popKULTURA

PigOutowy Kącik Filmowy

17/07/2018

Tak jak w Mono­poly masz kartę „Wycho­dzisz wolny z wię­zie­nia”, tak w praw­dzi­wym życiu masz insty­tu­cję babci, do któ­rej raz na jakiś czas możesz pod­rzu­cić swo­jego Bra­janka i przez chwilę pożyć tak, jak kie­dyś. Tak wła­śnie zro­bi­li­śmy w sobotę. Pod­bi­li­śmy do babci, poło­ży­li­śmy nosi­dełko z Bren­don­kiem na wycie­raczce, po czym zadzwo­ni­li­śmy dwa razy (że niby listo­nosz) i dali­śmy w długą. To były piękne 24 godziny wol­no­ści, pod­czas któ­rych ubra­li­śmy się w czy­ste ubra­nia i poszli­śmy do knajpy na obiad. Baaa oboje jedli­śmy w tym samy cza­sie, a nie tak jak do tej pory „dobra to teraz ja go potrzy­mam, a Ty jedz i za chwilę się zmie­nimy”. Następ­nie zeszły dri­neczki w hip­ster­skiej sho­towni, po czym prze­nie­śli­śmy się do domu, gdzie kon­ty­nu­owa­li­śmy z dri­nami + obej­rze­li­śmy cią­giem 6 fil­mów. OMG, kiedy ja ostat­nio obej­rza­łem film od początku do końca, to już nawet nie pamię­tam, a tu nagle sześć. Epic­kie dozna­nie. Zdaję sobie jed­nak sprawę, że nie wszy­scy mają aż tak dobrze, więc wycho­dzę wam naprze­ciw i zosta­wiam kilka recek, żeby­ście mogli wyse­lek­cjo­no­wać cho­ciaż jeden tytuł warty uwagi, kiedy już wam się trafi to 2-godzinne okienko, zwane cza­sem dla sie­bie.

Pomię­dzy nami góry

polecane filmy

… czyli har­le­quin w z górami w tle. Z powodu burzy stu­le­cia, Kate Win­slet i Irdis Elba uty­kają na lot­ni­sku w Idaho. Nie znali się wcze­śniej, ale wyjąt­kowe oko­licz­no­ści spra­wiły, że zawią­zują spółkę i wynaj­mują pry­watny samo­lot, który prze­trans­por­tuje ich do Dal­las. Cze­ka­nie na poprawę pogody nie wcho­dzi w grę, gdyż Kate spie­szy się na ślub… wła­sny ślub, z kolei Irdis z samego rana prze­pro­wa­dza mega ważną ope­ra­cję. Pech spra­wia, że w cza­sie lotu, ich pilot doznaje wylewu, w wyniku czego samo­lot roz­bija się gdzieś w Górach Ska­li­stych, bar­dzo bar­dzo daleko od cywi­li­za­cji. Od tego momentu zaczyna się ich walka o prze­trwa­nie, w cza­sie któ­rej będą skraj­nie wygło­dzeni (mają 2 bato­niki, pół kanapki i paczkę mig­da­łów), eks­tre­mal­nie wychło­dzeni (3 tygo­dnie wędrówki w głę­bo­kich śnie­gach), Irbis spie­przy się ze skały, Kate zosta­nie ugry­ziona przez pumę i wpad­nie do prze­rę­bla, ale i tak nie powstrzyma ich to przed pój­ściem do łóżka. Nor­malna rzecz, kiedy jesteś poła­many, zje­chany fizycz­nie i psy­chicz­nie, nie myłeś się porząd­nie od pra­wie mie­siąca i masz już klep­niętą datę ślubu, co nie? Po wszyst­kim odnaj­dują drogę do domu i przez jakiś czas udają, że nic się stało, jed­nak serca nie oszu­kasz <rzyga tęczą>. Chyba domy­śla­cie się dokąd to zmie­rza? Nudy, nudy i jesz­cze raz nudy. W zasa­dzie są tylko dwa plusy tego filmu — ładne widoczki i pies, który nale­żał do pilota feral­nego lotu, a po kata­stro­fie szlaja się z Kejt i Irdi­sem (psy zawsze na prop­sie). Pyta­nie brzmi skąd się tu wzięli Kate i Irdis? Takie nazwi­ska w takim prze­cięt­niaku? Czyżby kry­zys finan­sowy? 4 świ­nie na 10.

Ciche miej­sce

polecane filmy

… czyli naj­bar­dziej nahaj­po­wany hor­ror roku. Akcja jest tego typu, że zie­mię zaata­ko­wały potwory z kosmosu, które są ślepe jak krety, czyli możesz sobie przejść obok nich moon­wal­kiem, ale pod warun­kiem, że będziesz cichutko niczym gim­busy upra­wia­jące tarło, kiedy za ścianą są rodzice. Wystar­czy naj­mniej­szy szmer, a potwory namie­rzą Cię szyb­ciej niż ser­wi­san­tom F1 scho­dzi na zmianę opon, i roz­szar­pią na kawałki. Takie oko­licz­no­ści spra­wiają, że główni boha­te­ro­wie, przez cały film popy­lają na bosaka i poro­zu­mie­wają się tylko na migi. Wię­cej nie zdra­dzam, bo spo­ilery, a w tym wypadku film aku­rat jest godny uwagi. Mi wszedł ele­gancko. Dawno nie widzia­łem cze­goś tak świe­żego w Hol­ly­wood, w dodatku oglą­da­łem na słu­chaw­kach, więc doli­czam extra +50 punk­tów do kli­matu. W pierw­szym odru­chu chcia­łem dać nawet 9/10, nie­stety jak zaczą­łem roz­k­mi­niać poszcze­gólne sceny, to wyła­pa­łem kilka bul­l­sh­tów, które tro­chę zabiły efekt wow. Kra­kow­skim tar­giem niech sta­nie na 8/10. Aaaa i zapo­mnia­łem powie­dzieć -> to jed­nak w więk­szym stop­niu melo­dra­mat niż hor­ror, bo osta­tecz­nie nie cho­dzi o to, żebyś się prze­stra­szył, tylko popła­kał. I to aku­rat twór­com wyszło zaje­bi­ście, Madzia wyła.

Cicha Noc

polecane filmy… czyli naj­lep­szy pol­ski film 2017 roku, rekla­mo­wany tak, że można było odnieść wra­że­nie, iż będzie to kome­dia pomy­łek, z akcją osa­dzoną pod­czas Świąt Bożego Naro­dze­nia. Nic bar­dziej myl­nego. To gorzka histo­ria o pró­bie wyj­ścia z prze­grywa, która ze względu na podobny sche­mat i cię­żar, przy­wo­dzi na myśl “Wesele” Sma­rzow­skiego. Główny boha­ter (Dawid Ogrod­nik) przy­jeż­dża z Holan­dii do rodzin­nego domu na Wigi­lię. Tylko na jeden dzień, w trak­cie któ­rego pla­nuje zała­twić kilka spraw — pogo­dzić się z bra­tem, przy­kle­pać z rodziną sprze­daż domu po dziadku i zabrać ze sobą do Holan­dii, swoją dziew­czynę, będącą w sta­nie bło­go­sła­wio­nym. Niby pro­ste akcje, tym­cza­sem jedna za drugą, zaczy­nają się wręcz kon­cer­towo pie­przyć, gene­ru­jąc przy oka­zji kolejne pro­blemy. Film jest kró­ciutki, bo trwa zale­wie 1,5 godziny, a mimo to reży­se­rowi udało się w tym cza­sie upchnąć cał­kiem sporo wąt­ków i jesz­cze na końcu spiąć je klamrą. Sza­cun. Bar­dzo dobry sce­na­riusz, wyśmie­nite dia­logi (sły­szalne, co w pol­skim kinie jest ewe­ne­men­tem) i gra aktor­ska na wyso­kim prop­sie. Co jak co, ale w dra­ma­tach zawsze dajemy radę. 8/10.

Czer­wona Jaskółka

polecane filmy

… czyli odwró­cony Pro­jekt Lady. O ile w Pro­jek­cie Lady, nie­grzeczne dziew­czynki tra­fiają pod skrzy­dła per­fek­cyj­nej Mał­goni Rozenk, żeby osta­tecz­nie skoń­czyć jako damy xD, tak w “Czer­wo­nej Jaskółce”, dobrze wycho­wana Jen­ni­fer Low­rence, tra­fia do rosyj­skiej szkoły szpie­gów, gdzie uczą ją, że roz­ło­że­nie nóg dla dobra kraju, to nie grzech. “Czer­wona jaskółka” to naj­więk­sze zasko­cze­nie spo­śród wszyst­kich fil­mów, które ostat­nio oglą­da­łem. Nie, nie żeby był jakiś wybitny, po pro­stu spo­dzie­wa­łem się cze­goś mocno prze­cięt­nego, tym­cza­sem dosta­łem cał­kiem przy­jemny film szpie­gow­ski, który od początku zła­pał mnie za mordkę i trzy­mał w takim uści­sku do finału. Baa nawet kilka razy dałem się zakrę­cić i zwąt­pi­łem, czy Jeny osta­tecz­nie pra­cuje dla Ame­ry­ka­nów, czy dla Rosjan. Co prawda jest kilka baboli logicz­nych, na przy­kład taki, że przy jed­nym nało­że­niu farby (w dodatku bez ręka­wi­czek), Jeny prze­szła z kru­czo­czar­nych wło­sów w blond a’la Mary­lin Mon­roe (Madzia mówi, że to bul­l­shit), ale gene­ral­nie jest to cał­kiem wat­cha­ble pro­duk­cja i na sobotni wie­czór, przy pizzy i szkla­neczce whi­sky, jak naj­bar­dziej się spraw­dzi. 7/10.

Player One

polecane filmy… czyli wielki powrót Ste­vena Spiel­berga do naj­lep­szej formy. Przy­naj­mniej tak było napi­sane na pla­ka­cie. Jest rok 2045, świat wygląda jak wycią­gnięty z “Mad Maxa”, więc ludziom nie chce się żyć w realu i ucie­kają do wir­tu­ala, zwa­nego Oasis, gdzie mogą być kim chcą bla bla bla. Ten film miał być hoł­dem dla popkul­tury… i nim jest. Ser­wuje mnó­stwo smacz­ków i nawią­zań do kla­syki kina oraz gam­mingu, a do tego wygląda prze­ko­zacko… cho­ciaż Madzia i tak stwier­dziła: “Łeee wszystko jest zro­bione kom­pu­te­rowo, bez sensu”. Pro­blem jest taki, że po pół godziny zaczą­łem się nudziłć, jak swego czasu na rora­ra­tach. Tyle mi wystar­czyło, żeby nasy­cić oczy nostal­gicz­nymi obraz­kami, po czym oka­zało się, że film nie ma wię­cej argu­men­tów, żeby przy­trzy­mać mnie przy ekra­nie. Fabuła umę­czyła mnie strasz­nie — udaje, że opo­wiada histo­rię o nasto­latku wal­czą­cym ze złą kor­po­ra­cją, kiedy tak naprawdę trak­tuje o gim­bu­sach, któ­rzy zako­chują się w sobie przez inter­net, ale nie potra­fią tego prze­nieść do reala, bo panna ma pyp­cia na twa­rzy i wsty­dzi się poka­zać, z kolei gościa trawi milion pro­ble­mów moralno-egzystencjonalnych. Dżi­zas, nawet drugi sezon net­fli­xo­wych “13 powo­dów”, nie był takim cię­ża­rem, a ważył mini­mum 5 ton. Wytrwa­łem całe 2,5 godziny seansu, licząc, że w któ­rymś momen­cie zej­dzie jesz­cze jakieś grube pier­dol­nię­cie, ale nie­stety próżne to były nadzieje. Daję 6 pro­sia­ków za te nawią­za­nia popkul­tu­rowe, ale gene­ral­nie nie jestem zachwy­chwy­cony i jakoś nie czuję weny na pole­ca­nie. No może, jeśli ktoś jest popkul­tu­ro­wym ulra­sem… albo ma 13 lat, to wtedy śmiało. Cała reszta niech rzuci okiem na szyb­kim prze­wi­ja­niu, a zaosz­czę­dzone dwie godziny, skon­su­muje na coś cie­kaw­szego, np. łowie­nie kłaczka z pępka.

Poda­tek od miło­ści

polecane filmy

… czyli pol­ska <chlust wodą świę­coną> kome­dia roman­tyczna. Teraz zaba­wię się we wróż­bitę PigO­uta i prze­wi­dzę przy­szłość. Będzie tak: Ja napi­szę, że film jest miałki jak wszyst­kie TVN-owskie seria­liki, nie­śmieszny, miej­scami wręcz męczący, poskle­jany z klisz i nakrę­cony tylko po to, żeby wyło­mo­tać ludzi z kasiory pod­czas walen­ty­nek, na co odpo­wie­cie w komen­ta­rzu, że hejt nie­za­słu­żony, bo bar­dzo dobrze bawi­li­ście się w kinie, kilka scen roz­ba­wiło was do łez, Grze­gorz Damięcki był świetny, poza tym wyróż­nia się na plus na tle innych pol­skich pro­duk­cji z tego gatunku, a ja mam zbyt wygó­ro­wane ocze­ki­wa­nia, bo niby czego spo­dzie­wa­łem się po kome­dii roman­tycz­nej?

Okej, biorę na klatę, że wam się podo­bał i nawet się zgo­dzę, że nie wywo­łuje aż takiej migreny, jak choćby „Porady na zdrady”, czy tam „7 rze­czy, któ­rych nie wie­dzie­li­ście o face­tach”… a jed­nak nadal kasz­tan. Sce­na­riusz to kopiuj-wklej z naj­bar­dziej ogra­nych moty­wów – ot mamy kole­sia i babeczkę, któ­rzy zali­czają nie­zbyt for­tunne pierw­sze spo­tka­nie w barze, on jedzie jej od sno­bek, ona mu od cha­mów, po czym następ­nego dnia koleś musi sta­wić się w urzę­dzie skar­bo­wym, bo ma przy­pał za nie­pła­ce­nie podat­ków i tu supraj­sik, bo oka­zuje się, że urzęd­niczka, przed którą będzie się tłu­ma­czył, to wła­śnie ta dziu­nia od pyskówki w knaj­pie. Szok, kto mógł prze­wi­dzieć taki roz­wój sytu­acji? Babeczka oczy­wi­ście pla­nuje  mak­sy­mal­nie go doje­chać w ramach zemsty i na ta oka­zję zamiast zaj­mo­wać się pracą, urzą­dza mu cało­do­bową obser­wa­cję  (już wia­domo skąd takie kolejki w urzę­dach). Infil­tru­jąc typa, tra­fia na jego sio­strę, która samot­nie wycho­wuje dwójkę dzieci. Sio­stra sprze­daje jej głodne smutki, że Grze­siek Damięcki to w sumie dobry czło­wiek, bo i haj­sem pora­tuje i poudaje ojca dzie­cia­kom, i tyle wystar­czy, żeby pani ze skar­bówki nie tylko zmie­niła zda­nie o Grześku, ale przy oka­zji zako­chała się na maksa. Wszystko jest tak gru­bymi nićmi szyte, że z góry wiesz, co się wyda­rzy dalej. Do tego postaci dru­go­pla­nowe zostały na maksa spłasz­czone, byle tylko nie utrud­niać fina­ło­wego buzi mię­dzy Grześ­kiem i panią ze skar­bówki. Żar­ciki są suche jak wió­reczki koko­sowe i sygna­li­zo­wane 5 minut wcze­śniej -> “Uwaga, ta scena może się wyda­wać bez sensu, ale spo­koj­nie, zaraz Grze­siek rzuci dobry greps, więc wytrzy­maj­cie”. Jeśli cho­dzi o pozy­tywy, to jest jeden, ale za to cał­kiem spory - brak Karo­laka i Adam­czyka w obsa­dzie. No ok, pio­senka prze­wod­nia też od biedy ujdzie.  4/10, ale to i tak nacią­gane.
A jakby ktoś zapy­tał, czy ist­nieje jakaś kome­dia roman­tyczna, któ­rej nie shej­to­wa­łem, odpo­wia­dam, że ist­nieje -> „Kocha, lubi, sza­nuje” z Emmą Stone i Ryanem Goslin­giem. Świeża, lekka, śmiesz­niutka i przy­jemna, czyli da się.

A to widziałeś?