popKULTURA

Kocham, lubię, szanuję, czyli bliskie mi książki

11/01/2015
Co czytać

W ostat­nim cza­sie kil­ku­krot­nie zda­rzyło się, że zosta­łem popro­szony o pole­ce­nie “jakiejś” książki. Tak się składa, że prze­czy­ta­łem w życiu kilka pozy­cji god­nych zare­ko­men­do­wa­nia, ale nie­stety pamięć mam jak złota rybka i zazwy­czaj, kiedy ktoś mnie pyta z zasko­cze­nia, część tytu­łów mi ucieka. Wykom­bi­no­wa­łem, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem będzie uło­że­nie moich “naj” ksią­żek w jedną play­li­stę i odsy­ła­nie do niej wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych, co też wła­śnie czy­nię. Jedziemy.

 

Kocham

Fol­wark Zwie­rzęcy”, Geo­rge Orwell — ponad­cza­sowa książka, którą prze­czy­ta­łem dobre kilka razy, jesz­cze kilka prze­słu­cha­łem w audio­bo­oku, a do tego dorzu­ci­łem ekra­ni­za­cję fil­mową. Jest abso­lut­nie genialna. Uka­zuje mecha­nizm dzia­ła­nia tota­li­ta­ry­zmu na przy­kła­dzie zwie­rząt hodow­la­nych, które wygnały ludzi i same zaczęły rzą­dzić fol­war­kiem. Puenta jest taka, że każda rewo­lu­cja koń­czy się tak samo: “zwie­rzęta w ogro­dzie patrzyły to na świ­nię, to na czło­wieka, potem znów na świ­nię i na czło­wieka, ale nikt już nie mógł się poła­pać, kto jest kim”. “Fol­wark zwie­rzęcy” zde­cy­do­wa­nie powi­nien być obo­wiąz­kową lek­turą szkolną. Nie wiem jak jest obec­nie, ale za moich cza­sów nie był.

 
“Ojciec chrzestny”, Mario Puzo — naj­lep­sza i naj­słyn­niej­sza powieść gang­ster­ska ever. Mario Puzo prze­nosi nas do Nowego Jorku rzą­dzo­nego przez sycy­lij­skie rodziny mafijne, z Don Vito Cor­le­one na czele, dla któ­rych naj­waż­niej­szymi war­to­ściami są sza­cu­nek i lojal­ność, ale w walce o wła­dzę, wpływy i pie­nią­dze, nie cofają się przed prze­mocą i bru­tal­nymi mor­der­stwami, a za każdą krzywdę wyrzą­dzoną rodzi­nie, odpo­wia­dają odwe­tem. Trzy­ma­jąca w napię­ciu fabuła, bły­sko­tliwa nar­ra­cja, dosko­nale nakre­ślone postaci, genialny kli­mat, koń­ski łeb i can­noli. Pozy­cja obo­wiąz­kowa. Ekra­ni­za­cja fil­mowa rów­nie dosko­nała.

 
Twór­czość Janu­sza A. Zaj­dla — tu wyjąt­kowo autor a nie tytuł, bo wszystko, co napi­sał jest abso­lut­nie genialne. Trzy rze­czy w życiu są pewne — śmierć, podatki i to, że zacznę mole­sto­wać ludzi tek­stami w stylu “a czy­ta­łeś Zaj­dla?”, kiedy temat zej­dzie na książki. Czapki z głów za cało­kształt, a szcze­gól­nie za “Limes infe­rior”, “Cylin­der van Troffa” i “Para­dy­zję”. Twór­czość Zaj­dla ma dwa obli­cza. Pierw­sze to histo­rie, które rów­nie bły­sko­tli­wie jak u Orwella, omi­nęły cen­zurę i prze­my­ciły kry­tykę tota­li­tar­nych ustro­jów poli­tycz­nych. Dru­gie to bar­dzo dobre sci-fi ze wstaw­kami nauko­wymi, które są tak cie­ka­wie i przy­stęp­nie opi­sane, że chce się wię­cej. Nikt nie wytłu­ma­czy Ci tak dobrze, jak Zaj­del, czym jest efekt Corio­lisa. Gdyby Zaj­del uczył mnie fizyki w pod­sta­wówce, praw­do­po­dob­nie skoń­czył­bym poli­budę. Nie­stety, kiedy pozna­łem jego twór­czość było już po pto­kach. Tutaj ukłony w stronę mojego brata, który zagro­ził, że spu­ści mi łomot, jeśli nie wezmę na warsz­tat twór­czo­ści pana Janu­sza. Na jego obronę mogę powie­dzieć, że wcze­śniej pró­bo­wał po dobroci, ale kiedy zaja­wił lekko tema­tykę, nazy­wa­łem go ner­dem i kaza­łem się gonić. #mło­dość #buta #ingo­ran­cja #słu­chaj­cie­sta­ry­szych

 
“Saga o Wiedź­mi­nie”, Andrzej Sap­kow­ski — czy jest na sali ktoś, kto nigdy nie sły­szał o Geral­cie z Rivii? Pogromcy strzyg, wiwer, endriag, wil­ko­ła­ków i skur­wy­sy­nów? O Wiedź­mi­nie, który musiał zmie­rzyć się z wła­snym prze­zna­cze­niem? Jeśli tak, to jedyną oko­licz­no­ścią łago­dzącą jest fakt, że wła­śnie wybu­dzi­łeś się z wie­lo­let­niej śpiączki. “Saga o Wiedź­mi­nie” to naj­lep­sza rzecz jaka kie­dy­kol­wiek została napi­sana w naszym kraju. Nie­sa­mo­wita przy­goda w świe­cie fan­tasy, wyra­zi­ste postaci, bły­sko­tliwe dia­logi, nie­ba­nalny humor. Abso­lutny lider jeśli cho­dzi o ilość zapi­sa­nych cyta­tów na moim kun­dlu. Wciąż wie­rzę, że HBO zrobi kie­dyś serial na pod­sta­wie sagi, a tym­cza­sem cze­kamy na film w reży­se­rii Toma­sza Bagiń­skiego. Pierw­szą ekra­ni­za­cję wyrzu­camy z pamięci. To było zło­oooo.

 
“Lot nad kukuł­czym gniaz­dem”, Ken Kesey — kla­syka świa­to­wej lite­ra­tury. Nie­po­korny szu­ler, dziw­karz i awan­tur­nik, Ran­dle McMur­phy, symu­luje cho­robę psy­chiczną, aby unik­nąć odsiadki w wię­zie­niu. Tra­fia do wariat­ko­wowa, gdzie ani przez chwilę nie pla­nuje dosto­so­wać się do obo­wią­zu­ją­cych reguł. Bun­tuje pozo­sta­łych pacjen­tów, co cał­ko­wi­cie para­li­żuje pracę pla­cówki zarzą­dza­nej przez sady­styczną Sio­strę Oddzia­łową. Postawa McMur­pheygo zmie­nia się dopiero w momen­cie, kiedy dociera do niego, że wol­no­ści odzy­ska tylko wtedy, gdy per­so­nel, któ­remu tak bar­dzo zaszedł za skórę, uzna go za wyle­czo­nego. Gdyby nie obawa, że zabrzmi to gejow­sko, napi­sał­bym, że “Lot nad kukuł­czym gniaz­dem” to wspa­niała zaje­bi­sta opo­wieść o wol­no­ści, bun­cie i przy­jaźni. Tak się zło­żyło, że przy oka­zji jest to już kolejna książka z listy, która docze­kała się świet­nej ekra­ni­za­cji. Jack Nichol­son w roli McMurphey’ego poza­mia­tał, a Sio­stra Oddzia­łowa w wyko­na­niu Louise Flet­cher, to jeden z bar­dziej pamięt­nych czar­nych cha­rak­te­rów w histo­rii kina.

 
“Pan lodo­wego ogrodu”, Jaro­sław Grzę­do­wicz — a gdyby tak śre­dnio­wiecz­nego ryce­rza wypo­sa­żyć w zdo­by­cze naj­now­szej tech­niki? Vuko Drak­ka­inen, pół polak, pół fin, w dodatku wycho­wany w Chor­wa­cji, zostaje wysłany na pla­netę Mid­ga­ard, gdzie ma odszu­kać naukow­ców zagi­nio­nych pod­czas pro­wa­dze­nia misji badaw­czej. Mid­ga­ard roz­wo­jowo jest na eta­pie śre­dnio­wie­cza, nato­miast Vuko bli­żej do Neo z Matriksa. Na ziemi prze­szedł spe­cjalne szko­le­nia bojowe, a gdyby to wciąż nie wystar­czało, w gło­wie ma wsz­cze­pio­nego cyfrala, paso­żyt­ni­czego grzyba przy­spie­sza­ją­cego reak­cje orga­ni­zmu i uspraw­nia­ją­cego mózg, czyli jest na więk­szym dopingu niż Lance Arm­strong na Tour de France. Szu­ka­jąc bada­czy, Vuko wpad­nie w nie­jedno guano i nie raz cyfral ura­tuje mu dupę. Pomysł i wyko­na­nie rześ­kie. “Pan lodo­wego ogrodu” to druga naj­waż­niej­sza pol­ska saga fan­tasy i kolejny gotowy mate­riał na seria­lowy hit dla HBO.

 
“Złap mnie jeśli potra­fisz”, Frank Wil­liam Aba­gnale, Stan Red­ding — kto widział film z DiCa­prio ten wie, o co cho­dzi. Praw­dziwa histo­ria Franka Abagnale’a, który kradł kasę i kan­to­wał wiel­kie kor­po­ra­cje, zanim w ogóle Wilk z Wall Street nauczył się korzy­stać z noc­nika. W dodatku robił to tak kre­atyw­nie i sty­lowo, że zamiast go potę­piać, trzyma się za niego kciuki. Może i nie jest to naj­wy­bit­niej­sza książka ever, ale who cares? Mam do niej sła­bość, bo zaje­bi­ście zazdrosz­czę Fran­kowi życio­rysu i podzi­wiam za fan­ta­zję, nawet jeśli połowa opi­sa­nych wyda­rzeń to bujda na reso­rach.

 
“Dal­las ’63″, Ste­phen King — wielu hej­tuje “Dal­las” twier­dząc, że jest to nie­udany eks­pe­ry­ment Kinga z nowym gatun­kiem lite­rac­kich. Cóż, dla mnie to była uczta. Główny boha­ter korzy­sta­jąc z tajem­ni­czego por­talu, cofa się w cza­sie do roku 1958, gdzie pró­buje nie dopu­ścić do zama­chu na pre­zy­denta Johna F. Kennedy’ego. Książka jest gruba jak Gry­canka, akcja momen­tami stoi w miej­scu jak ruch na auto­stra­dzie A1 w środku lipca, ale kli­mat jest tak hip­no­ty­zu­jący, że nie mogłem się ode­rwać. King świet­nie przy­bliża czy­tel­ni­kom kolo­ryt Sta­nów Zjed­no­czo­nych z lat ’60 i oko­licz­no­ści zama­chu na Kennedy’go, a do tego mamy motyw podróży w cza­sie oraz kon­se­kwen­cje, jakie powstają w przy­szło­ści, gdy “grze­bie się” w prze­szło­ści. Lek­tura cud malina.

 
“Cykl ksią­żek o Hani­ballu Lec­te­rze”, Tho­mas Hariss — Tho­masa Harissa trzeba sza­no­wać, bo jest auto­rem, który dał światu postać Hani­balla Lec­tera i pośred­nio, dosko­nały film “Mil­cze­nie owiec”. Cykl ksią­żek o kani­balu — Hani­ballu poko­cha­łem jesz­cze za cza­sów liceum i do dzi­siaj jest dla mnie punk­tem odnie­sie­nia w kate­go­rii “thril­ler”. Trzy­ma­jące w napię­ciu fabuły, mocne postaci i bły­sko­tliwe dia­logi. Histo­ria o seryj­nym mor­dercy, który ludz­kie mięso popija kie­lisz­kiem Chianti to nie w kij dmu­chał. Tak się kuźwa pisze książki, a nie jakieś pier­do­lolo o bro­ka­to­wych wam­pi­rach. Chyba znowu wezmę Harissa na warsz­tat. Oczy­wi­ście odsy­łam rów­nież do fil­mów z genialną kre­acją Anthony’ego Hop­kinsa w roli Hani­balla Lec­tera.

 

Lubię

 
“Gringo wśród dzi­kich ple­mion”, Woj­ciech Cej­row­ski — Cej­row­skiego można nie lubić za bez­kom­pro­mi­sowe biczo­wa­nie “lewac­twa” (można go też za to lubić jesz­cze bar­dziej), ale trzeba mu oddać, że w kwe­stii publi­cy­styki podróż­ni­czej wymiata. Poza genial­nym cyklem doku­men­tal­nym “Boso przez świat”, ma też w CV kilka uda­nych ksią­żek, a wśród nich mój fawo­ryt, “Gringo wśród dzi­kich ple­mion”. “Gringo” to nie­sa­mo­wi­cie lekka w odbio­rze, sarkastyczno-ironiczna opo­wieść o życiu dzi­kich ple­mion. Jej siła tkwi w cel­nym wypunk­to­wa­niu róż­nić w poj­mo­wa­niu i odbio­rze rze­czy­wi­sto­ści przez “bia­łych” i “dzi­kich”. Absurdy jak w “Misiu”. Nie bra­kuje też aneg­do­tek, przy któ­rych zda­rzyło mi się publicz­nie par­sk­nąć śmie­chem #ztm. Ta typowa dla Cej­row­skiego non­sza­lan­cja w nar­ra­cji, zde­cy­do­wa­nie do mnie prze­ma­wia. Gdyby Cej­row­ski uczył mnie geo­gra­fii w pod­sta­wówce, dzi­siaj pew­nie był­bym naczel­nym Natio­nal Geo­gra­phic.

Cie­ka­wostka: Wie­dzie­li­ście, że Cej­row­ski był mężem Paw­li­kow­skiej? Dopóki Beata sie­działa w kuchni, wszystko było cacy. Nie­stety pozaz­dro­ściła Wojt­kowi zaje­bi­sto­ści i posta­no­wiła, że też napi­sze książkę. Po dru­gim roz­dziale Cej­row­ski zło­żył pozew roz­wo­dowy i dał nogę do Mek­syku.

 
“Zdolny uczeń”, Ste­phen King — King po raz drugi, ale tym razem w for­mie opo­wia­da­nia. Nasto­la­tek odkrywa, że na jego ulicy mieszka hitle­row­ski zbrod­niarz, ukry­wa­jący się pod zmie­nio­nym nazwi­skiem. Nie wydaje go poli­cji, ale “wspól­nej tajem­nicy” używa do szan­tażu i zmu­sza star­szego czło­wieka do dzie­le­nia się wspo­mnie­niami z cza­sów wojny. Począt­kowa cie­ka­wość nasto­latka prze­ra­dza się w nie­zdrową fascy­na­cję nazi­zmem, a do byłego ofi­cera “SS” wra­cają demony prze­szło­ści, o któ­rych przez lata pró­bo­wał zapo­mnieć. Mocna opo­wieść o utra­cie empa­tii i czło­wie­czeń­stwa, która docze­kała się rów­nie uda­nej ekra­ni­za­cji, z lekko pod­ra­so­wa­nym tytu­łem, “Uczeń sza­tana”. W roli eme­ry­to­wa­nego SS-mana wystą­pił Gan­dalf, czyli Ian McKel­len. Opo­wia­da­nie znaj­dzie­cie w zbio­rze “Cztery pory roku”, który zawiera rów­nież “Ska­za­nych na Shaw­shank”.

 
“Mar­sja­nin”, Andy Weir — histo­ria astro­nauty, który w wyniku wypadku zostaje sam na Mar­sie i musi cze­kać aż 4 lata na pomoc, dys­po­nu­jąc przy tym tylko rocz­nymi zapa­sami żyw­no­ści. Przed nim spory pro­blem, czyli prze­trwa­nie nad­pro­gra­mo­wych 3 lat. Zalety: bar­dzo cie­kawy pomysł, lek­kie pióro, dużo smacz­ków nauko­wych poda­nych w przy­stęp­nej for­mie i nie­prze­ciętne poczu­cie humoru. Książka warta pole­ce­nia nawet jeśli widziało się film i ma się co do niego mie­szane uczu­cia. Tu i tu dosta­jemy zupeł­nie inny kli­mat. Wię­cej o książce pisa­łem tu klik!

 
“Tor­tilla flat”, John Ste­in­beck — nie potra­fię wytłu­ma­czyć dla­czego wła­ści­wie lubię tę książkę, ale jakimś cudem sie­dzi mi w gło­wie, odkąd ją prze­czy­ta­łem. Opo­wiada o włó­czy­kiju Dan­nym i grupce jego przy­ja­ciół, lek­ko­du­chach gar­dzą­cych pracą, któ­rzy każdy dzień spę­dzają na leże­niu, zale­ca­niu się do zamęż­nych babek i piciu wina lub kom­bi­no­wa­niu jak owe wino zdo­być. Jest to pro­sta histo­ria o wol­no­ści, napi­sana w bar­dzo dobrym stylu, z lek­kim humo­rem i “nie­ty­po­wym” sys­te­mem war­to­ści głów­nych boha­te­rów. Po pro­stu lubię.

 
“Cykl inkwi­zy­tor­ski”, Jacek Pie­kara — seria ksią­żek, w któ­rych głów­nym boha­te­rem jest Inkwi­zy­tor Jego Eks­ce­len­cji biskupa Hez-Hezronu, Mor­di­mer Mad­der­din. W mojej opi­nii jest to drugi, zaraz po Geral­cie z Rivii, naj­lep­szy książ­kowy boha­ter ever i wła­śnie w tej postaci tkwi siła ksią­żek. Mor­di­mer uważa się za czło­wieka gor­li­wej wiary i gorą­cego serca, Sługę Bożego, Młot na cza­row­nice i Miecz w rękach Anio­łów. Jest czło­wie­kiem inte­li­gent­nym, spryt­nym, sumien­nie wyko­nu­ją­cym swoje obo­wiązki i pozor­nie skrom­nym, ale kiedy nikt nie patrzy, kup­czy i mata­czy lepiej niż pol­scy poli­tycy, z tą róż­nicą, że do wszyst­kiego potrafi dopo­wie­dzieć dobre wytłu­ma­cze­nie. Fabu­lar­nie seria prze­żywa wzloty i upadki, ale pod wzglę­dem dia­lo­gów i nie­kon­wen­cjo­nal­nych roz­wią­zań kolej­nych śledztw Mor­di­mera, nie ma sobie rów­nych. Pole­cam rów­nież w audio­bo­oku.

 
“Kłamca”, Jakub Ćwiek — lek­tura łatwa, lekka i przy­jemna, w któ­rej autor peł­nymi gar­ściami czer­pie z popkul­tury, mitów i reli­gii, a następ­nie wszyst­kie te skład­niki wrzuca do blen­dera, dopra­wia sar­ka­stycz­nym humo­rem i mik­suje jakby był pie­przo­nym Davi­dem Guettą. Głów­nym boha­te­rem jest Loki (tak, brat Thora), patron oszu­stów i zdraj­ców, który przy­po­mina tro­chę “Młode wilki” z “Kil­le­rów dwóch”, czyli jak trzeba to wymusi okup, ścią­gnie haracz i jeb­nie ze łba, ale głów­nie wyko­nuje brudną robotę dla anio­łów, wkra­cza­jąc do akcji, kiedy trzeba odstrze­lić jakie­goś poga­nina. Dobry humor, lek­kie pióro i fajna zabawa kon­wen­cją. Ide­alna do czy­ta­nia w auto­bu­sie.

 
“Gra Endera”, Orson Scott Card — jedna z naj­lep­szy ksią­żek ever w gatunku sci-fi, o czym może świad­czyć wiele pre­sti­żo­wych nagród. Akcja roz­grywa się w odle­głej przy­szło­ści. Nad Zie­mią wisi wizja zagłady z powodu wojny pro­wa­dzo­nej z obcą cywi­li­za­cją (robali). Jedyną nadzieją dla ludz­ko­ści jest Ender, młody, nie­prze­cięt­nie inte­li­gentny chło­piec, który prze­cho­dzi spe­cja­li­styczne szko­le­nie, aby pokie­ro­wać ziem­skimi siłami w decy­du­ją­cym star­ciu z kosmicz­nymi roba­lami. Wiem, wiem, z opisu zapo­wiada się więk­szy kicz niż “Power Ran­gers”, ale to tylko złu­dze­nie. Książka wymiata i przy oka­zji jest jak Shrek i cebula — ma war­stwy, w któ­rych ukry­tych jest wiele smacz­ków. “Ender” docze­kał się tez ekra­ni­za­cji fil­mo­wej z Har­ri­so­nem For­dem w jeden z ról, ale dupy nie urywa. Książka znacz­nie lep­sza.

 
“Mil­le­nium”, Stieg Lars­son — kul­towa try­lo­gia, która ostat­nio została wzbo­ga­cona o czwartą cześć, napi­saną przez autora “z dru­giego tło­cze­nia”. Ja odno­szę się tylko do ory­gi­nal­nych trzech tomów. Na wstę­pie muszę powie­dzieć, że śred­nio jaram się skan­dy­naw­skimi kry­mi­na­łami, jak dla mnie wszyst­kie są iden­tyczne, ale “Mil­le­nium” to naprawdę kawał solid­nej lek­tury. Żeby zbu­do­wać taką intrygę, tyle powią­zań i zwro­tów akcji, trzeba (było) mieć łeb jak sklep. Nie podej­muję się nawet zaja­wie­nia fabuły, bo wąt­ków jest tak dużo, że nie skoń­czył­bym do jutra. Po pro­stu lek­tura do bra­nia w ciemno. Jest tajem­nica, śmierć, szan­taże, prze­moc fizyczna, mole­sto­wa­nie, ataki hac­ker­skie, śledz­two, brudny szmal, służby wywia­dow­cze, trój­kąty i cycki. Jest wszystko.

 
“Pieśń lodu i ognia”, George’a R.R. Mar­tin — kul­towa saga, któ­rej seria­lowa ekra­ni­za­cja, “Gra o tron”, pod­biła miliony serc na całym świe­cie, a w Pol­sce to już w ogóle poza­mia­tała. Podobno zaj­mu­jemy dru­gie miej­sce na świe­cie pod wzglę­dem pira­ce­nia tego tytułu #całe­ży­cie­drugi. “Pieśń lodu i ognia” to epicka opo­wieść o kró­lach, rycer­zach, kur­wach i zło­dzie­jach, prze­peł­niona bru­tal­nymi mor­der­stwami, pikant­nymi orgiami, poli­tycz­nymi sza­chami, ostrymi jak brzy­twa dia­lo­gami i nagłymi zwro­tami akcji. Boha­te­rów są dzie­siątki, ale nie warto się do nich zbyt­nio przy­wią­zy­wać, bo Geo­rge Mar­tin prę­dzej czy póź­niej i tak wszyst­kich uśmierci. Saga długo była w dziale “kocham”, ale nie­stety zali­czyła spa­dek do “lubię”, kiedy gdzieś w oko­li­cach 6 tomu stra­ciła impet i zaczęła ostro męczyć bułę, mimo to wciąż zasłu­guje na reko­men­da­cję.

 
Steve Jobs, Wal­ter Isa­ac­son — nie jestem fanem Apple, cho­ciaż nie można powie­dzieć, że nie pró­bo­wa­łem. Mia­łem kie­dyś iPhone’a, ale ten zamknięty sys­tem tak mnie wkur­wiał, że pra­wie wyrzu­ci­łem go przez okno, z resztą to samo prze­ra­biam, kiedy pró­buję zdzia­łać coś na Madzi Macu. Nie, po pro­stu to nie moja bajka. Mimo to, bio­gra­fię Jobsa uwa­żam za naj­lep­szą, jaką kie­dy­kol­wiek czy­ta­łem. Jej siłą jest fakt, że poza chro­no­lo­gicz­nym przy­to­cze­niem kolej­nych losów, dosko­nale rysuje przed czy­tel­ni­kiem cha­rak­ter sza­leń­stwo Jobsa. Nie jest to laurka, wręcz prze­ciw­nie, w więk­szo­ści czy­tamy o jego ciem­nej stro­nie. Naprawdę kawał solid­nej lek­tury o nie­tu­zin­ko­wym czło­wieku, który poza stwo­rze­niem bez­na­dziej­nego sprzętu #tro­lo­lolo, doło­żył cegiełkę do cudow­nego pro­jektu, jakim bez wąt­pie­nia jest Pixar. Za to sza­cun.

 

Sza­nuję

 
“Nie tylko w Ravens­bruck”, Michał Pio­trow­ski — teraz lecę nepo­ty­zmem jak “czło­nek” PSL-u, bo tak się składa, że książka jest autor­stwa mojego śp. wujka, ale ani tro­chę nie umniej­sza to jej war­to­ści histo­rycz­nej. W cza­sie II wojny świa­to­wej wujek brał udział w obro­nie War­szawy, a po kapi­tu­la­cji dołą­czył do ruchu oporu. W wieku 17 lat został aresz­to­wany przez gestapo, które ode­słało go pierw­szym war­szaw­skim trans­por­tem do KL Auschwitz. Stam­tąd prze­no­szono go kolejno do obo­zów w Neu­en­gamme, Ravens­bruck i Sachen­hau­sen. 2 maja 1945 roku został wyzwo­lony przez woj­ska ame­ry­kań­skie. Książka jest zbio­rem wstrzą­sa­ją­cych wspo­mnień z lat spę­dzo­nych w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Mocny mate­riał.

 
“Czy­ta­dła” Dana Browna — seria ksią­żek, gdzie głów­nym boha­te­rem jest histo­ryk Robert Lang­don, który w każ­dej czę­ści obo­wiąz­kowo musi się wpier­do­lić w sam śro­de­czek spi­sku maso­nów i ilu­mi­na­tów (bo to dwie różne dru­żyny, prawda?). Lek­tury Dana Browna z jed­nej strony są naiwne i prze­peł­nione bul­l­shi­tem, ale rów­no­cze­śnie mega wcią­ga­jące i lek­kie w odbio­rze. Czyta się jed­nym tchem i trzeba je doce­nić za szcze­gó­łowy rese­arch histo­ryczny (zawsze spraw­dzam w necie, czy mnie nie wkręca). Nie jest to pisar­skie mistrzo­stwo świata, ale dosko­nale się spraw­dza jako chwila odde­chu mię­dzy kolej­nymi tysiąc+ stro­ni­co­wymi kni­gami fan­tasy. Nic mniej, nic wię­cej. BTW: Dan Brown stwo­rzył postać bla­dego popa­prańca zanim stało się to modne #Edward

 
“Ja, Ozzy”, Ozzy Osbo­urne, Chris Ayres — (auto)biografia woka­li­sty kul­to­wego Black Sabath, ikony i legendy rocka. W środku mnó­stwo tzw. “mię­cha” i zabaw­nych aneg­do­tek. Ozzy, że tak powiem, nie pier­doli się w tańcu i wykłada na ławę wszystko, co ma. Są opisy orgii z fan­kami, oko­licz­no­ści słyn­nego odgry­zie­nia głowy nie­to­pe­rza, eks­cesy nar­ko­ty­kowe i kulisy powsta­wa­nia jego naj­więk­szych hicio­rów. Bio­gra­fia kom­pletna. Jedna z lep­szych jakie w życiu czy­ta­łem i auten­tycz­nie zabawna.

 
“Czy­ta­dła” Johna Gri­shama — nie wiem czemu, ale mam sła­bość do powie­ści praw­ni­czych spod pióra Gri­shama. Sprawa tym bar­dziej dziwna, bo jak prze­czyta się jedną to tak, jakby prze­czy­tało się wszyst­kie. Zazwy­czaj jego fabuły spro­wa­dzają się do walki mię­dzy bied­nym praw­ni­kiem z małej kan­ce­la­rii a zastę­pem reki­nów adwo­ka­tury repre­zen­tu­ją­cych bogatą kor­po­ra­cję. Z góry wia­domo jaki będzie finał, ale i tak przy­jem­nie się to czyta. Jeśli tra­fi­łaby mi się jakaś nie­spo­dzie­wana podróż i miał­bym na szybko kupić książkę na dworcu, celo­wał­bym wła­śnie w Gri­shama i to bez spraw­dza­nia okład­ko­wych reko­men­da­cji, bo tam i tak zna­la­zł­bym tylko tekst “naj­lep­sza powieść Gri­shama od cza­sów Firmy”. Gri­sham to lite­racki pew­niak, który mimo iż prze­wi­dy­walny, nie scho­dzi poni­żej pew­nego poziomu. Być może moja sym­pa­tia wynika też z dużej ilo­ści bar­dzo dobrych fil­mów, które powstały na bazie jego ksią­żek, m.in. “Firma”, “Klient”, “Raport Peli­kana” i “Czas Zabi­ja­nia”.

 
“Che­mia śmierci”, Simon Bec­kett — pierw­sza i zara­zem jedyna cześć sagi o przy­go­dach antro­po­loga sądo­wego, Davida Hun­tera, która wykra­cza pozio­mem poza prze­cięt­ność. Fabuła niczym w “Ojcu Mate­uszu”, czyli akcja roz­grywa się w małej, zabi­tej dechami pipi­dó­wie, ale za to trup ściele się gęsto, jakby był to co naj­mniej Nowy Jork. Książ­kowa poli­cja oka­zuje się rów­nie bez­radna jak ta z naszych ulic, więc w akcje roz­pa­czy, o pomoc w śledz­twie zwraca się wła­śnie do dok­tora Hun­tera, który godzi się dopiero, kiedy porwana zostaje jego zna­joma. Ele­men­tem odróż­nia­ją­cym “Che­mię śmierci” od miliona innych ksią­żek w tym stylu, jest bar­dzo udane przy­bli­że­nie codzien­nej pracy antro­po­loga sądo­wego (książka była wcze­śniej niż serial “Kości”), dużo smacz­ków i intryga, która nie pozwala prze­rwać lek­tury zanim nie dowiemy się, kto zabił. Nie­stety kolejne tomy to już nie ta liga. Mor­dercę odga­dy­wa­łem w poło­wie fabuły.

 
“Sejf”, Tomasz Sekiel­ski — podob­nie jak sam autor, książka oka­zała się duuuużą .….. nie­spo­dzianką. Ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy o niej z kum­plem i zgo­dzi­li­śmy się, co do tego, że Sekiel­skiemu nie udało się stwo­rzyć postaci, które zapa­dłyby w pamięć i za które trzyma się kciuki, ale sam pomysł miał przedni i wykre­owany świat też daje radę. Faj­nie, że książ­kowe loka­li­za­cje mają odnie­sie­nie w rze­czy­wi­sto­ści. Wydaje się, że pró­bo­wał stwo­rzyć pol­skie “Mil­le­nium” i fak­tycz­nie mamy grubą intrygę zło­żoną z kilku wąt­ków, które osta­tecz­nie połą­czą się w jedną całość, ale z każ­dym kolej­nym tomem, wszystko coraz bar­dziej się roz­jeż­dża i zaczyna pękać w szwach. Mimo to, pierw­szy tom wspo­mi­nam dobrze, utkwił mi w pamięci. Smacz­kiem jest, że nie­któ­rzy boha­te­rowi są wyraź­nie wzo­ro­wani na praw­dzi­wych oso­bach z naszej sceny dziennikarsko-politycznej i nie­trudno zga­dać, o kogo cho­dzi.

 
“Kowal. Praw­dziwa histo­ria” / “Szamo”, Krzysz­tof Sta­now­ski — dwie książki w jed­nym punk­cie, bo raz, łączy je ten sam autor i dwa, są bar­dzo podobne, opo­wia­dają o karie­rach eme­ry­to­wa­nych pił­ka­rzy, w zasa­dzie zlały mi się w jedną całość. W świe­cie poważ­nej lite­ra­tury są tro­chę jak “Ona tań­czy dla mnie” w muzyce, ale biorę to na klatę. Sza­nuję je, bo dały mi kilka chwil roz­rywki i odmóż­dże­nia. Sta­now­ski ma bar­dzo dobre pióro, umie wycią­gnąć od pił­ka­rzy śred­nio inte­re­su­jącą aneg­dotkę i opi­sać ją w taki spo­sób, że ciężko nie par­sk­nąć śmie­chem. Poza tym można sporo się dowie­dzieć o kuli­sach pol­skiego sportu. Naprawdę dużo “mię­cha”. Wyli­czanki po nazwi­sku, kto się upił, kto się sprze­dał, kto prze­krę­cił. Kika godzin relak­su­ją­cej roz­rywki.

A to widziałeś?

  • Kocham “Ojca chrzest­nego”, to moja abso­lut­nie uko­chana powieść <3
    “Lot nad kukuł­czym gniaz­dem”, “Szamo” i “Kowal” wciąż przede mną 🙂

    • Nie lubię “Ojca chrzest­nego” nie powie­dział nigdy nikt. Co do “Szamo” i “Kowala” to głowy nie dam, że Ci podej­dzie, ale jestem spo­kojny w kwe­stii “Lotu nad kukuł­czym gniaz­dem”. Kawał dobrej lek­tury. Ja z kolei buszuje na Twoim blogu po dziale “seriale”.

  • Widzę, że kochamy i lubimy podobne książki, chyba będę musiała nad­ro­bić resztę, które polecasz 🙂

  • Cej­row­skiego uwiel­biam za “Gringo” <3 Han­ni­bala prze­czy­ta­łam w cza­sach liceum– chyba pora wró­cić i pode­lek­to­wać się na nowo 😉 Wiedź­mina wła­śnie czyta mąż– usta­wi­łam się w kolejce 😉

  • Gra Endera”, Orson Scott Card – jedna z naj­lep­szy ksią­żek ever w gatunku sci-fi, o czym może świad­czyć wiele pre­sti­żo­wych nagród. ” — potwier­dzam! Mnie się ta książka bar­dzo podo­bała i pamię­tam, że potem czy­ta­łam resztę czę­ści na lek­cjach, cho­wa­jąc tele­fon pod ławką 🙂 Nie mówiąc już o tym, że byłam bar­dzo zdzi­wiona, że powieść jest tak mało znana i chyba dopiero gdy nakrę­cono ekra­ni­za­cję, to zro­biło się o niej tro­chę wię­cej szumu. A szkoda, bo książka bar­dzo wartościowa! 🙂

    • Wydaje mi się, że tylko w Pol­sce jest niszowa. Patrząc glo­bal­nie, ma cał­kiem sporą grupkę fanów.

  • Zain­try­go­wa­łeś Van­drera tym Zaj­dlem, sowa musi się dowie­dzieć w czym rzecz. Plus za doce­nie­nie Carda — Czy­ta­łeś dal­sze tomy z cyklu o Ende­rze ? Pierw­szy jest świetny ale dopiero całość daje ogląd geniu­szu autora i tego czym jest dobre scifi odpo­wia­da­jące na filo­zo­ficzne pyta­nia pod płasz­czy­kiem opisu robali i innych kosmitów.

    • Zaj­del to jest abso­lutny top dla mnie, z resztą nie bez powodu jego imie­niem nazwano naj­waż­niej­szą pol­ska nagrodę w kate­go­rii ksią­żek fan­tasy. Endera prze­czy­ta­łem tylko pierw­szą część, ale jak naj­bar­dziej pla­nuje wziąć na warsz­tat całą resztę. Jesz­cze nie wiem, kiedy znajdę na to czas, ale to się wydarzy 😉

      • Niech się wyda­rzy czym prę­dzej. To co wyszło z głowy Carda i pyta­nia jakie posta­wił przed czy­tel­ni­kiem są genialne!

        • Po tym komen­ta­rzu, Orson awan­so­wał o kil­ka­na­ście pozy­cji na liście “must read”.

  • Jacek Szat­kow­ski

    Ja bym dodał Ste­vena Say­lora, twórcę postaci Gor­dia­nusa Poszu­ki­wa­cza, czyli detek­tywa w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie w cza­sach początku Cesar­stwa. To cała seria ksią­żek lep­szych lub gor­szych ale zawsze fascy­nu­ją­cych. Ja polecam…

  • W miarę jak czy­ta­łem Twoją listę, z coraz więk­szym podzi­wem kiwa­łem głową. Wiesz co dobre. Mam zgryz co Ci mogę dorzu­cić do listy — spró­buj Adama Prze­chrztę — cykl o “Demo­nach…” — osa­dzone w realiach II WŚ, niczego wię­cej nie zdra­dzam. Wciąga do bólu i eks­tazy. Z Pie­karą i Mor­ti­me­rem mam pro­blem, bo cykl jest bar­dzo nie­równy. Są genialne czę­ści, są nie­stety “komer­cyj­niaki” na miarę Ludluma 😉

  • kolo­lolo

    70% czy­ta­łem, zaczy­nam Mar­sja­nina po Twoim wpi­sie 🙂 dziękii

    PS: “Dal­las” to jedna z lep­szych ksią­żek jakie kie­dy­kol­wiek czy­ta­łem, ten kli­ma­cik ech