popKULTURA

Jak sponiewierać legendę, czyli Terminator Genisys

17/08/2015
Terminator Genesis

Jestem fanem Ter­mi­na­tora. Jedynka była rześka, ale naj­bar­dziej kocham dwójkę. Jak dla mnie TOP 10 naj­lep­szych fil­mów ever. Zdję­cia, praca kamery, kadro­wa­nie, kli­mat, ścieżka dźwię­kowa to abso­lutny maj­stersz­tyk, a do tego ury­wa­jące dupę efekty spe­cjalne. Ręka do góry komu nie opa­dła kopara na widok płyn­nego T1000?

Minęły lata, a ja wciąż nie ogar­niam jakim cudem udało się stwo­rzyć takie wizu­alne dzieło sztuki w 1991 roku? “Ter­mi­na­tora 2″ spo­koj­nie można posta­wić obok dzi­siej­szych block­bu­ste­rów za setki milio­nów i nie będzie wstydu. Baa w nie­któ­rych przy­pad­kach wciąż bije na głowę młod­szą kon­ku­ren­cję, która idzie po linii naj­mniej­szego oporu i sta­wia nie­mal wyłącz­nie na CGI. Jed­nak, co ręczna robota to ręczna robota (naj­czę­ściej rzu­cany tekst przed odpa­le­niem red­tube). Oczy­wi­ście mówimy o war­stwie wizu­al­nej, bo fabu­lar­nie prze­waż­nie nie ma czego porów­ny­wać. Nie­mniej Ter­mi­na­tor ma też ciemną stronę, czyli czę­ści 3 i 4. O ile “Bunt maszyn” był zwy­czaj­nie chu­jowy, to “Salva­tion” oka­zał się takim gów­nem, że prze­szła mi nawet przez głowę myśl o doży­wot­nim odbie­ra­niu prawa do wyko­ny­wa­nia zawodu każ­demu reży­se­rowi, który choćby przez sekundę pomy­ślał o zro­bie­niu kolej­nego sequ­elu. Dość bez­czesz­cze­nia tej serii. Jedyny wyją­tek sta­nowi James Came­ron, czyli twórca jedynki i dwójki, ale on pew­nie do końca życia będzie robił Ava­tary, więc nie ma tematu. Powin­ni­śmy trzy­mać się wer­sji, że powstały dwie czę­ści, a resztę kasu­jemy z histo­rii prze­glą­darki i kine­ma­to­gra­fii. Nie­stety ulu­bioną melo­dią Hol­ly­wood jest sze­lest bank­no­tów, a nic tak nie sprzyja trze­pa­niu hajsu, jak wydo­je­nie zna­nej fran­czyzy po raz kolejny, dla­tego pewne było, że prę­dzej czy póź­niej ktoś znowu wycią­gnie swoje chciwe łap­ska w kie­runku Ter­mi­na­tora. Ten dzień już nadszedł.

 
Ter­mi­na­tor Geni­sys ssie

Tak jak zako­chani czują motylki w brzu­chu, tak mnie ści­ska w dołu od bez­na­dziej­nych fil­mów. To, że Geni­sys będzie ssał wie­dzia­łem od pierw­szego obej­rze­nia tra­ilera, który nie tylko zdra­dził nie­mal wszyst­kie zwroty akcji i odarł film z ele­mentu zasko­cze­nia, ale dał też do zro­zu­mie­nia, że nowy Ter­mi­na­tor będzie wyro­bem Transformerso-podobnym, skie­ro­wa­nym do gim­bu­sów. Nie­stety wszyst­kie moje obawy się spraw­dziły. Wyszło nawet gorzej niż myśla­łem. Kiedy Ame­ry­ka­nie chcą poje­chać jakiś film, mówią, że gdyby mogli cof­nąć czas, wole­liby obej­rzeć “Listę Schin­dlera” obło­żeni mokrymi ręcz­ni­kami. Dokład­nie takie odczu­cie mam w przy­padku “Ter­mi­na­tor Geni­sys”. To była katorga.

 
Co poszło nie tak?

Wszystko. No dobra Arni był rześki i nawet sen­sow­nie wytłu­ma­czyli dla­czego się sta­rzeje, ale co z tego, skoro zepchnęli go na dal­szy plan, poświę­ca­jąc uwagę Sarze Con­nor i Kyle’owi Reese. Chciał­bym przy­to­czyć cho­ciaż pokrótce fabułę, ale jest tak pogma­twana, że chyba nie jestem w sta­nie. Powiedzmy, że mamy tu do czy­nie­nia z mixem “Powrotu do przy­szło­ści” i “Mody na suk­ces”. Z “Powrotu” zostały zaczerp­nięte podróże w cza­sie i alter­na­tywne linie wyda­rzeń. Otóż John Con­nor wysyła swo­jego naj­lep­szego żoł­nie­rza Kyle’a do roku 1984, aby ochro­nił Sarę przed Ter­mi­na­to­rem i Sky­ne­tem. Teo­re­tycz­nie mamy powtórkę z “Dnia sądu”, jed­nak po dro­dze coś się stało i Kyle tra­fia do alter­na­tyw­nej linii cza­so­wej, gdzie wszyst­kie wyda­rze­nia poto­czą się ina­czej. Póź­niej sko­czy w cza­sie jesz­cze raz w towa­rzy­stwie Sary i wszystko już total­nie się popier­doli. Z kolei z “Mody na suk­ces” ścią­gnięty został pomysł na stwo­rze­nie tok­sycz­nej rodzinki. Powiem tylko, że w pew­nym momen­cie naprze­ciwko sie­bie staną John Con­nor (czyli syn) i Sara z Kyle’m, czyli rodzice, któ­rzy nota­bene jesz­cze ze sobą nie spół­ko­wali i w dodatku są młodsi od swo­jego dzie­ciaka. Gdyby wciąż było mało, dołą­cza do nich Ter­mi­na­tor (Arnold), noszący w fil­mie ksywkę Papi (“tatko”, ale w napi­sach prze­tłu­ma­czyli jako “dzia­dek”). Kiedy widz pró­buje to wszystko sobie poukła­dać w gło­wie, na ekran wjeż­dża scena, w któ­rej Kyle spo­tyka młod­szą wer­sję samego sie­bie i fun­duje gadkę, od któ­rej nawet naj­bar­dziej odporni na suchary dostają migreny. “Trudne sprawy” się cho­wają. Co tu dużo mówić? Fabuła to jedna wielka tragedia.

 
Aktor­stwo

Emily Clark, czyli Kha­le­esi z “Gry o Tron” może i jest fajną laską, i daje radę jako matka smo­ków, ale jako matka Johna Con­nora wypada blado. Jej postać jest pogodna i przy­ja­zna jakby ści­gał ją Wielki Ptak z “Ulicy Sezam­ko­wej” a nie mor­der­czy Ter­mi­na­tor. Jesz­cze gor­szy jest jej ekra­nowy boy­friend Kyle Reese, grany przez Jaiya Court­neya. Ten typ to taki aktor­ski Rasiak. Jest tak drew­niany, że jedyna rola, do któ­rej się nadaje to Groot w “Straż­ni­kach Galak­tyki”. Jak widzi­cie go w obsa­dzie jakie­goś filmu od razu powinna wam się zapa­lić czer­wona lampka ostrze­gaw­cza. Czego się nie dotknie, zamie­nia w gniota, patrz “Die Hard 5″, “Zbun­to­wana” i “Ja, Fran­ken­stein”. Nie­stety jest też w obsa­dzie “Suicide Squad”, z któ­rym wiążę spore nadzieje. Miejmy nadzieję, że zgi­nie w pierw­szej sce­nie. Przy­pie­przył­bym się jesz­cze do kole­sia gra­ją­cego Johna Con­nora, czyli Jasona Clarka, ale ratuje go fakt, że aktor wcie­la­jący się w tą postać w “Bun­cie Maszyn” był tak bez­na­dziejny, że już gorzej wypaść się nie dało. Arniego już wspo­mi­na­łem. Zagrał cał­kiem nie­źle, lepiej niż się spo­dzie­wa­łem. Zde­cy­do­wa­nie naj­moc­niej­szym punkt filmu. Szkoda, że było go tak mało.

 

 
Akcja

Wbrew pozo­rom nowy Ter­mi­na­tor miał spore szanse, żeby stać się przy­naj­mniej przy­zwo­itą pro­duk­cją. Wystar­czy­łoby kilka wido­wi­sko­wych scen walk i nie­sza­blo­no­wych odzy­wek Arniego. Jed­nak i w tym aspek­cie jest posu­cha. Co do scen, to żadna nie zapa­dła mi w pamięć. No chyba, że liczymy tę z żało­śnie wkle­jo­nym heli­kop­te­rem. Gene­ral­nie film jest sche­ma­tem, 15 minut gadki i prze­miesz­cza­nia się, po czym nastę­puje 5-minutowe star­cie, pod­czas któ­rego “zły” Ter­mi­na­tor dostaję salwę z pisto­letu i kara­binu. Oczy­wi­ście nie robi mu to krzywdy bo jest pie­przoną, samo­re­ge­ne­ru­jącą się maszyną, ale ogłu­sza go to na tyle długo, że Sara i Kyle mogą przez kolejne 15 minut gadać i się prze­miesz­czać. I tak do zaje­ba­nia. Co do odzy­wek Arniego, twórcy total­nie poło­żyli lachę. Powtó­rzone zostały legen­darne kwe­stie z 1 i 2 czę­ści i to w naj­bar­dziej prze­wi­dy­wal­nych momen­tach. Zero jakiej­kol­wiek próby zarzu­ce­nia cze­goś świe­żego i ory­gi­nal­nego. Emo­cji tyle, co na rybach. Szkoda czasu. Jeśli miał­bym oce­nić “Geni­sys” jako indy­wi­du­alną pro­duk­cję daję 5/10, nato­miast jeśli to coś chce stać na półce obok jedynki i dwójki, to sorry Win­ne­tou, ale nie tędy droga, 2/10. Zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej nie­po­trzebny film dekady.

A to widziałeś?