym. W Błę­kit­nym wyj­ście jest bez­po­śred­nio na dach, więc Przy­goda zaga­duje foczkę z obsługi, czy nie mia­łaby poży­czyć para­sola. Ta go uspo­koją „jest zada­sze­nie, więc nie ma ryzyka, że pan zmok­nie”. Przy­goda luzuje, wjeż­dżamy na górę, a tam taaaaki chuj. Zada­sze­nie owszem jest, ale koń­czy się 2 metry od kra­wę­dzi budynku, więc na sucho foty nie zro­bimy. Zresztą tu już nawet nie pada deszcz, tu scho­dzi regu­larna śnie­życa. Piź­dzi milion, palu­chy gra­bieją, gile ciekną z nosa, gene­ral­nie kumu­la­cja kli­ma­tycz­nego nie­farta, więc usta­lamy, że pier­do­lić taki biz­nes, dajemy sobie 5 minut i wypad z baru. Tyle ugra­li­śmy:

No i oczy­wi­ście nie mogło zabrak­nąć samo­jebki:

Jaram się opo­rowo, że dachy mamy już z głowy i możemy w końcu prze­nieść się do Redziego na afte­rek, wtem Przy­goda oznaj­mia, że on  z pustymi rękami nie wraca i jedziemy jesz­cze cyk­nąć fotę pod Pała­cem Kul­tury. Extra, kolejna godzina mar­z­nię­cia. 

Pod Pała­cem dołą­cza Redzi z ziom­kiem, który hej­tuje ideę picia na kwa­dra­cie, twier­dząc, że to gej party. Pada nowy pomysł – jedziemy zapić na Pawi­lony (taka tam hip­ster­ska miej­scówka). +30 minut. Tam łazimy od knajpy do knajpy, bo wszę­dzie full i drogo, jak skur­we­syn, aż w końcu tra­fiamy na lokal, gdzie co prawda nie ma jak usiąść, ale jest wystar­cza­jąco miej­sca, żeby sta­nąć przy barze i alko cenowo też się spina. Robimy po 4 shoty, po czym pytam ziomka Redziego, czy już się nawy­ry­wał lacho­nów, bo póki co tutaj też scho­dzi gej party, tyle że na sto­jąco. Gość w końcu ogar­nia, że dzi­siaj nic nie ugra (a reczej prze­staje się łudzić, że jakaś sama zagada) i daje zie­lone świa­tło, żeby prze­nieść się na kwa­drat, czyli bez sensu stra­ci­li­śmy godzinę + godzina jazdy przed nami, ale grunt, że wra­camy. W końcu docie­ramy do bazy, gdzie z miej­sca wska­kuję w dres, roz­dzie­lam chło­pa­kom zada­nia — Ty lecisz po wódę, Ty ogar­niasz zagry­chę, a sam, nasta­wiony na party hard, wygod­nie się roz­sia­dam i… w takiej pozy­cji odpły­wam, zanim w ogóle fla­cha wjeż­dza na stół. Legen­darny wie­czór. Przy­znaję, po akcji “dachy” prze­sta­łem uwa­żać, że z odpo­wied­nim sprzę­tem nawet szym­pans mógłby być foto­gra­fem. Nope, to kurew­sko ciężki i męczący kawa­łek chleba… pra­wie tak ciężki, jak pro­wa­dze­nie PigO­uta. W dodatku wypada wie­dzieć, co to jest czu­łość ISO i do czego jest to pokrę­tło na apa­ra­cie.  Robota zde­cy­do­wa­nie nie dla mnie.

P.S. Zdję­cia of course uży­czone przez Czło­wieka Przy­godę (tzn. dowie się, że je poży­czy­łem o ile wej­dzie na tego posta), a jak chce­cie zobo­czyć fotki naprawdę zry­wa­jące beret, zaj­rzyj­cie do niego TU! lub TU!

A to widziałeś?