popKULTURA

Venom. Iść czy nie iść?

05/10/2018

Pierw­szy tra­iler “Venoma” zapo­wia­dał mega gniota i nasta­wił mnie mocno scep­tycz­nie do pro­jektu. Za to drugi był już tak skle­jony, że kom­pul­syw­nie wyrwało mi się na całe korpo: “Kurła, dawać mi tego Venoma, teraz, natych­miast!”. Dziś jestem już po pro­jek­cji i znam prawdę.

Otóż “Venom” to nawet piek­niej­sza kata­strofa niż Tita­nic. Total­nie nie dowiózł pod wzglę­dem adap­ta­cji komiksu, ale za to nie­za­mie­rze­nie stał się genialną kome­dią. Taki “The Room” w uni­wer­sum Marvela. Uśmia­łem sie nie­sa­mo­wi­cie. Zresztą nie tylko ja, bo całe kino w pew­nym momen­cie prze­stało się łudzić, że to się uda i zaczęło czer­pać rado­chę z filmu, na pozio­mach, o któ­rych twór­com nawet się nie śniło.
Widać, że pro­du­cenci kilka razy zmie­niali kon­cep­cję pod­czas krę­ce­nia. Na początku chcieli wsko­czyć na falę, którą zapo­cząt­ko­wał “Dead­pool” i dać kate­go­rię R, po czym coś im się odwi­działo, więc chwy­cili za nożyce i zaczęli ciąć moc­niej­sze momenty, żeby jed­nak zała­pać się pod PEGI-13. Tym spo­so­bem aż 40 minut mate­riału pole­ciało do kosza, a Tom Hardy zapy­tany, które frag­menty są jego ulu­bio­nymi, odpa­ro­wał: “Te usu­nięte” (mistrz mar­ke­tingu). To co zostało, to jeden wielki bała­gan. Taki Fran­ken­stein, pozszy­wany z ele­men­tów hor­roru, thril­lera i kome­dii roman­tycz­nej, z tym, że nie daje rady w żad­nej z powyż­szych kate­go­rii. Momenty, które z zało­że­nia powinny trzy­mać w napię­ciu, być straszne, albo dra­ma­tyczne, każ­do­ra­zowo zostają zga­szone przez rzu­ce­nie tak absur­dal­nego dia­logu, że w pierw­szej chwili zatyka cię z szoku, po czym wybu­chasz histe­rycz­nym śmie­chem. Stąd to porów­na­nie do “The Room”. Z kolei wątek miło­sny jest tak nie­zmier­nie głupi, że nawet pol­skie pro­duk­cje z Karo­la­kiem i Adam­czy­kiem się cho­wają. “Porady na zdrady” mogą ode­tchnąć.

Orgin story Eddiego Brocka ni jak ma się do komik­so­wego ory­gi­nału, gdzie napę­dzała go głów­nie nie­na­wiść do Petera Par­kera. W fil­mie Petra nie ma, więc trzeba było ugryźć temat ina­czej. No i ok, powiedzmy, że nie wszy­scy znają komiks i nie wszy­scy mają ciśnie­nie, żeby na ekra­nie było 1 do 1. Nie­stety przed­sta­wiona przez Sony alter­na­tywna wer­sja wyda­rzeń, ssie. Podob­nie jak postać anta­go­ni­sty #Sza­lony #Nauko­wiec #Milo­ner, któ­remu w sumie cho­lera wie o co cho­dzi.  Jeden z mar­niej­szych schwarz cha­rak­te­rów w ostat­nich latach i to nawet, jeśli do wyli­czanki, dorzu­cimy uni­ver­sum DC. Jedyny plus braku nawią­zań do Petera Par­kera i Spider-mana, to fakt, że Eddiego Brocka gra Tom Hardy. Bo wie­cie, jak Tom Hardy gra tego złego, to mam gdzieś losy świata i Spaj­diego, Hardy ma wygrać i to nie pod­lega nego­cja­cjom. I chyba dla­tego twórcy posta­no­wili, że w fil­mie Hardy i Venom będą tymi dobrymi.
A jak w ogóle wypadł Tomek Hardy? Jak to Tomek Hardy, czyli dobrze, z tym, że on chyba nie wie­dział w czym gra, przez co zapo­dał popis niczym Jim Car­rey w “Kłamca, Kłamca”. Eddie Brock chce zro­bić jedno, z kolei Venom mu nie pozwala i zmu­sza do zro­bie­nia czego innego, przez co miota nim jak sza­tan i dopro­wa­dza do żenu­ją­cych sytu­acji, bo całość akcji obser­wują przy­pad­kowi świad­ko­wie. I wła­śnie to jest naj­lep­sze, co film ofe­ruje. Rela­cja Tomka z Veno­mem. Ich sar­ka­styczne dia­logi, kłót­nie i robie­nie sobie na złość. Jestem za tym, żeby w kolej­nej część w ogóle nie zawra­cać sobie głowy losami świata, tylko sku­pić na histo­rii o kole­siu, który jest prze­gry­wem, ale dzięki Veno­mowi staje się koza­kiem i nie boi pod­bić do dziew­czyny w barze, albo wysko­czyć na solo z wydzia­ra­nym har­ley­ow­cem. Tak tam kome­dyjka kum­pel­ska.

#venom

Co do efek­tów, to Venom wyszedł bar­dzo faj­nie, ale wybu­chom już bli­żej do petard z bazaru niż poważ­nej piro­tech­niki, a CGI wali po oczach, jak lasery na impre­zie techno. Z kolei sceny walk powinny być poprze­dzone ostrze­że­niem, że nie nadają się dla ludzi z epi­lep­sją. Kamera wiruje, jak Mase­rak w Tańcu z Gwiaz­dami, przez co wszystko się trzę­sie i roz­mywa. Atak padaczki gwa­ran­to­wany.
Jako adap­ta­cja komiksu, “Venom” to paź­dierz, który można wrzu­cić do wora z “Zie­loną Latar­nią” i “Fan­ta­styczną czwórką”. Histo­ria kupy się nie trzyma, a grozy tyle, co w “Kra­inie Lodu”. Krwi nie ma, cyc­ków nie ma i wul­ga­rów też nie ma. Za to jako kome­dia i bro­mance pomię­dzy Har­dym i Veno­mem, 10/10. Na bank idę na dwójkę.

A to widziałeś?