popKULTURA, Żarcie & Napitki

Siedmiu wspaniałych, Deepwater Horizon i 4-kilowe burgery

29/09/2016
Siedmiu wspanialych

Koja­rzy­cie Film­web? Ten naj­więk­szy w Pol­sce por­tal do oce­nia­nia fil­mów? Wiem, że tak, w końcu to wła­śnie na nim przy­zna­li­ście “50-ciu twa­rzom Greya” ocenę 10/10. No więc Film­web ma taką tra­dy­cję, że raz w roku wycho­dzi z inter­netu i zapra­sza użyt­kow­ni­ków swo­jej strony do spo­tka­nia w realu. Impreza nazywa się Film­web Offline i tak się składa, że mia­łem przy­jem­ność uczest­ni­czyć w tego­rocz­nej edy­cji (w sumie to już mój trzeci raz). Naprawdę fajne wyda­rze­nie. Nie dość, że pod­czas zlotu ma się oka­zję obej­rzeć przed­pre­mie­rowe filmy, to na koniec jest jesz­cze suto zakra­piany afte­rek, na któ­rym można wygrać płyty dvd/blu ray w róż­nych kon­kur­sach tudzież pokłó­cić się z innymi kino­ma­nia­kami, mówiąc na przy­kład, że “Suicide Squad” jest lep­szy niż “Dead­pool” (lub na odwrót), a wszystko na koszt Film­webu #naj­le­piej. W tym roku orga­ni­za­to­rzy naprawdę się posta­rali, jeśli cho­dzi o dobór reper­tu­aru. W pią­tek zaser­wo­wali nową wer­sję “Sied­miu wspa­nia­łych”, a w sobotę dorzu­cili “Deepwa­ter Hori­zon” z Mar­kiem Wal­ber­giem, czyli film, który do kin wcho­dzi dopiero w ten week­end. 

Zlot Filmwebu odbywał się w Kinotece, która mieści się w Pałacu Kultury, więc takie widoczki na wejście

Zlot Film­webu odby­wał się w Kino­tece, która mie­ści się w Pałacu Kul­tury, więc takie widoczki na wejście

Przed samą imprezą bar­dziej nagrzany byłem na “Sied­miu wspa­nia­łych”. Wia­domo, w końcu to remake kul­to­wego westernu. Gimby nie znajo, więc był poten­cjał, żeby sprze­dać tę histo­rię jesz­cze raz, z dosto­so­wa­niem do obec­nych cza­sów. Za kamerą sta­nął Anto­ine Fuqua (czyt. Antoni Foka), czyli  koleś, który ma w CV m.in. rewe­la­cyjny “Dzień Próby”, a w zeszłym roku wyre­ży­se­ro­wał bar­dzo dobry “South­paw” (koja­rzy­cie? Jake Gyl­len­haal w roli upa­dłego bok­sera, pró­bu­ją­cego odzy­skać prawa do opieki nad córką, ktoś? coś? tu recka jak cuś). W obsa­dzie Dan­zel Washing­ton, Chris Pratt i Eathan Hawke, czyli cał­kiem cał­kiem. Nie­stety wyszło śred­nio, cho­ciaż opi­nie są podzie­lone, bo kum­pel twier­dzi, że rewe­la­cja. Jeśli cho­dzi o mnie, nie podo­bało mi się, bo spo­dzie­wa­łem się twar­dego kina dla dużych chłop­ców, a dosta­łem heheszki na dzi­kim zacho­dzie. Histo­ria leci tak — jest sobie mała wio­seczka na dzi­kim zacho­dzie, na którą pew­nego dnia najeż­dża jakiś bogacz ze swoją bandą i oznaj­mia, że ją przej­muje. Miesz­kańcy mają do wyboru albo oddać swoją zie­mię dobro­wol­nie i ska­so­wać za to śmieszne 20 dolców, albo kopać grób, bo zie­mia, tak czy siak, zosta­nie prze­jęta. Jed­nemu typ­kowi takie ulti­ma­tum się nie podoba i wyska­kuje z tek­stem, że on swo­jego ran­cza nie odda. Nie­stety jego akt hero­izmu koń­czy się kulką w łeb, po czym bogacz odjeż­dża i ozaj­mia, że wraca za tydzień. Miesz­kańcy są prze­ra­żeni i już zaczy­nają pako­wać manatki, aż tu nagle wdowa po tym kole­siu, co dostał kulkę w łeb, wpada na pomysł, żeby zro­bić zrzutkę i wyna­jąć kogoś do ochrony. I w tym momen­cie do gry wcho­dzi Den­zel Washing­ton ze swoją paką. “Sied­miu Wspa­nia­łych” to taki mix “Legionu Samo­bój­ców” (boha­te­ro­wie z szem­raną prze­szło­ścią for­mują się w dru­żynę), “Kevina samego w domu” (sied­miu wspa­nia­łych wraz z miesz­kań­cami zasta­wiają różne kre­atywne pułapki na boga­cza i jego bandę) i “Gwiezd­nych Wojen” (czarne cha­rak­tery niczym Storm­tro­ope­rzy nigdy nie tra­fiają do celu i gene­ral­nie robią za mięso armat­nie). Ogól­nie film ma swoje zalety, na przy­kład jest bar­dzo ładny wizu­al­nie, a w tle gra nie­zła muza, ale głup­ko­waty kli­mat wszystko psuje. Naj­bar­dziej wku­rza­jąca jest ta wdowa, co pod­naj­muje Den­zela z ekipą. Twór­com chyba nie star­czyło kasy na Jen­ni­fer Law­rence, więc zatrud­nili gościówę “momen­tami” bar­dzo podobną z twa­rzy, a w dodatku wypo­sa­żoną w ogromne cycki. I ta wdowa zamiast być smuta i cho­dzić na czarno, popyla po ekra­nie cała w skow­ron­kach i eks­po­nuje te swoje wiel­gachne zde­rzaki, które dla pod­kre­śle­nia efektu zostały jesz­cze wysma­ro­wane oliwką. Nie, żebym narze­kał, ale w sumie tylko tyle zapa­mię­ta­łem z filmu. Poza tym dłu­żyło mi się nie­mi­ło­sier­nie. 1,5 godziny to opty­malny czas na taką histo­rię, tym­cza­sem fabuła cią­gnie się 2 godziny 12 minut. 6/10 — można obej­rzeć, ale nie ma pre­sji, żeby lecieć do kina.

P.S. Kocham cycki.

P.S. 2. Spraw­dzi­łem w necie tę akto­reczkę od cyc­ków i wycho­dzi na to, że w fimie miała pushupa. W realu już tak kolo­rowo nie jest.

Pozy­tyw­nie zasko­czył mnie za to “Deepwa­ter Hori­zon”. Gene­ral­nie o fil­mie nie wie­dzia­łem zbyt wiele, ale fakt, że główną rolę gra Mark Wal­berg spo­wo­do­wał, że nie spo­dzie­wa­łem sie cudów. Nie zro­zum­cie mnie źle, Marky Mark jest spoko, ale do Jacka Nichol­sona mu daleko. Wra­ca­jąc jed­nak do tematu, koja­rzy­cie kata­strofę eko­lo­giczną w USA z 2010 roku, kiedy w wyniku wybu­chu plat­formy wiert­ni­czej, miliony ton ropy zaczęło zale­wać Zatokę Mek­sy­kań­ską i zabi­jać tam­tej­szy eko­sys­tem? Wła­śnie o tym jest ten film. Rekon­stru­uje wyda­rze­nia z ostat­nich 24 godzin, które osta­tecz­nie dopro­wa­dziły do eks­plo­zji na plat­for­mie wiert­ni­czej “Deepwa­ter Hori­zon” (stąd tytuł filmu). Nie jest to kino ani lek­kie, ani ambitne, bo jed­nak czuć, że wszystko zostało pod­ko­lo­ry­zo­wane w hol­ly­wodz­kim stylu #Arma­ged­don, ale mimo to wciąga i trzyma w napię­ciu. Twórcą udało się stwo­rzyć atmos­ferę nie­po­koju, w którą się wkrę­ci­łem. Poza tym aktor­sko jest bar­dzo dobrze. Naj­więk­sza w tym zasługa Kurta Rus­sela, który kon­cer­towo zagrał Pana Jim­miego, kole­sia od BHP na plat­for­mie, a kolejne trzy gro­sze doło­żył John Mal­ko­vic w roli pazer­nego przed­sta­wi­ciela BP (tego BP od paliw). W ogóle film nie owija w bawełnę i sta­wia tezę, że cał­ko­witą winę za kata­strofę ponosi kon­cern BP. Jest to tak samo deli­kat­nie przed­sta­wione jak teza zama­chu w “Smo­leń­sku”. Ogól­nie flm bar­dzo mi pod­szedł i cie­szę się, że puścili go na Film­we­bie, bo sam pew­nie bym go omi­nął, myśląc, że to jakaś popier­dółka. 7,5/10. Pole­cam, ale z zastrze­że­niem, że jest to kino gatun­kowe (kata­stro­ficzne), do któ­rego trzeba podejść z odpo­wied­nim nasta­wie­niem. BTW: wyżej pisa­łem, że film jest pod­ko­lo­ry­zo­wany (i nadal to pod­trzy­muję), ale muszę wspo­mnieć, że przed­sta­wieni boha­te­ro­wie mają swoje odpo­wied­niki w praw­dzi­wym życiu, więc wiele ele­men­tów jest na fak­cie.

Po fil­mie posze­dłem na afte­rek, a co się dzieje na after­kach zostaje na after­kach, więc prze­mil­czę, ale mogę powie­dzieć, że do domu wró­ci­łem mocno wysu­szony, a następ­nego dnia mia­łem star­to­wać w kon­kur­sie jedze­nia bur­ge­rów na czas. Przez wielu byłem uzna­wany za fawo­ryta, nie­stety ten film­we­bowy kapeć zawa­żył i osta­tecz­nie nie prze­brną­łem przez eli­mi­nia­cję. W kon­kur­sie star­to­wało 200 dru­żyn i tylko 6 naj­lep­szych awan­so­wało do finału, gdzie trzeba było się zmie­rzyć z 4-kilowym prze­chuj­bur­ge­rem. Szó­sta dru­żyna obró­ciła 130-gramowego bur­gerka eli­mi­na­cyj­nego w minutę 12 sekund, ja potrze­bo­wa­łem aż dwóch minut i sied­miu sekund, więc prze­paść #smu­te­czek, ale mimo to pokażę wam, jak wyglą­dał fina­łowy 4-kilowy skur­wiel. Oto on. 

Burgery

Szcze­rze? Wygląda, jakby Ronald McDo­nald wyrzy­gał się na bochen chleba. Widy­wa­łem znacz­nie sek­sow­niej­sze, ale za rok i tak pla­nuję go prze­trą­cić, niczym Pudzian Popka w naj­bliż­szym KSW, i wró­cić  do domu z tytu­łem pogromcy prze­chuj­bur­ge­rów. Już taki ambitny ze mnie gość.

I wła­śnie tak minął mi poprzedni week­end. Cho­ciaż w sumie wje­cha­łem jesz­cze na taras wido­kowy Pałacu Kul­tury… po 11 latach miesz­ka­nia w sto­licy.

A to widziałeś?