popKULTURA

Tatuażysta z Auschwitz– Hit czy Kit?

07/01/2019

Od kilku mie­sięcy TOP listy książ­ko­wych best­sel­le­rów w Pol­sce, oku­puje… Blanka Lipiń­ska #Auć. Na dru­gim miej­scu jest bio­gra­fia Kuby Woje­wódz­kiego #Auć2, a tuż zanim “Tatu­aży­sta z Auschwitz”, czyli spo­wiedź byłego więź­nia obozu kon­cen­tra­cyj­nego, spi­sana przez nowo­ze­landzką sce­na­rzystkę, Heather Mor­ris. Wydaw­nic­two Mar­gi­nesy rekla­muje tytuł, jako oparty na fak­tach i porów­nuje z “Listą Schin­dlera” oraz “Chłop­cem w pasia­stej piża­mie”. Bar­dzo mocna reko­men­da­cja, a do tego jest to rze­komo jedyna tego typu histo­ria, opo­wie­dziana z per­spek­tywy obo­zo­wego tatu­aży­sty. Tyle mi wystar­czyło, żeby wziąć lek­turę na warsz­tat.

Tatu­aży­sta z Auschwitz — o czym to?

Głów­nym boha­te­rem książki jest 24-letni Lale Soko­łow (praw­dziwe nazwi­sko Ludwig Eisen­berg), Żyd sło­wac­kiego pocho­dze­nia, który w celu rato­wa­nia star­szego brata (mąż, ojciec, żywi­ciel rodziny), dobro­wol­nie oddaje się w ręce nazi­stów. W wago­nach prze­zna­czo­nych do prze­wozu bydła i w warun­kach urą­ga­ją­cych czło­wie­kowi, Lale wraz z tysią­cami roda­ków, zostaje prze­trans­por­to­wany do Auschwitz-Birkenau, gdzie za sprawą zna­jo­mo­ści kilku języ­ków oraz nie­sa­mo­wi­tego farta, obej­muje posadę obo­zo­wego tatu­aży­sty. Praca, która została mu przy­pi­sana, spra­wia, że żyje mu się znacz­nie lżej niż pozo­sta­łym więź­niom. Nie zajeż­dża się fizycz­nie, nie mar­z­nie, przy­słu­guje mu osobna cela oraz więk­sze racje żyw­no­ściowe. Ponadto może swo­bod­nie poru­szać się po obo­zie. Lale mógłby robić, co trzeba, żeby prze­żyć, czyli tatu­ować nowo przy­by­łych ska­zań­ców, po czym zamy­kać się w celi i w miarę wygod­nie egzy­sto­wać, licząc, że prę­dzej, czy póź­niej zosta­nie uwol­niony. Cóż, to nie w jego stylu. Lale jest szla­chetny na maksa i wyko­rzy­stuje swoje przy­wi­leje, aby poma­gać innym osa­dzo­nym, nie­jed­no­krot­nie nara­ża­jąc przy tym wła­sne życie. Prze­myca jedze­nie, zała­twia przy­działy do lżej­szej pracy, a jak trzeba, to znaj­duje nawet spo­sób, żeby prze­trans­por­to­wać wię­znia ska­za­nego na śmierć, do innego ośrodka. Jed­nak obo­zowe dra­maty, sta­no­wią w książce tylko drugi plan. Głów­nym wąt­kiem jest romans mię­dzy Lalem, a sło­wacką więź­niarką, Gitą. Lale zako­chuje się od pierw­szego wej­rze­nia, czyli w momen­cie, kiedy dziara Gicie wię­zienny numer. Korzy­sta­jąc z “uprzej­mo­ści” straż­nika SS-mana, zaczyna wysy­łać jej wia­do­mo­ści, a jak dostaje odpo­wiedź, że Gita też jest na tak, korum­puje tabliczką cze­ko­lady kapo z oddziału kobie­cego, dzięki czemu udaje mu się urzą­dzać regu­larne schadzki ze swoją lubą. Lale i Gita zazwy­czaj sie­dzą sobie za budyn­kiem admi­ni­stra­cji, trzy­mają za ręce i snują wizje, jak poto­czy się ich życie po opusz­cze­niu obozu, a od czasu do czasu odby­wają spon­ta­niczne zbli­że­nia. Histo­ria ich miło­ści to powtórka z Tita­nica, tyle, że zamiast góry lodo­wej, mamy obóz kon­cen­tra­cyjny w tle. No i w finale bra­kuje motywu z tra­twą. #Bied­ny­Leoś

Tatu­aży­sta z Auschwitz — Jak wyszło?

Lek­tura “Tatu­aży­sty” wywo­łała we mnie dwa skraj­nie różne odczu­cia. Pierw­sze to migrena gry­mas nie­smaku, gdyż książka jest napi­sana bar­dzo lekko, wręcz za lekko i zbyt banal­nie, jak na tego typu lite­ra­turę. Mia­łem wra­że­nie, że czy­tam “Zmierzch” osa­dzony w realiach Auschwitz, co wydaje się bar­dzo tanim zagra­niem ze strony autorki — “Hej PigOut, chyba mi nie poje­dziesz, skoro romans roz­grywa się w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym, co nie? Śmiało, ludzie i tak będą mnie bro­nić #Szach­Mat”. Z dru­giej strony, wydawca w kółko powta­rza, że to na fak­cie, a chyba by mnie nie okła­mał? Jeśli tak do tego podejść, to książka jest mocno krze­piąca, bo wynika z niej, że nie­któ­rym się poszczę­ściło i nie mieli w obo­zie “aż tak ciężko”, jak wynika to z innych rela­cji. Lale, co rusz spada na cztery łapy, ma laj­to­wego straż­nika, z któ­rym sobie hehesz­kuje na różne tematy, a po Auschwitz poru­sza się swo­bod­niej niż ja po wła­snym osie­dlu. W dodatku roz­kręca w obo­zie cał­kiem sprawny biz­nes — więź­nio­wie pod­pro­wa­dzają dla niego pie­nią­dze i klej­noty, zna­le­zione w zare­kwi­ro­wa­nych przez nazi­stów rze­czach oso­bi­stych, a Lale wymie­nia je u robot­ni­ków przy­cho­dzą­cych do obozu z zewnątrz, na szamkę i leki. Nawet jak Niemcy przy­ła­pują go na tym pro­ce­de­rze, to znowu mu się farci i po kilku dniach sfin­go­wa­nych tor­tur, jego życie wraca do normy. Naprawdę budu­jące i aż się chce, żeby o tej histo­rii usły­szał cały świat, bo takiego pozy­tyw­nego świa­dec­twa jesz­cze nie mie­li­śmy… wtem tra­fiam na arty­kuł <click>, w któ­rym histo­rycy z Cen­trum Badań Muzeum Auschwitz twier­dzą, że więk­szość opi­sa­nych w książce rze­czy, to jeden wielki bul­l­shit. To nie były kolo­nie, więc nie było opcji, żeby więź­nio­wie poru­szali się po obo­zie według wła­snego widzi mi się, a tym bar­dziej urzą­dzali sobie pół-jawne schadzki. Korup­cja tabliczką cze­ko­lady by nie prze­szła, bo za duże ryzyko, poza tym w książce pomi­nięto zwierzch­ni­ków kapo, a z nimi już by tak łatwo nie poszło. Lale nie mógł zor­ga­ni­zo­wać peni­cy­liny dla Gity, gdyż ponie­waż w tam­tych cza­sach trwały dopiero nad nią bada­nia. Nie było też szans, żeby Lale ura­to­wał przed egze­ku­cją więź­nia, a na pewno nie w taki spo­sób, jak to zostało opi­sane. I tak dalej, i tak dalej. Lista grze­chów jest naprawdę długa i spra­wia, że cała fabuła wali się niczym domek z kart.

Z tej per­spek­tywy uwa­żam książkę za złą, wręcz szko­dliwą, bo mogę sobie wyobra­zić, że ktoś uzna to za prawdę histo­ryczną, a póź­niej pój­dzie do “Milio­ne­rów” i się zbłaźni przed milio­nami widzów. Z kolei prze­kła­my­wa­nie obo­zo­wej rze­czy­wi­sto­ści, aby uatrak­cyj­nić histo­rię, odbie­ram za dzia­ła­nie na maksa niskie. Pyta­nie brzmi, czy autorka zro­biła to w pełni świa­doma, bo w takiej for­mie per­spek­tywy sprze­daży wyda­wały się lep­sze, czy po pro­stu bez żad­nej wery­fi­ka­cji i reflek­sji, przy­jęła, że to co opo­wie­dział jej Ludwig Eisen­berg, to 100% prawdy? W sumie bez róż­nicy, bo w obu przy­pad­kach dała ciała. Jest jed­nak jeden szcze­gół, który wska­zy­wałby, że Mor­ris zro­biła to z pre­me­dy­ta­cją. Otóż w książce kil­ku­krot­nie jest wzmianka, że Lale oba­wiał się iż po opusz­cze­niu obozu, zosta­nie uznany za kola­bo­ranta nazi­stów, tym­cza­sem w tre­ści nie ma nic, co mogłoby takie obawy uza­sad­niać. Wręcz prze­ciw­nie, gość jest bar­dziej krysz­ta­łowy niż kula Kamila Sto­cha. Wszyst­kie jego dzia­ła­nia są zawsze szla­chetne i podej­mo­wane w tro­sce o innych. To wręcz laurka, w którą ciężko uwie­rzyć nawet bez opi­nii histo­ry­ków. Chyba ktoś tu prze­mil­czał nie­wy­godne momenty. Szkoda. W tema­tyce “obo­zo­wej” pole­cam raczej poszu­kać cze­goś bar­dziej wia­ry­god­nego niż “Tatu­aży­sta z Auschwitz”. No chyba, że prawda histo­ryczna wisi ci i powiewa, grunt, żeby był dobry romans. Wtedy śmiało. Cho­ciaż nie, romans też odwłoka nie urywa. 

A to widziałeś?