popKULTURA

Mój pierwszy Woodstock, czyli jak odkryłem, że bliżej mi do Paris Hilton niż Beara Gryllsa

07/08/2017

W tym roku strze­liło 10 lat, od kiedy pierw­szy raz w mojej gło­wie uro­dziła się myśl, że faj­nie byłoby poje­chać na Wood­stock. Nie cier­pię błota, kuca­nia w toj toju, spa­nia w namio­cie, gada­nia z obcymi i muzyki przy­po­mi­na­ją­cej krzyk obdzie­ra­nych ze skóry kotów, więc nie mogło mnie na nim zabrak­nąć, co nie? Nie­stety do tej pory zawsze coś sta­wało na dro­dze i koń­czyło się tek­stem: “No szkoda, ale za rok jadę już na 100%” (powtórz x9). Tym razem odro­cze­nie nie wcho­dziło w grę, bo za 12 mie­sięcy będę zako­pany w pie­lu­chach #Bren­do­nek i gdy­bym powie­dział Madzi: “Hej Myszko, zapo­mnia­łem  Ci wcze­śniej wspo­mnieć, ale na week­end lecę do Kostrzyna dać w pal­nik z ziom­kami, pora­dzisz sobie sama, prawda?”, praw­do­po­dob­nie (tak na 99,99%) zro­bi­łaby mi z dupy jesień śre­dnio­wie­cza. Poza tym impre­zie towa­rzy­szy takie ciśnie­nie poli­tyczne, że nie wia­domo, czy w 2018 Wood­stock w ogóle się odbę­dzie. Wróć, wiem że się odbę­dzie, a im więk­szy będzie opór rzą­dzą­cych, tym lep­sza dopi­sze fre­kwen­cja, pyta­nie jed­nak brzmi, czy nie zmieni się for­muła i loka­li­za­cja, a ja bar­dzo chcia­łem zoba­czyć jak to wygląda w pier­wot­nej for­mie. Tak więc skom­ple­to­wa­łem trzech chęt­nych, kupi­łem namiot, śpi­wór, paczkę  kaba­no­sów i poje­cha­li­śmy. Co mogło pójść nie tak?

Cóż pierw­szą zajebkę mie­li­śmy jesz­cze w Wawie, bo ziom od fury dał ciała i nie doga­dał miej­sca zbiórki. Rusza­li­śmy o 14 i mie­li­śmy po dro­dze zgar­nąć kole­sia z sie­dziby TVN, po czym dzida na auto­stradę, tym­cza­sem w poło­wie drogi na Wiert­ni­czą oka­zało się, że ten kolo wcale nie pra­cuje w TVN, a w Pol­sa­cie, czyli drugi koniec mia­sta (dalej od wylo­tówki już się nie dało). Tak stra­ci­li­śmy pierw­sze 2h. Dru­gim błę­dem tak­tycz­nym było to, że dałem się wro­bić w pro­wa­dze­nie fury. W życiu bym się nie zgo­dził, gdy­bym wie­dział, że spę­dzę za kół­kiem 11h. W dodatku przez cały ten czas byłem ter­ro­ry­zo­wany przez współ­pa­sa­że­rów kil­koma zapę­tlo­nymi kawał­kami “Noc­nego Kochanka” i “Braci Figo Fagot” (oczy­wi­ście dźwięk na full). Tekst “Dziew­czyny z keba­bem” jestem w sta­nie wyre­cy­to­wać nawet przez sen. Następ­nie tra­fiła nas przy­goda na auto­stra­dzie. Jedziemy i ni z tego ni z owego furą zaczęło rzu­cać jak kar­piem przed wigi­lią. Mówię wła­ści­cie­lowi be(a)ty, że chyba coś się dzieje z autkiem, na co ten mi odpo­wiada, że relax to tylko wiatr, poza tym to moja wina, bo nie mam feelingu z jego bryką. Przez chwilę mu wie­rzy­łem, baaa wpa­dłem nawet w lekką para­noję, bo chło­paki przez tydzień męczyli mnie, że Wood­stock zobo­wią­zuje i pigułę muszę wziąć (nie ma to tamto), a ile razy kaza­łem im się gonić, tyle razy stra­szyli, że mogę gadać zdrów, bo i tak dosy­pią mi Gan­dalfa Bia­łego, kiedy tylko stracę czuj­ność. Dziw­nym tra­fem samo­cho­dem zaczęło rzu­cać chwilę po tym, jak wypi­łem puszeczkę Tigera, którą podał mi zio­mek (2+2=4). Zjeż­dżamy na sta­cję, patrzymy, a tam w jed­nym kole kapeć jak w pysiu Sławka Peszki po tygo­dnio­wym zgru­po­wa­niu kadry. Oczy­wi­ście w bagaż­niku tylko dojaz­dówka, więc nasza pręd­kość spa­dła do 80km/h. Dla nie­zo­rien­to­wa­nych pod­po­wia­dam, że 80 km/h na auto­stra­dzie to pręd­kość, przy któ­rej na zde­rzaku sie­dzą Ci tiry, dają dłu­gimi po oczach i napie­przają klak­so­nem. Nie pole­cam. W despe­ra­cji wydzwa­niamy wul­ka­ni­za­to­rów z Pozna­nia, któ­rzy z miej­sca wyczuli, że mają na linii ludzi w potrze­bie, więc stan­dar­dową cenę szyb­ciutko pomno­żyli razy 10. Alter­na­tyw brak, więc godzimy się z fak­tem, że zosta­niemy wydy­mani troszkę wcze­śniej niż zakła­da­li­śmy (jesz­cze przed Wood­stoc­kiem) i kulamy się do jed­nego z nich… wtem ziom rzu­tem na taśmę wycze­suje w necie wul­ka­ni­za­cję 24h w jakiejś pip­dówce, zale­d­wie rzut bere­tem od nas. Pod­bi­jamy. Gość niby młody, ale z gadki jak każdy fachura, czyli patrzy na oponę, po czym jedzie kla­sy­kiem “Panie, a kto to tak panu spier­do­lił?”. Nie­mniej naprawy doko­nał od ręki i ska­so­wał za to “marne” pięć dyszek. Tak nas ujął uczci­wo­ścią, że w gra­ti­sie dorzu­ci­li­śmy jesz­cze pół litra.

Wra­camy na trasę i jedziemy na peł­nej kur­wie, żeby nad­ro­bić stra­cony czas i zaczyna się mara­ton pt. “Zatrzy­maj się na siku, to nie są ćwi­cze­nia”. Ziomki zaczęły dawać w pal­nik już od War­szawy, więc to musiało się tak skoń­czyć. Każdy przy­sta­nek to +10 do mojej nie­na­wi­ści. Po 9 godzi­nach jazdy i 100 przy­stan­kach na siku, zjeż­dżamy wresz­cie z auto­strady. Do celu zostaje 40 km, czyli ostat­nia pro­sta. Z miej­sca zapo­mi­nam, że prze­ga­pi­li­śmy kon­cert “Hey”. Kij tam z Nosow­ską, grunt, że zaraz wysią­dziemy i w końcu ja też będę mógł się zlu­zo­wać, wal­nąć szota, poza tym zdą­żymy jesz­cze na kon­cert “LemOn”, a  jak wia­domo na bez­ry­biu to i “LemOn” ryba. Tak więc mamy godzinę, żeby zro­bić ostat­nie kilo­me­try, zapar­ko­wać furę, roz­bić namiot i pod­bić pod scenę. “Do zro­bie­nia” myślę sobie. Taaaaaki chuj. Na ostat­nich pię­ciu kilo­me­trach był taki korek, że na par­king doku­la­li­śmy się dopiero o 1:30. Kolejne 1,5h zeszło nam na zna­le­zie­nie miej­sca pod namiot i jego roz­bi­cie. I teraz coś wam powiem o przy­ja­znych ludziach na Wood­stocku. Dla jed­nego kole­sia z naszej paczki był to już piąty z rzędu festi­wal, więc jako naj­bar­dziej doświad­czony poszedł szu­kać miej­scówki na kem­ping, a my cze­ka­li­śmy z baga­żami (i roz­pi­ja­li­śmy fla­szeczkę). Po jakimś cza­sie wraca i mówi, że zna­lazł epic­kie miej­sce “Tyle prze­strzeni, że można heli­kop­te­rem wylą­do­wać”. Prze­no­simy się tam z gra­tami, zaczy­nami roz­sta­wiać namioty, wtem pod­bija jakaś pizda (w sen­sie koleś, ale pizda z cha­rak­teru) i zaczyna się burzyć, że tu nie możemy się roz­bić, bo on tu jest z ekipą, a to wolne miej­sce to ich strefa relaksu, czy chuj wie czego (coś jak para­wa­ning nad morzem). Ewi­dent­nie wkrę­cił sobie film, że jest jakimś wood­stoc­ko­wym sze­ry­fem i to on ustala, co można, a czego nie. Igno­ruję go i roz­sta­wiam się dalej, bo serio miej­sca było jesz­cze na 15 namio­tów, po czym nastę­puje nie­spo­dzie­wany zwrot akcji i ten koleś z naszej bandy, który jest już 5 raz w Kostrzy­nie, zaczyna prze­pra­szać pizdę i obie­cy­wać, że za 3 sekundy zni­kamy. Baaa jesz­cze piątkę sobie z nim zbił, że niby peace and love, cho­ciaż tam­ten ewi­dent­nie “napluł mu w twarz”. Żal. Sytu­acja powtó­rzyła się jesz­cze raz, albo dwa. I tak łazi­li­śmy jak idioci po polu namio­to­wym w total­nych ciem­no­ściach, obwie­szeni jak wiel­błądy. Z tego wszyst­kiego na jed­nym pit­sto­pie zgu­bi­łem wore­czek z bok­ser­kami, skar­pe­tami, kaba­no­sami, szczo­teczką do zębów i Sto­pe­ra­nem #naj­go­rzej. Cho­ciaż ja i tak mia­łem fart, bo drugi ziom wyrżnął się o linkę ran­do­mo­wego namiotu, a kiedy wstał, oka­zało się, że na ple­cach ma jeża ze zuży­tych strzy­ka­wek. Stwier­dzi­łem, że w dupie mam taki biz­nes i takich “przy­ja­znych ludzi”, roz­dzie­lamy się i każdy radzi sobie sam. Bez zbęd­nych dia­lo­gów obsta­wi­łem pierw­szą wolną miej­scówkę, tym­cza­sem zio­male tak bar­dzo nie chciały nikomu zakłó­cać strefy kom­fortu, że osta­tecz­nie wylą­do­wali 10 metrów od toj toja.

Roz­sta­wiamy namioty i ustalmy, że dajemy sobie chwilę na ogar­nię­cie, a za 10 minut zbiórka na kie­lona. 5 minut póź­niej wszy­scy padli na pysk. Ze snu wyciąga mnie “Łup łup”, walące z takim natę­że­niem, aż zie­mia drżała, a głowa ska­kała. Oka­zało się, że jest już 9 rano i na głów­nej sce­nie zaczęło się stro­je­nie instru­men­tów. W takim hała­sie zasnąć już nie ma opcji, poza tym w namio­cie zro­biło się jakieś 150 stopni Cel­sju­sza, więc tym bar­dziej trzeba było się ewa­ku­ować. Już w nocy pole wyglą­dało nie­naj­le­piej, ale dopiero świa­tło dzienne obna­żyło praw­dziwą skalę roz­pier­dolu. Dookoła jedno wiel­kie wysy­pi­sko śmieci, wszech­obecny zapach uryny z lekką nutką guana, bełta i trzy­dnio­wych skar­pet + kilku zezgo­no­wa­nych typów i typiar, roz­rzu­co­nych w przy­pad­ko­wych miej­scach pomię­dzy namio­tami. Byłem przy­go­to­wany na różne “nie­do­god­no­ści”, ale szcze­rze mówiąc, aż takiego śmiet­nika się nie spo­dzie­wa­łem. W tym miej­scu zro­zu­mia­łem, że jed­nak bli­żej mi do Paris Hil­ton niż do Beara Gryl­lsa. Nie chciał­bym, żeby to zabrzmiało, jak­bym hej­to­wał Wood­stock. Nic z tych rze­czy. Potra­fię sobie wyobra­zić, że ludzie potra­fią się tam faj­nie wychil­lo­wać, zwłasz­cza jeśli jadą dużą bandą i mają wła­sną strefę relaksu ;), ale ja zde­cy­do­wa­nie się tam nie wpa­so­wa­łem. Jest taka zabawka dla dzieci i szy­pan­sów, która polega na wci­ska­niu kształ­tów w odpo­wied­nie otwory. Czu­łem się jak ten kwa­dra­towy klo­cek, któ­rego ktoś na chama pró­buje wci­snąć w trój­katny otwór. Bez szans. Baza noc­le­gowa, strefa gastro, zaple­cze sani­tarne, poziom hałasu i zapa­chy (nadal łza­wią mi oczy na wspo­mnie­nie, kiedy prze­cho­dzi­łem obok tojek i aku­rat zawiało w moją stronę) total­nie nie z mojej bajki. Bul­l­shi­tem jest za to nagonka na Wood­stock, jako miej­sca, gdzie ludzie nie robią nic poza tapla­niem się w bło­cie, dawa­niem w żyłę, odgry­za­niem głów nie­to­pe­rzom, pale­niem dzie­wic na sto­sie i upra­wia­niem buk­kake na każ­dym zakrę­cie. Nope, upi­jają się jesz­cze to nie­przy­tom­no­ści… żart, jest tam jesz­cze kilka rze­czy do roboty (ASP, run­ma­ged­dony, wykłady, etc). Wia­domo, że w 200-tysięcznym tłu­mie znaj­dzie się kilku dile­rów, poli­ty­ków i zło­dziei, ale gene­ral­nie jest luz i można poru­szać się bez stra­chu o wła­sne życie i cnotę (ale cenne fanty lepiej nosić ze sobą). W więk­szo­ści przy­pad­ków ludzie są otwarci na innych (nie licząc sze­ry­fów) i zaga­dują, cho­ciaż mnie aku­rat zaga­dy­wali tylko o szluga, pią­taka i odla­nie łyczka piwa. Na szczę­ście byli na tyle w porzo, że na hasło “sorka, nie palę”, reago­wali: “Luz, nie mam żalu, baw się dobrze”. Ale co by nie gadać, muzycz­nie jest sztos. Jakimś prze­sad­nym fanem zespo­łów, które tam wystę­po­wały nie jestem (nie licząc “Hey”), ale muszę przy­znać, że kli­mat jaki się zro­bił na “Blo­ody Beetro­ots” i “Noc­nym kochanku” to nie w kij dmu­chał sprawa. Przy tych pierw­szych ni chu chu nie zro­zu­mia­łem ani słowa z tek­stów pio­se­nek, za to gitary i per­ku­sje roz­wa­liły sys­tem, ale to i tak nic przy rek­cji tłumu, kiedy “Nocny Kocha­nek” zapo­dał “Dziew­czynę z keba­bem”. Mia­zga. Mimo wszystko kolejne edy­cje obej­rzę sobie już Bren­don­kiem na jutu­bie… i to nawet, jeśli Madzia nie mia­łaby nic prze­ciwko, żebym jechał. Teraz jak o tym myślę, zaczy­nam dostrze­gać, że świat od początku dawał mi sygnały, że Wood­stock nie jest dla mnie, acz­kol­wiek nikomu nie odra­dzam. Niech każdy zwe­ry­fi­kuje na wła­snej skó­rze.

nine

P.S. Udało mi się prze­trwać bez koniecz­no­ści korzy­sta­nia z tojki. Brawo ja.

A to widziałeś?