Włóczykijing

Budapeszt. Pigoutowy przewodnik weekendowy

10/07/2018

Buda­peszt na week­end

Na week­end wybra­li­śmy się do Buda­pesztu, jed­nak nie tury­styka była główny celem, a wielki test, pt. “Jak Bren­do­nek zachowa się pod­czas lotu?”. Takie ćwi­cze­nie miało dać odpo­wiedź na pyta­nie, czy to już czas na dal­sze podróże? A w razie gdyby jed­nak nie, osta­tecz­nie będzie to tylko godzina dwa­dzie­ścia na pokła­dzie Bom­bar­diera, więc bez tra­ge­dii. Cóż, lot w pierw­szą stronę oce­niam na 5+. Nasz ludzik Miche­lin momen­tal­nie zapadł w kimkę i w takim sta­nie dotrwał do momentu lądo­wa­nia. Spoko sprawa, z tym, że teraz już wiem, że była to cisza kupiona na kre­dyt, który przy­szło nam spła­cić z lichwiar­skim pro­cen­tem pod­czas powrotu. Powiem tyle, wpier­dol jaki kie­dyś Doda spu­ściła Agnieszce Szu­lim w jed­nym z war­szaw­skich sza­le­tów, to mały pikuś przy tym, co zaser­wo­wał nam Bren­do­nek w dro­dze powrot­nej. Oka­zuje się, że 11-kilowe dziecko wpa­da­jące w amok, potrafi być silne jak Tur i niczym Hulk, nisz­czyć wszystko, co sta­nie mu na dro­dze. Jedna z dłuż­szych godzin w moim życiu.

Budapeszt na weekend

Buda­peszt na week­end: Noc­leg

Ale ale, skoro już dole­cie­li­śmy do tego Buda­pesztu, to warto poświę­cić mu dwa zda­nia. Zacznijmy od tego, że nie jest to naj­pięk­niej­sze mia­sto, w jakim byłem, ale tra­ge­dii też nie ma. Baaa, jeśli zesta­wić go z Ber­li­nem, to można uznać, że jest nawet nie­złym cia­chem. Jak w każ­dym mie­ście znaj­dzie się kilka miej­scó­wek, które potra­fią zachwy­cić, ale wystar­czy skrę­cić w złą alejkę, żeby po chwili zna­leźć się w slum­sach, gdzie bez­domni koczują na uli­cach niczym hip­ste­rzy pod skle­pem z tamp­kami Kany­ego Westa, a ele­wa­cja na budyn­kach jest tak brzydka, że miesz­kańcy są skłonni zapła­cić, byle tylko ktoś przy­sło­nił im widok z okna bil­l­bo­ar­dem z pigu­łami na nie­trzy­ma­nie moczu. W jed­nej z takich nie­zbyt wyj­ścio­wych oko­lic przy­szło nam miesz­kać. Jak szli­śmy się zakwa­te­ro­wać i wdy­cha­łem wszech­obecny zapach jesz­cze świe­żej uryny, mysła­łem sobię OMG, ale wtopa, gdzie my jeste­śmy?”, po czym wcho­dzimy do miesz­ka­nia, a tam pełne zasko, bo w środku czy­sto i dizajn a’la Ikea. Cał­kiem zacny kwa­drat w przy­stęp­nej cenie, a jak się osta­tecz­nie oka­zało, żadna patola, tylko poło­żony w jed­nej z atrak­cyj­niej­szych loka­li­za­cji w Buda­pesz­cie. Coś jak war­szaw­ska Praga, która też momen­tami wizu­al­nie dupy nie urywa, a jed­nak jest obec­nie naj­mod­niej­szą dziel­nią. Także zakle­puj­cie śmiało ten “apar­ta­ment”. Propsuję.

Budapeszt na weekendBudapeszt na weekend

Buda­peszt na week­end: Zwie­dza­nie

Co zwie­dzać? My aku­rat jeste­śmy fanami zwie­dza­nia out­do­oro­wego, czyli pod­bi­jamy do ład­nego budy­neczku, cykamy samo­jebkę i lecimy dalej. Wbi­ja­nie do środka i oglą­da­nie wystaw już nas nie kręci, więc nie licz­cie, że polecę jakieś muzea i gale­rie. Codzien­nie bra­li­śmy wózek i robi­li­smy z buta około 15 kilo­me­trów, co pozwo­liło nam cał­kiem “uczci­wie” poznać oko­licę i na tej pod­sta­wie śmiem twier­dzić, że na pewno warto zajść do parku Varo­sli­get i siup­nąć sobie na trawce pod zam­kiem Vaj­da­hu­nyad. Według mnie naj­faj­niej­sza miej­scówka w mieście.

Budapeszt na weekend

Ponadto super wyj­ściowy jest kościół Mat­thiasa (od tyłu bar­dziej niż od frontu) w czę­ści Buda. Powie­dział­bym, że to taka węgier­ska odpo­wiedź na Sagradę Fami­lię, tylko fejm nie ten. Dalej spa­ce­rek wzdłuż Dunaju, tak żeby zali­czyć wido­czek na Zamek Kró­lew­ski, minąć trzy mosty, przejść obok insta­la­cji z butów, które są pomni­kiem Holo­cau­stu, aż w końcu dobija się do budynku Par­la­mentu. Stąd już tylko 5 minut dzieli nas od bazy­liki świę­tego Ste­fana, która jest cen­trum wszyst­kiego w Budapeszcie.

weekend w budapeszcieBudapeszt na weekend

Budapeszt na weekendBudapeszt na weekendBudapeszt na weekend

Buda­peszt na week­end: Co zjeść?

Tutaj już wrzu­camy na luz i prze­cho­dzimy w PigOut, czyli czas na szamkę i napitki. Jeśli cho­dzi o kuch­nię węgier­ską, to jakoś szcze­gól­nie nas nie powa­liła. Pró­bo­wa­łem kla­syki w postaci chic­ken papri­kash, czyli goto­wane udko kur­czaka w pikan­tym sosie papry­ko­wym i klu­secz­kami. Klu­seczki prop­suję, nato­miast cała reszta była tak prze­ciętna, że danie powinno zmie­nić nazwę na Marian Kowal­ski. Bez unie­sień obyło się rów­nież w przy­padku zupy gula­szo­wej. Smak i wkład­kowe mię­cho cał­kiem okej, ale i tak pol­ska wer­sja bar­dziej mi sma­kuje. Nasza gula­szowa jest gęsta i nie­jed­nemu już ura­to­wała życie na kacu, tym­cza­sem ta węgier­ska jest mocno wod­ni­sta. Nie wiem, być może to kwe­stia lokalu, ale oso­bi­ście wró­ci­łem z opi­nią, że szału nie ma. Jed­nak naj­więk­szą porażką oka­zał się Lan­gos. Naprawdę wiele sobie po nim obie­cy­wa­łem, a tu zonk. Cia­sto na pączki, tyle że słone + kleks śmie­tany + starty ser (zimny). Zjeśc zja­dłem, ale po wszyst­kim został mi tylko słono-gorzki posmak. Jak teraz o tym myślę, docho­dzę do wnio­sku, że ta prze­ką­ska miała błędy już na eta­pie pro­jektu. Nasze zapie­kanki zde­cy­do­wa­nie lep­sze. Nie­stety Węgry, to kolejny kraj, w któ­rym naj­bar­dziej sma­ko­wała mi pizza i pad thai (Pad­Thai Wok na ulicy Okto­ber 6 wymiata. I cena spoko). Dobre za to zali­cza­li­śmy śnia­da­nia i deserki. Śnia­da­nia prak­tycz­nie wszę­dzie trzy­mają poziom, za to z deser­ków pole­cam:

  • lodziar­nie “Rosa” — Buda­pest, Szent István tér 3 - robią lodziory, które wygla­dają jak róża i sma­kują jak niebo 
  • kawiar­nię “Rusz­wurm” — Buda­pest, Szen­thárom­ság u. 7, — stru­del wiśniowy (retes) i kre­mówki (rusz­wurm cream cake) na wypa­sie. Gdy­bym był papie­żem, to zlał­bym Wado­wice i na kre­mówki ude­rzał tylko do Rusz­wurm. Wszy­scy chwalą węgier­ski tort DOBOS (na zdję­ciu), ale nas szcze­gól­nie nie porwał, więc na niego prio­ry­tetu nie daję.

Do tego obo­wiąz­kowo koła­cze, które na Węgrzech nazy­wają się Kür­töska­lács. Na skrzy­żo­wa­niu przy Buda­pest Eye (dia­bel­ski młyn) jest kul­towa buda, która je ser­wuje, ale na mie­ście znaj­dzie się jesz­cze kilka cukierni, gdzie można je tra­fić. Nie­które pro­po­nują je z lodami w środku, więc jak ktoś robi aku­rat masę, lep­szej oka­zji nie znaj­dzie.

Budapeszt na weekendBudapeszt na weekendBudapeszt na weekend

weekend w budapeszcie

Z innych spraw. Buda­peszt potrafi być wręcz nie­przy­zwo­icie drogi. W jed­nej pod­rzęd­nej bur­ge­rowni przy Ste­fa­nie, za kla­sycz­nego, poje­dyn­czego che­es­bur­gera, wołają 70 zł <sic!> I takich kwiat­ków jest naprawdę sporo. Loka­li­za­cja dziwko! Trzeba uważać.

Buda­peszt jest total­nie nie­przy­sto­so­wany do rodzin z dziećmi. Schody, kocie łby, jesz­cze wię­cej scho­dów i brak lub nie­dzia­ła­jące windy to chleb powsze­dni. Przez 3 dni zali­czy­łem cał­kiem nie­zły crossfit.

Buda­peszt jest wylu­zo­wany. Nie ma zakazu picia w miej­scu publicz­nym, co aku­rat sza­nuję, bo cza­sami faj­nie zro­bić sobie piwko w ple­ne­rze bez stra­chu o mandat.

Buda­peszt ma forinty, które liczy się w tysią­cach. Jak ktoś nie pamięta zło­tó­wek przed deno­mi­na­cją, będzie miał wieczny fuc­kup z doli­cze­niem się, co ile kosz­tuje. Oso­bi­ście nie mia­łem czasu spraw­dzić kur­sów przed wyjaz­dem, więc jak wbi­łem pierw­szy raz do Aldiego po colę, Snic­kersa i dwa Haine­keny, to się tro­chę zawie­si­łem, że mam do zapłaty dwa tysiące (nie za dużo? Ile to będzie na nasze?). Z kolei przy pierw­szej wizy­cie w knaj­pie zasta­na­wia­łem się, czy jak zosta­wię stówę napiwku, to bedzie git? Szybka akcja na kal­ku­la­torku i oka­zuj się, że to 1,30zł xD. Ciężko się przestawić.

Buda­peszt jest zaje­bi­sty. Bo z Madzią i Bren­don­kiem zawsze jest zaje­bi­ście. Naprawdę nie widzę powodu, dla któ­rego miał(a)byś tam nie jechać.

A to widziałeś?