popKULTURA

Klucz do wieczności — iść czy nie iść?

29/07/2015
Klucz do wieczności

W week­end urzą­dzi­li­śmy sobie z Madzią dzień bez pirac­twa i poszli­śmy do kina. Nale­ga­łem na “Ant-Mana”, ale Madzia powie­działa że nie ma takiej opcji, “dość fil­mów na bazie komik­sów i o lotach w kosmos” powie­działa. Fuck! Po odfil­tro­wa­niu zaka­za­nych moty­wów do wyboru pozo­stał “Klucz do wiecz­no­ści” i “Magic Mike XXL.… tylko “Klucz do wiecz­no­ści”. Przy­ją­łem to na miękko, bo zajawka była cał­kiem obie­cu­jąca i w dodatku Filmweb’owy algo­rytm osza­co­wał praw­do­po­do­bień­stwo, że film mi się spodoba, na 72%. Not bad. Od sie­bie doda­łem dodat­kowe punkty za ory­gi­nalny sce­na­riusz. W końcu pro­duk­cja, która nie jest żad­nym sequ­elem ani rebo­otem, co sta­nowi ewe­ne­men­tem przy dotych­cza­so­wych pre­mie­rach 2015, z resztą sami spójrz­cie — Szybcy i Wście­kli 7, Aven­gers 2, Mad Max 4, Juras­sic Word 4, Magic Mike 2, itd, itp. Po zsu­mo­wa­niu wszyst­kich powyż­szych czyn­ni­ków wyszło mi, że nie ma ryzyka i do kina posze­dłem z pozy­tyw­nym nasta­wie­niem. Błąd.

 
Ale o co cho­dzi?

Damian (Ben King­sley), czyli główny boha­ter, jest nie­ule­czal­nie cho­rym miliar­de­rem, który dowia­duje się, że ist­nieje spo­sób, aby prze­nieść świa­do­mość do innego ciała i zafun­do­wać sobie kolejne kil­ka­dzie­siąt wio­sen egzy­sten­cji. Zabawa taka kosz­tuje 250 milio­nów dolców i wymaga, aby ofi­cjal­nie umrzeć dla zna­jo­mych i rodziny, ale w zamian otrzy­muje się nowe życie w ciele Ryana Rey­noldsa wraz z pie­niędzmi, które się do tej pory uciu­łało. Jakby nie patrzeć, plusy przy­kry­wają minusy. W zasa­dzie Damian miał tylko jedną wąt­pli­wość i doty­czyła ona etyki całego przed­się­wzię­cia. Jed­nak dok­tor Albri­ght, czyli koleś ogar­nia­jący biz­nes z pod­mianą świa­do­mo­ści, uspo­koił go, że wszystko jest czy­ste, legalne i nie­winne. “Ciało zostało wyho­do­wane z komó­rek w labo­ra­to­rium, więc luzik. Zero ryzyka. Jedyna nie­do­god­ność to fakt, że będziesz musiał przyj­mo­wać codzien­nie jedną czer­woną pigułkę, ale to szcze­gół” mówił. Jak się pew­nie domy­śla­cie — kła­mał. Kilka pierw­szych tygo­dni po ope­ra­cji było jak naj­bar­dziej w porzo. Damian, już w ciele Ryana Rey­noldsa, prze­ży­wał drugą mło­dość, trwo­niąc czas na zabawę i dup­cze­nie mło­dych foczek. Wszystko szło gładko do momentu, aż pew­nego dnia zapo­mniał łyk­nąć czer­wo­nej pigułki, co skoń­czyło się ostrym bólem głowy i halu­cy­na­cjami. Ten incy­dent wzbu­dził w nim podejrz­li­wość. Zaczął drą­żyć temat i odkrył, że ciało wcale nie zostało wyho­do­wane, a ode­brane innemu czło­wie­kowi, któ­rego świa­do­mość jest tłu­miona wła­śnie przez wspo­mniane czer­wone pigułki. W miarę roz­woju fabuły, Damian coraz bar­dziej zaczyna dostrze­gać ciemną stronę inte­resu z pod­mianą ciał, przez co naraża się dok­to­rowi Albri­gh­towi i jego zaka­pio­rom. Od tego momentu film prze­cho­dzi z dra­matu w coś na podo­bień­stwo “Toż­sa­mo­ści Bourne’a”, czyli dosta­jemy pościgi, strze­la­niny i tro­chę mor­do­bi­cia, a Damian odkrywa, że wraz z cia­łem prze­jął też umie­jęt­no­ści walki wręcz (poprzedni wła­ści­ciel ciała był woj­sko­wym), nie­stety całość w znacz­nie gor­szym wyko­na­niu niż wspo­mniany pier­wo­wzór.

 
Iść do kina, czy nie iść?

Nie idź­cie. Nie warto. Jeśli wpi­sze­cie w google słowa “nijaki”, “prze­ciętny” lub “dupy nie urywa”, wysko­czy wam pla­kat z “Klu­cza do wiecz­no­ści”. Pomysł z prze­nie­sie­niem świa­do­mo­ści do innego ciała miał mega poten­cjał, ale zde­cy­do­wa­nie nie został wyko­rzy­stany. Zacznijmy od tego, że dobry dresz­czo­wiec powi­nien trzy­mać widza w napię­ciu za mordkę i co jakiś czas ser­wo­wać nie­spo­dzie­wane zwroty akcji, tym­cza­sem w “Klu­czu” wszystko jest miał­kie i od początku do końca prze­wi­dy­walne, przez co film jest nużący i podob­nie jak to zda­nie, dłuży się w nie­skoń­czo­ność. Druga sprawa to dziury fabularno-logiczne, które burzą całą intrygę, zanim ta w ogóle zdą­żyła się zawią­zać. Pod­czas seansu cały czas zacho­dzi­łem w głowę skąd się wziął dok­tor Albri­ght i jakim cudem ma klien­tów, skoro wszystko jest trzy­mane w total­nej tajem­nicy? Dla­czego Damian w wyko­na­niu Bena King­sleya jest cyniczny i wyra­cho­wany, a po prze­siadce w ciało Ryana Rey­noldsa auto­ma­tycz­nie staje się naj­bar­dziej empa­tycz­nym czło­wie­kiem na świe­cie? To się kupy nie trzyma. Zresztą aktor­sko tez szału nie ma. Ben i Ryan zagrali chyba poni­żej swo­ich stan­dar­do­wych sta­wek, przez co wyszło popraw­nie, ale bez fajer­wer­ków. Ogól­nie rzecz bio­rąc wszystko, co dobre zostało poka­zane w zajawce, reszta to nic nie wno­szące wypeł­nia­cze, ot typowe Hol­ly­wo­odz­kie kli­sze. Jeśli lubisz prze­wi­dy­walne, nie zapa­da­jące w pamięć filmy to “Klucz do wiecz­no­ści” będzie ide­al­nym wybo­rem. W prze­ciw­nym razie pocze­kaj na wer­sję dvd, a do kina idź na coś o lotach w kosmos lub bazu­ją­cego na komik­sach. 6/10.

A to widziałeś?