popKULTURA

Mój pierwszy Woodstock, czyli jak odkryłem, że bliżej mi do Paris Hilton niż Beara Gryllsa

07/08/2017

W tym roku strze­liło 10 lat, od kiedy pierw­szy raz w mojej gło­wie uro­dziła się myśl, że faj­nie byłoby poje­chać na Wood­stock. Nie cier­pię błota, kuca­nia w toj toju, spa­nia w namio­cie, gada­nia z obcymi i muzyki przy­po­mi­na­ją­cej krzyk obdzie­ra­nych ze skóry kotów, więc nie mogło mnie na nim zabrak­nąć, co nie? Nie­stety do tej pory zawsze coś sta­wało na dro­dze i koń­czyło się tek­stem: “No szkoda, ale za rok jadę już na 100%” (powtórz x9). Tym razem odro­cze­nie nie wcho­dziło w grę, bo za 12 mie­sięcy będę zako­pany w pie­lu­chach #Bren­do­nek i gdy­bym powie­dział Madzi: “Hej Myszko, zapo­mnia­łem  Ci wcze­śniej wspo­mnieć, ale na week­end lecę do Kostrzyna dać w pal­nik z ziom­kami, pora­dzisz sobie sama, prawda?”, praw­do­po­dob­nie (tak na 99,99%) zro­bi­łaby mi z dupy jesień śre­dnio­wie­cza. Poza tym impre­zie towa­rzy­szy takie ciśnie­nie poli­tyczne, że nie wia­domo, czy w 2018 Wood­stock w ogóle się odbę­dzie. Wróć, wiem że się odbę­dzie, a im więk­szy będzie opór rzą­dzą­cych, tym lep­sza dopi­sze fre­kwen­cja, pyta­nie jed­nak brzmi, czy nie zmieni się for­muła i loka­li­za­cja, a ja bar­dzo chcia­łem zoba­czyć jak to wygląda w pier­wot­nej for­mie. Tak więc skom­ple­to­wa­łem trzech chęt­nych, kupi­łem namiot, śpi­wór, paczkę  kaba­no­sów i poje­cha­li­śmy. Co mogło pójść nie tak?

Cóż pierw­szą zajebkę mie­li­śmy jesz­cze w Wawie, bo ziom od fury dał ciała i nie doga­dał miej­sca zbiórki. Rusza­li­śmy o 14 i mie­li­śmy po dro­dze zgar­nąć kole­sia z sie­dziby TVN, po czym dzida na auto­stradę, tym­cza­sem w poło­wie drogi na Wiert­ni­czą oka­zało się, że ten kolo wcale nie pra­cuje w TVN, a w Pol­sa­cie, czyli drugi koniec mia­sta (dalej od wylo­tówki już się nie dało). Tak stra­ci­li­śmy pierw­sze 2h. Dru­gim błę­dem tak­tycz­nym było to, że dałem się wro­bić w pro­wa­dze­nie fury. W życiu bym się nie zgo­dził, gdy­bym wie­dział, że spę­dzę za kół­kiem 11h. W dodatku przez cały ten czas byłem ter­ro­ry­zo­wany przez współ­pa­sa­że­rów kil­koma zapę­tlo­nymi kawał­kami “Noc­nego Kochanka” i “Braci Figo Fagot” (oczy­wi­ście dźwięk na full). Tekst “Dziew­czyny z keba­bem” jestem w sta­nie wyre­cy­to­wać nawet przez sen. Następ­nie tra­fiła nas przy­goda na auto­stra­dzie. Jedziemy i ni z tego ni z owego furą zaczęło rzu­cać jak kar­piem przed wigi­lią. Mówię wła­ści­cie­lowi be(a)ty, że chyba coś się dzieje z autkiem, na co ten mi odpo­wiada, że relax to tylko wiatr, poza tym to moja wina, bo nie mam feelingu z jego bryką. Przez chwilę mu wie­rzy­łem, baaa wpa­dłem nawet w lekką para­noję, bo chło­paki przez tydzień męczyli mnie, że Wood­stock zobo­wią­zuje i pigułę muszę wziąć (nie ma to tamto), a ile razy kaza­łem im się gonić, tyle razy stra­szyli, że mogę gadać zdrów, bo i tak dosy­pią mi Gan­dalfa Bia­łego, kiedy tylko stracę czuj­ność. Dziw­nym tra­fem samo­cho­dem zaczęło rzu­cać chwilę po tym, jak wypi­łem puszeczkę Tigera, którą podał mi zio­mek (2+2=4). Zjeż­dżamy na sta­cję, patrzymy, a tam w jed­nym kole kapeć jak w pysiu Sławka Peszki po tygo­dnio­wym zgru­po­wa­niu kadry. Oczy­wi­ście w bagaż­niku tylko dojaz­dówka, więc nasza pręd­kość spa­dła do 80km/h. Dla nie­zo­rien­to­wa­nych pod­po­wia­dam, że 80 km/h na auto­stra­dzie to pręd­kość, przy któ­rej na zde­rzaku sie­dzą Ci tiry, dają dłu­gimi po oczach i napie­przają klak­so­nem. Nie pole­cam. W despe­ra­cji wydzwa­niamy wul­ka­ni­za­to­rów z Pozna­nia, któ­rzy z miej­sca wyczuli, że mają na linii ludzi w potrze­bie, więc stan­dar­dową cenę szyb­ciutko pomno­żyli razy 10. Alter­na­tyw brak, więc godzimy się z fak­tem, że zosta­niemy wydy­mani troszkę wcze­śniej niż zakła­da­li­śmy (jesz­cze przed Wood­stoc­kiem) i kulamy się do jed­nego z nich… wtem ziom rzu­tem na taśmę wycze­suje w necie wul­ka­ni­za­cję 24h w jakiejś pip­dówce, zale­d­wie rzut bere­tem od nas. Pod­bi­jamy. Gość niby młody, ale z gadki jak każdy fachura, czyli patrzy na oponę, po czym jedzie kla­sy­kiem “Panie, a kto to tak panu spier­do­lił?”. Nie­mniej naprawy doko­nał od ręki i ska­so­wał za to “marne” pięć dyszek. Tak nas ujął uczci­wo­ścią, że w gra­ti­sie dorzu­ci­li­śmy jesz­cze pół litra.

Wra­camy na trasę i jedziemy na peł­nej kur­wie, żeby nad­ro­bić stra­cony czas i zaczyna się mara­ton pt. “Zatrzy­maj się na siku, to nie są ćwi­cze­nia”. Ziomki zaczęły dawać w pal­nik już od War­szawy, więc to musiało się tak skoń­czyć. Każdy przy­sta­nek to +10 do mojej nie­na­wi­ści. Po 9 godzi­nach jazdy i 100 przy­stan­kach na siku, zjeż­dżamy wresz­cie z auto­strady. Do celu zostaje 40 km, czyli ostat­nia pro­sta. Z miej­sca zapo­mi­nam, że prze­ga­pi­li­śmy kon­cert “Hey”. Kij tam z Nosow­ską, grunt, że zaraz wysią­dziemy i w końcu ja też będę mógł się zlu­zo­wać, wal­nąć szota, poza tym zdą­żymy jesz­cze na kon­cert “LemOn”, a  jak wia­domo na bez­ry­biu to i “LemOn” ryba. Tak więc mamy godzinę, żeby zro­bić ostat­nie kilo­me­try, zapar­ko­wać furę, roz­bić namiot i pod­bić pod scenę. “Do zro­bie­nia” myślę sobie. Taaaaaki chuj. Na ostat­nich pię­ciu kilo­me­trach był taki korek, że na par­king doku­la­li­śmy się dopiero o 1:30. Kolejne 1,5h zeszło nam na zna­le­zie­nie miej­sca pod namiot i jego roz­bi­cie. I teraz coś wam powiem o przy­ja­znych ludziach na Wood­stocku. Dla jed­nego kole­sia z naszej paczki był to już piąty z rzędu festi­wal, więc jako naj­bar­dziej doświad­czony poszedł szu­kać miej­scówki na kem­ping, a my cze­ka­li­śmy z baga­żami (i roz­pi­ja­li­śmy fla­szeczkę). Po jakimś cza­sie wraca i mówi, że zna­lazł epic­kie miej­sce “Tyle prze­strzeni, że można heli­kop­te­rem wylą­do­wać”. Prze­no­simy się tam z gra­tami, zaczy­nami roz­sta­wiać namioty, wtem pod­bija jakaś pizda (w sen­sie koleś, ale pizda z cha­rak­teru) i zaczyna się burzyć, że tu nie możemy się roz­bić, bo on tu jest z ekipą, a to wolne miej­sce to ich strefa relaksu, czy chuj wie czego (coś jak para­wa­ning nad morzem). Ewi­dent­nie wkrę­cił sobie film, że jest jakimś wood­stoc­ko­wym sze­ry­fem i to on ustala, co można, a czego nie. Igno­ruję go i roz­sta­wiam się dalej, bo serio miej­sca było jesz­cze na 15 namio­tów, po czym nastę­puje nie­spo­dzie­wany zwrot akcji i ten koleś z naszej bandy, który jest już 5 raz w Kostrzy­nie, zaczyna prze­pra­szać pizdę i obie­cy­wać, że za 3 sekundy zni­kamy. Baaa jesz­cze piątkę sobie z nim zbił, że niby peace and love, cho­ciaż tam­ten ewi­dent­nie “napluł mu w twarz”. Żal. Sytu­acja powtó­rzyła się jesz­cze raz, albo dwa. I tak łazi­li­śmy jak idioci po polu namio­to­wym w total­nych ciem­no­ściach, obwie­szeni jak wiel­błądy. Z tego wszyst­kiego na jed­nym pit­sto­pie zgu­bi­łem wore­czek z bok­ser­kami, skar­pe­tami, kaba­no­sami, szczo­teczką do zębów i Sto­pe­ra­nem #naj­go­rzej. Cho­ciaż ja i tak mia­łem fart, bo drugi ziom wyrżnął się o linkę ran­do­mo­wego namiotu, a kiedy wstał, oka­zało się, że na ple­cach ma jeża ze zuży­tych strzy­ka­wek. Stwier­dzi­łem, że w dupie mam taki biz­nes i takich “przy­ja­znych ludzi”, roz­dzie­lamy się i każdy radzi sobie sam. Bez zbęd­nych dia­lo­gów obsta­wi­łem pierw­szą wolną miej­scówkę, tym­cza­sem zio­male tak bar­dzo nie chciały nikomu zakłó­cać strefy kom­fortu, że osta­tecz­nie wylą­do­wali 10 metrów od toj toja.

Roz­sta­wiamy namioty i ustalmy, że dajemy sobie chwilę na ogar­nię­cie, a za 10 minut zbiórka na kie­lona. 5 minut póź­niej wszy­scy padli na pysk. Ze snu wyciąga mnie “Łup łup”, walące z takim natę­że­niem, aż zie­mia drżała, a głowa ska­kała. Oka­zało się, że jest już 9 rano i na głów­nej sce­nie zaczęło się stro­je­nie instru­men­tów. W takim hała­sie zasnąć już nie ma opcji, poza tym w namio­cie zro­biło się jakieś 150 stopni Cel­sju­sza, więc tym bar­dziej trzeba było się ewa­ku­ować. Już w nocy pole wyglą­dało nie­naj­le­piej, ale dopiero świa­tło dzienne obna­żyło praw­dziwą skalę roz­pier­dolu. Dookoła jedno wiel­kie wysy­pi­sko śmieci, wszech­obecny zapach uryny z lekką nutką guana, bełta i trzy­dnio­wych skar­pet + kilku zezgo­no­wa­nych typów i typiar, roz­rzu­co­nych w przy­pad­ko­wych miej­scach pomię­dzy namio­tami. Byłem przy­go­to­wany na różne “nie­do­god­no­ści”, ale szcze­rze mówiąc, aż takiego śmiet­nika się nie spo­dzie­wa­łem. W tym miej­scu zro­zu­mia­łem, że jed­nak bli­żej mi do Paris Hil­ton niż do Beara Gryl­lsa. Nie chciał­bym, żeby to zabrzmiało, jak­bym hej­to­wał Wood­stock. Nic z tych rze­czy. Potra­fię sobie wyobra­zić, że ludzie potra­fią się tam faj­nie wychil­lo­wać, zwłasz­cza jeśli jadą dużą bandą i mają wła­sną strefę relaksu ;), ale ja zde­cy­do­wa­nie się tam nie wpa­so­wa­łem. Jest taka zabawka dla dzieci i szy­pan­sów, która polega na wci­ska­niu kształ­tów w odpo­wied­nie otwory. Czu­łem się jak ten kwa­dra­towy klo­cek, któ­rego ktoś na chama pró­buje wci­snąć w trój­katny otwór. Bez szans. Baza noc­le­gowa, strefa gastro, zaple­cze sani­tarne, poziom hałasu i zapa­chy (nadal łza­wią mi oczy na wspo­mnie­nie, kiedy prze­cho­dzi­łem obok tojek i aku­rat zawiało w moją stronę) total­nie nie z mojej bajki. Bul­l­shi­tem jest za to nagonka na Wood­stock, jako miej­sca, gdzie ludzie nie robią nic poza tapla­niem się w bło­cie, dawa­niem w żyłę, odgry­za­niem głów nie­to­pe­rzom, pale­niem dzie­wic na sto­sie i upra­wia­niem buk­kake na każ­dym zakrę­cie. Nope, upi­jają się jesz­cze to nie­przy­tom­no­ści… żart, jest tam jesz­cze kilka rze­czy do roboty (ASP, run­ma­ged­dony, wykłady, etc). Wia­domo, że w 200-tysięcznym tłu­mie znaj­dzie się kilku dile­rów, poli­ty­ków i zło­dziei, ale gene­ral­nie jest luz i można poru­szać się bez stra­chu o wła­sne życie i cnotę (ale cenne fanty lepiej nosić ze sobą). W więk­szo­ści przy­pad­ków ludzie są otwarci na innych (nie licząc sze­ry­fów) i zaga­dują, cho­ciaż mnie aku­rat zaga­dy­wali tylko o szluga, pią­taka i odla­nie łyczka piwa. Na szczę­ście byli na tyle w porzo, że na hasło “sorka, nie palę”, reago­wali: “Luz, nie mam żalu, baw się dobrze”. Ale co by nie gadać, muzycz­nie jest sztos. Jakimś prze­sad­nym fanem zespo­łów, które tam wystę­po­wały nie jestem (nie licząc “Hey”), ale muszę przy­znać, że kli­mat jaki się zro­bił na “Blo­ody Beetro­ots” i “Noc­nym kochanku” to nie w kij dmu­chał sprawa. Przy tych pierw­szych ni chu chu nie zro­zu­mia­łem ani słowa z tek­stów pio­se­nek, za to gitary i per­ku­sje roz­wa­liły sys­tem, ale to i tak nic przy rek­cji tłumu, kiedy “Nocny Kocha­nek” zapo­dał “Dziew­czynę z keba­bem”. Mia­zga. Mimo wszystko kolejne edy­cje obej­rzę sobie już Bren­don­kiem na jutu­bie… i to nawet, jeśli Madzia nie mia­łaby nic prze­ciwko, żebym jechał. Teraz jak o tym myślę, zaczy­nam dostrze­gać, że świat od początku dawał mi sygnały, że Wood­stock nie jest dla mnie, acz­kol­wiek nikomu nie odra­dzam. Niech każdy zwe­ry­fi­kuje na wła­snej skó­rze.

nine

P.S. Udało mi się prze­trwać bez koniecz­no­ści korzy­sta­nia z tojki. Brawo ja.

A to widziałeś?

  • Jak mia­łam nascie lat jez­dzi­łam na obozy prze­trwa­nia, łaże­nie po bło­tach, bagnach, robale, nocne prze­prawy, survi­val itp. Teraz– na sta­rośc NEVER a na Wood­stock nawet jak­bym mi ktoś dopła­cił — tak jestem Pie­skiem Hil­to­no­wej ;).
    ps.Opis prze­ko­azak– wybacz ale jeż na kum­plu mnie rozwalił 😀

    • Witaj w dru­ży­nie Paris Hil­ton 🙂 Jest nas wię­cej niż myśla­łem. Swoją drogą też mia­łem w prze­szło­ści epi­zody z namio­tem i jadąc na wooda byłem prze­ko­nany, że nadal to potra­fię. Myli­łem się 😉

      • Ja nawet nie mam złu­dzeń, że mnie to jesz­cze kręci ;).
        ps.Jestem w szoku jakie tempo i roz­mach ma pro­mo­cja Two­jej książki! Radio??!! Jak Ty to pozałatwiałeś?Szok! 😀

  • Teraz Twoja kolej na podróż i reckę 😉

  • Nikogo nie znie­chę­cam, ale było chu­jowo” 😀 😀 😀 Wspa­niały opis, jak zwy­kle kwi­kłam (ale wewnętrz­nie, bo jest piąta rano i usi­łuję uśpić dziecko, któ­remu godzinę temu wypadł z buzi smo­czek i teraz nie może usnąć).

    Też nie cier­pię toj­to­jów, gada­nia z obcymi i koto­mu­zyki. W miarę lubię za to błoto, odkąd odkry­łam, że czę­ściowo da się je sprać ze spode­nek, za to dziecko mam z glowy na kil­ka­na­ście minut gdy się tapla. Wybacz monotematyczność. 🙂

    Nie wiem, o co cho­dzi, ale mam wra­że­nie, że świat wokół mnie igno­ro­wał Wood­stock, a nagle w tym roku połowa zna­jo­mych poje­chała i na co dru­gim blogu opo­wieść jak było. Przy­pa­dek? #nie­son­dze To mnie natchnęło sza­tań­ską myślą, że w przy­szłym roku z oka­zji Sta­ro­ści pojadę na Wood­stock pierw­szy raz w życiu. Po czym obej­rzaw­szy pierw­szą foto­re­la­cję szybko doda­łam: ale spać to ja będę w hotelu. 😛 No dobra, powo­dem było też odkry­cie, że w tym roku grali Hey i… Archive ;_; oznaj­miam to P., a on mi na to: no wiem. Wie­dział i nie powie­dział! I nie poje­cha­łam! Przy­pa­dek? #nope #bul #rzal

    Za rok pew­nie będą same LemOny. ;(

    • Taka prawda, dla mnie chuj­nia na maksa, ale 99 na 100 osób powie, że epicko. Nie mam śmia­ło­ści tego podważać 😉

      Pod­pici ludzie na woodzie mają zapędy, żeby się przy­tu­lać i przy­bi­jać piątki z ran­do­mo­wymi prze­chod­niami. Wygląda to mniej wię­cej tak, że idziesz sobie zaśmie­coną, śmier­dzącą uryną ścieżką, wtem napo­ty­kasz dziab­nię­tego, który ni stąd ni zowąd składa palce tak jak robi to zespół Kiss, po czym drze ryja Woooooood­stock! Yeah!, a następ­nie chce się przy­tu­lać. Czuję w kościach, że czu­ła­byś w takiej sytu­acji jesz­cze więk­szy dys­kom­fort niż ja 😉

  • Żesz cho­lera, a chcia­łam jechać, chcia­łam jechać w przy­szłym roku, Jed­na­ko­woż z etapu spa­nia w namio­cie wyro­słam jaką dychę lat temu, więc po tym wpi­sie na 100 wiem że to nie dla mnie, a na 1000 nie dla mojego męża, a samej mnie nie puści.

    • Spa­nie w namio­cie nie było jesz­cze takie naj­gor­sze. Po 11 godzi­nach za kół­kiem padłem i obu­dzi­łem się dopiero jak zaczęło napier#$%ć z gło­śni­ków. Naj­gor­sze było wyj­ście z namiotu i ten zapach uryny. Do teraz mną wstrząsa 😉

  • Dobra, dobra, to ja to mał­żonce pokażę mojej, jeśli sama już tematu nie zgłę­biła — no to będzie roz­k­mina czy jed­nak jedziemy, czy zdamy się na rela­cję innych. Jedno jest pewne, przy Twoim nagro­ma­dze­niu pecha, to ja się z Tobą do jed­nej bryki nie pcham 😉

    • Oj tam pech. Po pro­stu ktoś na górze chce, żeby nie zabra­kło mi mate­riału do wpi­sów 😉 Przy­far­ci­li­ście z decy­zją, żeby nie jechać #zazdro

  • ..w skró­cie “poje­cha­łem choć nie lubie tam niczego, no i jesz­cze tojki” ..no nie moglo być dobrze 😉

    • Lubię “Hey”, piwo, wódkę, spon­ta­niczne akcje i sło­neczne week­endy, więc wiele wska­zy­wało, że to może sie udać 😉

  • Mar­tyna

    Hahaha, to Ci gra­tu­luję, ze nie musia­les korzy­stać z toitoa 😛 Byłam w tym roku po raz pierw­szy od środy rano do nie­dzieli. Dla mnie to była szkoła prze­trwa­nia, ale mojej eki­pie udalo się stwo­rzyć ‘swoją strefę relaksu’ i przy­naj­mniej mie­li­smy spo­koj bez min prze­ciw­pie­chot­nych (lasek). Myślę, że gdy­by­ście przy­je­chali szyb­ciej i nie mieli takich eks­ce­sów w środku nocy to lepiej byś to wspo­mi­nał. W środę i czwar­tek jesz­cze tak nie śmierdziało 😛

    • Podej­rze­wam, że na 10 prób, dostał­bym 10 róż­nych rezul­ta­tów i kilka zapewne byłoby pozy­tyw­nych. Jedno jest pewne, jeśli jesz­cze kie­dyś pojadę, to gorzej już nie będzie 😉

  • pani Mon­dro

    mój mał­żo­nek od kilku lat odgraża się, że rok jedzie na bank, bo za mało­lata jeź­dził co rok, ale… to już nie ten wiek i nie będzie tego samego kli­matu, więc tylko się roz­cza­ruje… więc ja co rok cier­pli­wie słu­cham jak się odgraża, że za rok jedzie na bank 😉

    • Brzmi dokład­nie jak mój przy­pa­dek. Też zaczy­na­łem od odgra­ża­nia się. Pozwól mu jechać. Powie, że wróci w nie­dzielę w nocy, a będzie już w sobotę o świ­cie. Tak jak ja 😉

  • Ja jakoś tak zawsze od pod­szewki i wnę­trza kości czu­łem, że na taką imprezę mam za dużo lat, kilo­gra­mów, dzieci i żon 🙂

    • Raczej odpo­wia­dam zacho­waw­czo, żeby każdy sam spraw­dził, ale co do Cie­bie nie mam wąt­pli­wo­ści. Cier­piał­byś jak ja. Pomyśl o tych bro­war­kach, które sączy­li­śmy w Gdyni i teraz na miej­sce stołu i krze­seł wstaw kil­ka­na­ście worów ze śmie­ciami, na miej­sce Miko­łaja parę tojek (wszyst­kie z kil­ku­dnio­wym prze­bie­giem) i do tego wyobraź sobie naj­więk­szy na świe­cie gło­śnik, który gra Ci za głową z mak­sy­malną mocną. Mniej wię­cej tak to wygląda.

      • Oj wiesz, różne rze­czy się piło, z róż­nych naczyń i w róż­nych miej­scach, ale taki survi­val rze­czy­wi­ście już nie na moje lata i na moje wygod­nic­two (Pani Matka mnie od 8 lat cią­gnie pod namiot i jakoś jej nie wyszło do tej pory 🙂

  • Kum­pel z jeżem na ple­cach jesz­cze żyje? 🙂
    Mnie korci, żeby jechać. Szkoda tylko, że nie mam 20-lat. Lepiej wtedy bym się wpasował 😀

    • Nadal na fazie 😉 Ponoć i 100-latkowie dobrze się bawią na Woodzie. Wszystko kwe­stia nasta­wie­nia i jak się sprawy ułożą. Ja nie­stety dosta­łem zna­czone karty 😉

      • Przy­naj­mniej jeden głos roz­sądku w kwe­stii jechać — nie jechać 🙂

  • Gwałt to nie zna­czy, zawsze to samo — para­fra­zu­jąc kla­syka. Kum­pel kie­dyś zacią­gnął do namiotu “laskę”, pijana była, już chyba nie kumała o co cho­dzi, on też nie za bar­dzo, ale co tam #yolo (nie żebym ten pro­ce­der popie­rała, po pro­stu mówię jak było). Wtem przy­szedł nie­spo­dzie­wa­nie pora­nek, a wraz z nim cała masa roz­cza­ro­wań. Oka­zuje się, że “laska” to nie była. Kolega musiał iść umyć siu­siaka od nad­miaru wra­żeń i przez całą resztę Wood­stocku sie­dział trzeź­wiu­teńki, patrząc tempo w jeden punkt. “Laska” nato­miast była tak zado­wo­lona od nie­spo­dzie­wa­nych emo­cji, że nie chciała opu­ścić namiotu nie­szczę­śnika. Dopiero ktoś musiał powie­dzieć, że jej szu­kają w wio­sce Kriszny.

    • Zasta­na­wiam się jesz­cze nad tymi zezgo­no­wa­nymi pan­nami, które koń­czą noc na środku ścieżki i #nikogo. Są w takim sta­nie, że jakby zna­lazł się jakiś ama­tor nie­przy­tom­nych foczek, to mógłby z nimi zro­bić co chce. Pyta­nie brzmi, czy to fak­tycz­nie się nie dzieje?

  • Ludzie od dole­weczki piwka i sze­ry­fo­wie — moje ulu­bione rasy w Wiedź­mi­nie, wróć, na Wood­stocku.
    Chuj, napi­szę swoją wyryw­kową rela­cję zbior­czą z pię­ciu odsłon festiwalu 😀

    • Już zacie­ram ręce na Twoją rela­cję. Inte­re­sują mnie wszyst­kie smaczki, bo ja pozna­łem tylko sze­ry­fów, dole­wa­czy i na wła­sne oczy zoba­czy­łem czym jest szwedzki stół na Woodstocku.

      To ze strzy­kaw­kami to był żar­cik z wood­stoc­ko­wych ste­reo­ty­pów. Tak naprawdę wywa­lił się i upadł twa­rzą na zużytą pre­zer­wa­tywę, ale to już nie ta dra­ma­tur­gia 😉 A w jakich oko­licz­no­ściach wyda­rzyła się ta akcja ze strzy­kawką? Brzmi dra­stycz­nie. Spa­ni­ko­wał­bym jak nic.

  • ewa_inga

    W Jak pozna­łem waszą matkę Ted uło­żył Lista Murtaugh’a. Na mojej z całą pew­no­ścią jest Łud­stok, bo z Twego tek­stu czy­ta­nego wywnio­sko­wa­łam, że tam nie ma hoteli z łazienką? A muzyki nie można przy­ci­szyć? Mnie fascy­nuje, czy ten festi­wal będzie za 10 lat. I to wcale nie dla­tego, że Zio­bro tam wej­dzie z kum­plami, nie, nie — mój 7 letni Szkod­nik zapy­tał się mnie ostat­nio, czy w nowym samo­cho­dzie kli­ma­ty­za­cja będzie też w dru­giej czę­ści (nie użył okre­śle­nia stre­fie — ale to pew­nie kwe­stia czasu) bo on ma dosyć jazdy w takich warun­kach !!!!!!!!! (nie, nie jeź­dzimy fur­manką, i nie, mój samo­chód nie jest peł­no­letni).….…
    Ale gene­ral­nie myślę, że na temat tego festi­walu naj­wię­cej do powie­dze­nia mają ci co na nim nie byli. Zbiera się taki panel eks­per­tów — w PL bar­dzo łatwo stwo­rzyć taką grupę — i mają b b b dużo do powie­dze­nia. Nato­miast ja mam w dupie wyda­rze­nia, które mnie nie inte­re­sują a na które nie mam obo­wiązku się udać. Robie­nie gów­no­bu­rzy wokół Łud­stoku powo­duje że jeź­dzi tam tyle ludzi — bo Mło­dzi tro­chę nie mają z czym wal­czyć, o co wzno­sić bary­kad, prze­ciwko czemu się bun­to­wać — mają kom­pu­tery, inter­nety, samo­chody z klimą, robią wypad na week­end do Ber­gamo samo­lo­tem a nie do Władka pocią­giem bez miejsc sie­dzą­cych, jak nauczy­cielka wkur­wia to mamu­sia leci do szkoły ją usta­wić i poka­zać kto tu lepiej wie jak uczyć — nuda panie.….nuda.……nic się nie dzieje.I nagle w poło­wie waka­cji taki Łud­stok, a z tele­wi­zorni mówią że to miej­sce zła, zepsu­cia, seksu, a ogra­ni­cza cię jedy­nie wyobraź­nia.….…. no ja walę.….…. Gene­ral­nie wła­dza strzela sobie w kolano.….. chyba doga­dali się ze spe­cem który wpadł jakiś czas temu na zor­ga­ni­zo­wa­nie strajku tak­sów­ka­rzy w Wawie. Ten sam poziom PR.

    • Total­nie nie zwra­cam uwagi na to, co mówią w TV o Wood­stocku, a sam pomysł wyjazdu naro­dził się o wiele wcze­śniej niż zaczęła się nagonka. Nie­stety sam festi­wal też jest upo­li­tycz­niony — lan­so­wa­nie Bie­dro­nia, agitka poli­ty­ków PO w tłu­mie (przed wybo­rami pre­zy­denc­kimi chyba nawet Bro­nek prze­ma­wiał ze sceny) i jed­no­wy­mia­rowe przed­sta­wie­nie sprawy uchodź­ców. Odrzuca mnie to rów­nie mocno, co przy­pie­prza­nie się do imprezy przez PiS. Mam chwi­lowo dość bagienka poli­tycz­nego i jest dla mnie kolejny powód, żeby wię­cej nie jechać.

      • ewa_inga

        Ależ oczy­wi­ście że z wol­no­ścią, dzie­cio­rami kwia­tami i innymi pier­dami ten festi­wal ma tyle co ja z budo­wa­niem studni w Suda­nie. Prze­ciętny czło­wiek już nawet nie zacho­dzi w głowę jak i kiedy do tego doszło i czy to wina Tuska. Uwa­żam, że fajowo że byłeś co by móc się teraz wypo­wia­dać. Ja też mogę, bo znamy się już tro­chę więc jakby tro­chę tam byłam :D:D:D:D

        • Wiesz co jest lep­sze niż Wood­stock? Szo­tow­nia i pączki w Toru­niu. To są moje klimaty 😉

          • ewa_inga

            ojjjj­j­ta­aaaaakkkkkkkkkkkk i bur­ger w Luizja­nie. Jeśli gdzieś mieszka Jezus to na pewno w tym bur­ge­rze ma stałą miejscówę

  • To ja na bank jestem jak Paris i w sumie pew­nie dla­tego jesz­cze moja stopa tam nie sta­nęła, choć może kie­dyś pojadę, tak tylko wpaść na jeden dzień kon­cer­tów, a póź­niej prze­spać się w jakimś Hil­to­nie, czy Sheratonie. 🙂

  • Mimo że lubię się prze­szu­rać po gór­skich krza­czo­rach, nie straszne mi są wyrypy tere­nowe, to do Beara-Gryllsa-Moczopijcy mi zde­cy­do­wa­nie daleko, a w tłu­mie czuję się jak pie­sek Paris Hil­ton zagu­biony w jej torebce. Myślę, że na Wood­stocku to uczu­cie byłoby spo­tę­go­wane. A ja jed­nak lubię kom­fort psychiczny. 😀