popKULTURA

Książki pod choinkę

12/12/2018

Jak tam? Nadal jeste­ście w głę­bo­kim anu­sie z pre­zen­tami gwiazd­ko­wymi? Uuu nie­do­brze. Nie chcę was stra­szyć, ale wkro­czy­li­śmy już w okres, kiedy szanse na dostar­cze­nie towaru zamó­wio­nego przez neta przed wigi­lią, lecą na łeb na szyję. Ponoć kurie­rzy już cho­dzą na rzę­sach, a będzie tylko gorzej. Zresztą nie oszu­kujmy się, oni nie­spe­cjal­nie radzą sobie nawet w okre­sie poza świą­tecz­nym, więc tylko cze­kać, aż to wszystko pier wywi­nie orła. Chill, zawsze zostaje plan B, czyli gifty, które da się ogar­nąć sta­cjo­nar­nie.

Pomyślmy, co jest naj­lep­szym pre­zen­tem pod słoń­cem? Pie­nią­dze, wia­do­mix… ale je odrzu­camy, bo sami mamy mało. Ewen­tu­al­nie możemy je od kogoś przy­jąć, ale żeby zaraz samemu z nich wyska­ki­wać? No bez prze­sady. Na dru­gim miej­scu pla­sują się drony, elek­tryczne desko­rolki i kamerki 4K, oczy­wi­ście z gim­ba­lem. Nie­stety je też musimy odrzu­cić z powodu eks­tre­mal­nej biedy. Zostaje opcja numer trzy, czyli hehesz­kowe koszulki. Koszulki zawsze na prop­sie, z tym że sta­cjo­nar­nie można kupić, co naj­wy­żej takie z napi­sem “Sex instruk­tor”“Kto nie ma brzu­cha, ten słabo… chę­doży”, albo “Nie potrze­buję Googla, moja dziew­czyna wie wszystko”, czyli tek­sty, które nawet 10 lat temu były suche. Jesz­cze tak nisko nie upa­dli­śmy, odrzu­camy. Dalej są gry i filmy w ste­el­bo­okach, ale tu aku­rat zacho­dzi duże ryzyko, że zdu­blu­jemy kolek­cję. Poza tym drogo w ©H, więc NOPE! Zostają książki i flaszki. Z flasz­kami łatwo, bo bie­rzemy te w ład­nym opa­ko­wa­niu i z gra­ti­so­wymi szklan­kami. Nie­stety nie wszy­scy mogą pić… a nie­któ­rzy, dla dobra świata, nie powinni. Skupmy się więc na książ­kach. Książki są spoko i zawsze się spraw­dzą na pre­zent, ale pro­blem jest taki, że jak czło­wiek kupuje je pod pre­sją, to z miej­sca doznaje amne­zji i nie potrafi sobie przy­po­mnieć ani jed­nego sen­sow­nego tytułu i nazwi­ska autora, więc w panice bie­rze to, co aku­rat leży na wysta­wie, czyli “Jak pozbyć się opony od Tira z brzu­cha?” by Karo­lina Szo­stak, albo jeden z tysiąca paź­dzie­rzy popeł­nio­nych przez Beatę Paw­li­kow­ską. Zanim po nie się­gnie­cie, odpo­wiedz­cie sobie na pyta­nie, czy aby na pewno chce­cie komuś poda­ro­wać pre­zent, czy jed­nak raka? Jeśli to pierw­sze, to nie tędy droga. Na szczę­ście macie mnie i ja wam powiem, co dla kogo. Dzięki poniż­szej ścią­gawce nie będzie­cie Grin­chami i nie znisz­czy­cie świąt.

Dla fanów thril­le­rów, sen­sa­cji i seriali Home­land / Jack Ryan

PIELGRZYM, Terry Hayes
900-stronicowa locha, która wciąga niczym cho­dze­nie po rucho­mych pia­skach. Szpie­dzy, ter­ro­ry­ści, mor­der­stwa, ataki bio­lo­giczne, etc. Gene­ral­nie wąt­ków od cho­lery, ale wszystko per­fek­cyj­nie łączy się w całość. Nie wiem ile lat autor poświę­cił na rese­arch, ale odwa­lił kawał dobrej roboty #gratki. Olej­cie Remka, bierz­cie “Piel­grzyma”. Nic lep­szego w tej kate­go­rii nie znaj­dzie­cie.

Alter­na­tywa: GENIUSZ ZBRODNI, Chris Car­ter
Niby typowy thril­le­rek, w któ­rym genialny detek­tyw tra­fia na god­nego sie­bie prze­stępcę, po czym grają sobie w inte­lek­tu­alne sza­chy, a jed­nak jakoś faj­niej mi się to czy­tało niż Cobena, Lee Childa i Jo Nesbo. Być może ci ostatni już mnie tro­chę znu­żyli, być może to Car­ter jest taki kozak. Sam już nie wiem, ale co by to nie było, nie zmie­nia to faktu, że “Geniusz zbrodni” jest spraw­dzoną opcją i raczej nie zawie­dzie obdarowanego/ej.
1
Dla fanów sci-fi

LIMES INFERIOR, Janusz A. Zaj­del
Naj­lep­sza pol­ska książka ever (nie licząc “Wiedź­mina”), abso­lutny kla­syk i must have na każ­dej półeczce. Kropka. I to nie jest tylko moje zda­nie, bo tak samo powie­dział kie­dyś Sta­ni­sław Lem. Niby lekka i krótka, ale cho­ler­nie ory­gi­nalna i z podwój­nym dnem. BTW: Inne książki Zaj­dla też wymia­tają.

Alter­na­tywa: HYPERION, Dan Sim­mons.
Też kla­syk, ale na skalę świa­tową. Sied­mioro piel­grzy­mów musi udać się na pla­netę Hype­rion, żeby zna­leźć tajem­ni­czą istotę, która jako jedyna wie, jak zapo­biec zagła­dzie ludz­ko­ści. Myk jest taki, że każdy z piel­grzy­mów może zwró­cić się z prośbą do istoty, ale wysłu­chany zosta­nie tylko jeden. Pozo­stali będą musieli zgi­nąć. Prawda, że brzmi kozacko? W rze­czy­wi­sto­ści jest jesz­cze lepiej.

2
Dla fanów fan­tasy, “Wieśka” i “Gry o tron“

DROGA KRÓLÓW, Bran­don San­der­son
Cegła grub­sza niż ency­klo­pe­dia Brit­ta­nica, ale ponoć sam miód. Ponoć, bo sam jesz­cze nie prze­brną­łem, ale zaufane źró­dła dono­szą, że rwie poślady. Bierz­cie, śmiało, osta­tecz­nie to i tak nie dla was (iksde).

Alter­na­tywa: OPOWIEŚCI Z MEEKHAŃSKIEGO POGRANICZA, Robert M. Wagner
Tego też jesz­cze nie czy­ta­łem, ale te same źró­dła, co wyżej, dono­szą, że od kiedy Sapek woli wykłó­cać się o hajs z CD Pro­jek­tem niż pisać i od kiedy Grzę­do­wicz zakoń­czył “Pana Lodo­wego Ogrodu”, to wła­śnie “Opo­wie­ści z Meekhań­skiego pogra­ni­cza”, zasia­dły na tro­nie pol­skiego fan­tasy. Podobno zry­wają czapki. Oso­bi­ście pla­nuje od nich zacząć nowy rok.

3
Dla ludzi, któ­rzy lubią poczuć dys­kom­fort psy­chiczny

MISERY, Ste­phen King
Znany pisarz roz­bija furę pod­czas zamieci śnież­nej. Babeczka, która go znaj­duje, oka­zuje się jego naj­więk­szą psy­cho­fanką. Zabiera typa do domu pod pozo­rem nie­sie­nia pomocy, a tak naprawdę robi z niego zakład­nika i zmu­sza do pisa­nia roman­si­deł z odwłoka. Myśli­cie, że skoro widzie­li­ście film, to wie­cie już wszystko? Bul­l­shit. Film jest super, ale do poziomu książki nie doska­kuje. W wer­sji papie­ro­wej dosta­jemy o wiele wię­cej tor­tur + mono­logi wewnętrzne wię­zio­nego autora, czego w fil­mie zabra­kło, a tak się składa, że wła­śnie one robią naj­więk­szą robotę. Jedna z lep­szych ksią­żek, jakie kie­dy­kol­wiek czy­ta­łem. TOP10 na luzie.

Alter­na­tywa: DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA, Jack Ket­chum
Z jed­nej strony rewe­la­cyj­nie się to czyta, z dru­giej histo­ria jest tak mocna, że zrobi wam się nie­do­brze, a Jacka Ket­chuma uzna­cie za cho­rego pojeba. Gwa­ran­tuję, że po lek­tu­rze, wasza psy­chika roz­pad­nie się na milion kawał­ków. Pole­cam.

4
Dla fanów bio­gra­fii

NIELEGALNY. MOJE DZIECIŃSTWO W RPA, Tre­vor Noah
Tre­vor Noah to popu­larny komik i gospo­darz zna­nego w USA pro­gramu “The Daily Show”. W książce opo­wiada o swoim dzie­ciń­stwie spę­dzo­nym w RPA, w cza­sach aper­the­idu. Nie bra­kuje wsta­wek o bie­dzie i rasi­zmie, ale jest też sporo o rodzi­nie i dro­dze, która dopro­wa­dziła go do kariery komika. Książka wcią­ga­jąca, nie­głu­pia i cał­kiem zabawna. Bar­dzo dobrze wspo­mi­nam.

BEKSIŃSCY. PORTRET PODWÓJNY, Mag­da­lena Grze­bał­kow­ska
Książkę prze­czy­ta­łem zanim wyszedł film “Ostat­nia rodzina” i efekt był taki, że kilka kolej­nych dni spę­dzi­łem w inter­ne­cie na oglą­da­niu obra­zów Zdzi­sława Bek­siń­skiego i słu­cha­niu sta­rych audy­cji Toma­sza. Mocno dra­ma­tyczna histo­ria, ale świet­nie się to czy­tało. Autorka odwa­liła kawał dobrej roboty. W życiu bym nie przy­pusz­czał, że aż tak mnie pochło­nie opo­wieść o ludziach, o któ­rych wcze­śniej nawet nie sły­sza­łem. Tę książkę po pro­stu zaje­bi­ście faj­nie mieć na półce.

5
Dla fanów popkul­tury i entu­zja­stów podróży

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI, Jakub Ćwiek i ziomki
Popu­larny pisarz, znany blo­ger, dzien­ni­karz z wyro­bio­nym nazwi­skiem i jesz­cze kilka osób, wpa­dają na genialny pomysł, żeby ude­rzyć do HBO i wydaw­nic­twa SQN z pro­po­zy­cją zaspon­so­ro­wa­nia im wyjazdu do USA, po miej­scach zna­nych z fil­mów i seriali (m.in. Rocky, Wal­king Dead, Ban­shee, Ave­nen­gers, Fila­del­fia), a w zamian obie­cali, że napi­szą rela­cję z tej podróży i skręcą kilka fil­mi­ków na jutuba. I wyobraź­cie sobie, że HBO i SQN na to przy­stali, i fak­tycz­nie dali im ten hajs, a oni póź­niej naprawdę napi­sali z tego rela­cje. I o tym wła­śnie jest ta książka. Nie­na­wi­dzę ich za to, bo sam mia­łem taki pomysł #zło­dzieje, ale muszę oddać, że książka wyszła rześko. Jest lekka, momen­tami zabawna, ma mnó­stwo smacz­ków i pokul­tu­ro­wego mię­cha, a co naj­gor­sze, po jej prze­czy­ta­niu, chce się wszystko rzu­cić i wyje­chać do USA. Tam wyna­jąc kam­pera i sru w długą przez Route 66. Jesz­cze bar­dziej ich nie­na­wi­dzę za to, że udało im napić z Jac­kiem Ket­chu­mem (tym fre­akiem od “Dziew­czyny sąsiedz­twa”) i to w barze, który należy do ojca Lady Gagi. Nawet Łukasz Jakó­biak by sobie lepiej tego nie zwi­zu­ali­zo­wał. Zazdro 500.

Alter­na­tyw­nie: STAN LEE. CZŁOWIEK MARVEL, Bob Bat­che­lor
Książkę kupi­łem kilka dni temu, więc nie mia­łem jesz­cze za bar­dzo czasu, żeby się za nią zabrać, ale to tak naprawdę nie ma żad­nego zna­cze­nia. Fakty są takie, że jak tylko zoba­czy­łem okładkę w księ­garni, wie­dzia­łem, że muszę ją mieć. Tak wła­snie dzia­łają mózgi popkul­tu­ro­wych fre­aków, więc jeśli macie kogoś takiego do obda­ro­wa­nia, bierz­cie w ciemno. Na pewno będzie zado­wo­lony. Poza tym nadal jeste­śmy w żało­bie po Sta­nie, więc będzie to godny salut dla czło­wieka, który dał nam od cho­lery epic­kich histo­rii. Han Chri­stians Ander­sen to leszcz przy Sta­nie Lee.

6
Dla ludzi ska­za­nych na dojazd do roboty komu­ni­ka­cją miej­ską oraz ziom­ków, któ­rym znu­dziło się czy­ta­nie ety­kiet Dome­stosa pod­czas posia­dó­wek na tro­nie

ŚWINIA RYJE W SIECI, PigOut… czyli ja
Po pierw­sze dla­tego, bo jest zabawna (przy­naj­mniej tak mówią ludzie, a ja im wie­rzę), po dru­gie, bo można ją czy­tać na raty (co roz­dział, to inna inba), czyli ide­alna do auto­busu i na tron, po trze­cie, bo potrze­buję pie­nię­dzy. 
swinia

Dla gra­czy, ner­dów i pra­wicz­ków

WOJNY KONSOLOWE, Blake J. Har­ris
Prze­ko­zacka histo­ria o woj­nie technologiczno-marketingowej pomię­dzy Nin­tendo i Segą. Sza­lone lata ’90 (’80 też) i mnó­stwo, ale to mnó­stwo mię­cha, a całość napi­sana, jak naj­lep­szy thril­ler. Poza tym zaje­bi­ście wyj­ściowe wyda­nie. +50 do sty­lówy półeczki gwarantowane


Dla mir­ków, któ­rym marzy się zało­że­nie wła­snej firmy i zaro­bie­nie miliona monet

SZTUKA ZWYCIĘSTWA, Phil Kni­ght
Opo­wieść popeł­niona przez zało­ży­ciela firmy Nike, opo­wia­da­jąca o dro­dze, jaką typ musiał przejść, aby stwo­rzyć naj­więk­sze na świe­cie impe­rium dre­sów i sprzętu spor­to­wego. Książka jest tro­chę roman­tyczna (bo wie­cie, kolo miał wiel­kie marze­nia, ale skromne środki), tro­chę w niej coachin­go­wego pier­do­lolo (suchary w stylu “Nie pod­da­waj się, zawsze jest jakiś plan B”), ale koniec koń­ców sprze­daje kopa moty­wa­cyj­nego (tak kurła, ja też tak mogę) i pomaga poukła­dać sobie róże rze­czy w gło­wie (a czyli, żeby odnieść suk­ces, trzeba jed­nak zwlec się z wyra. Shit!). Dla ludzi bez aspi­ra­cji biz­ne­so­wych też się spraw­dzi, bo to tak ogóle bar­dzo przy­jemne czy­ta­dło, w dodatku zawiera sporo smacz­ków (jak powstało logo Nike, tro­chę o spor­tow­cach, itd).

7
Dla janu­szy sportu

MIKE TYSON. MOJA PRAWDA, autor widmo
Olej­cie wszyst­kie bio­gra­fie napi­sane rów­no­waż­ni­kami zdań, trak­tu­jące o spor­tow­cach, któ­rzy są dopiero w poło­wie kariery #Ney­mar #Messi #CR7 #Lew­na­dow­ski. To popier­dołki są. Tyson to zupeł­nie inna para kalo­szy. Kom­pletna histo­ria o kole­siu, który prze­szedł drogę od zera do naj­więk­szego bok­ser­skiego mother­fuc­kera, po czym wcią­gnął nosem pół milarda dola­rów i znowu zarył dynią w dno. #Tyle­Prze­grać. I kiedy już wyda­wało się, że będzie musiał żreć gruz i spać pod mostem, nie­spo­dzie­wa­nie dostał epi­zod w “Kac Vegas” i znowu karta się odwró­ciła. Przy oka­zji jest to kolejna pozy­cja w epic­kim wyda­niu. SQN robi­cie to dobrze. 

Alter­na­tyw­nie: JORDAN RULES, Sam Smith
Nowość na naszym rynku, cho­ciaż w USA wyszła już w 1994 i sprze­da­wała się jak cie­płe bułeczki. Sku­pia się na pierw­szym mistrzo­stwie NBA zdo­by­tym przez Micha­ela Jor­dana wraz z Chi­cago Bulls. Popeł­nił ją dzien­ni­karz, który przez cały sezon miał dostęp do zawod­ni­ków i swo­bodne wej­ście do szatni, więc coś tam mu się o uszy obi­jało. Dużo mię­cha, które zmie­nia tro­chę postrze­ga­nie Micha­ela Jor­dana. Oka­zuje się, że kolo wcale nie był taki super sym­pa­tyczny jak w “Kosmicz­nym meczu”. Nope, tyrał tych swo­ich ziom­ków z dru­żyny aż miło. Jesz­cze nie doje­cha­łem do końca, bo daw­kuję sobie tylko w kabi­nie relaxu, ale czyta się bar­dzo dobrze i już wiem, że to będzie jedna z lep­szych ksią­żek o spor­tow­cach. Przy­naj­mniej pośród tych, które prze­wi­nęły się przez moje ręce.
8
Obo­wiąz­kowa dla wszyst­kich:

KRÓL SZCZURÓW, James Cla­vell 
Na chwilę obecną mój nr 1 na liście ulu­bio­nych ksią­żek. Strą­ciła z tronu “Ojca chrzest­nego”, więc to chyba naj­lep­szy dowód, że jest spo­czko. Opo­wiada o cięż­kiej egzy­sten­cji angiel­skich, ame­ry­kań­skich i austra­li­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy w trak­cie wojny o Pacy­fik, tra­fili do japoń­skiego obozu Czangi w Sin­ga­pu­rze. No lekko zde­cy­do­wa­nie nie mieli, bo jak nie doskwie­rał im głód, to dopa­dała ich mala­ria. Jed­nak nie jest to tak do końca przy­gnę­bia­jąca histo­ria. Głów­nym boha­te­rem jest żoł­nierz lawi­rant, powiedzmy, że typek w stylu “Wiel­kiego Szu”, który dosko­nale się odnaj­duje w życiu obo­zo­wym. Potrafi owi­jać sobie ludzi wokół palca, kiwać straż­ni­ków i krę­cić takie biz­nesy, że żyje mu się nie­mal po kró­lew­sku — Król Szczu­rów. Resztę sami sobie prze­czy­taj­cie. Szkoda tylko, że aktu­alne wyda­nie ma maskrycz­nie brzydką okładkę. Tak brzydką, że wam nie pokażę, sorka.


Dla fanek 50 twa­rzy Greya, Zmierz­chu i Blanki Lipiń­skiej

A to widziałeś?