popKULTURA

Kler. Iść, czy nie iść?

03/10/2018
Bartosz Mrozowski

Nad­ro­bi­łem wczo­raj “Kler”, czyli film, który miał wstrzą­snąć publiką i prze­je­chać się wal­cem po pol­skim Kościele. Czy naprawdę był aż tak kon­tro­wer­syjny? Cóż, po sean­sie mogę stwier­dzić, że naj­wię­cej dla suk­cesu tego tytułu, zro­bili jego prze­ciw­nicy, swo­imi nie­udol­nymi boj­ko­tami i pró­bami blo­ko­wa­nia dys­try­bu­cji kino­wej. Serio, nie potra­fię sobie wyobra­zić sku­tecz­niej­szej reklamy. Gdyby sie­dzieli cichutko, film raczej nie pobiłby “Gre­jo­wego” rekordu otwar­cia, bo wcale nie jest aż tak obra­zo­bur­czy, jak sie o nim mówi, baaa nie jest nawet naj­lep­szym w dorobku Sma­rzow­skiego (“Wesele” rzą­dzi). Owszem reży­ser idzie grubo i wytyka duchow­nym wszyst­kie moż­liwe przy­wary i prze­wały, ale heloł, jeśli ktoś nie spę­dził ostat­niej dekady pod kamie­niem, to już o tym sły­szał i czy­tał. To żadna nowość, że księża bywają pazerni, cudzo­łożą i mają na sumie­niu akty pedo­fil­skie, które pró­bują zamieść pod dywan. Skoro wszyst­kie dotych­cza­sowe repor­taże i arty­kuły niczego w tej mate­rii nie zmie­niły, to tym bar­dziej nie wie­rzę, że za sprawą 2-godzinnej pro­duk­cji, która nawet nie jest doku­men­tem, nagle ludzie masowo prze­staną wpusz­czać kle­chę na kolędę. Nope, napi­szą co naj­wy­żej hej­cika na fej­sie w stylu “No w końcu ktoś sie odwa­żył powie­dzieć prawdę! Jechać z nimi”, a dwa dni póź­niej polecą z kopertą na ple­ba­nię, bo dziecku wypada wypra­wić chrzciny (co sąsie­dzi powie­dzą, jeśli nie ochrzczą?), albo córka się hajta, więc datę ślubu trzeba przy­kle­pać. O pogrze­bach nawet nie wspo­mi­nam. Poza tym, Ci, któ­rzy do kościoła cha­dzają regu­lar­nie, zapewne pomy­ślą — “Bez kitu, nie­zła patola na tych zakry­stiach scho­dzi, na szczę­ście mój pro­boszcz taki nie jest” XD

Kler recenzja

Pod wzglę­dem opo­wie­dzia­nej histo­rii, “Kler” pod­szedł mi cał­kiem cał­kiem. Nie­stety jest też kilka rze­czy, które mocno zala­tują Vegą i to już tro­chę mnie uwiera. Tak jak w USA od dłuż­szego czasu panuje trend na krę­ce­nie fil­mów o super­bo­ha­te­rach, tak mam wra­że­nie, że u nas naj­le­piej sprze­daje się roasto­wa­nie kolej­nych grup zawo­do­wych. Do tej pory kilka razy dostało się poli­cji, następ­nie służ­bie zdro­wia, a teraz przy­szedł czas na duchow­nych. W kolejce już cze­kają nauczy­ciele, gór­nicy i tak­sów­ka­rze. Nie zro­zum­cie mnie źle, nie mam nic prze­ciwko, żeby wysma­gać dane śro­do­wi­sko, bo wia­do­mix, że w każ­dym są czarne owce. Cho­dzi o to, że for­mat takich fil­mów zaczyna przy­po­mi­nać pro­duk­cje Abs­tra­chu­jów. Mają oni na jutu­bie serię fil­mi­ków, pt. “Co robią <tu wstaw dowolny zawód>, w któ­rych naśmie­wają się ze wszyst­kich ste­reo­ty­pów oraz ten­den­cyj­nych zacho­wań doty­czą­cych danej branży. Patryk Vega już jakiś czas temu zaczął dry­fo­wać w tym kie­runku, a apo­geum osią­gnął w “Botok­sie”, gdzie zebrał z for inter­ne­to­wych chyba wszyst­kie moż­liwe histo­rie obcią­ża­jące służbę zdro­wia i obdzie­lił nimi zale­d­wie pię­ciu boha­te­rów. Nawet, jeśli była to prawda, to skon­den­so­wa­nie tego wszyst­kiego w tak małej ilo­ści wąt­ków, spra­wiło, że został posą­dzony o szu­ka­nie taniej sen­sa­cji i prze­kła­my­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści.

Jak dla mnie, Sma­rzow­ski zagrał podob­nie, czyli zebrał wór argu­men­tów prze­ciwko księ­żom i Kościo­łowi, po czym roz­dzie­lił je na cztery postaci. I tym spo­so­bem mamy Więc­kie­wi­cza, który sypia z gospo­sią, Bra­ciaka, usta­wia­ją­cego kościelne prze­targi, Jaku­bika zamie­sza­nego w aferę pedo­fil­ską i Gajosa, który stoi na czele orga­ni­za­cji mafij­nej, jaką sta­nowi Kościół Kato­licki i kręci lep­sze lody niż Algida. Czyli żaden grzech nie został pomi­nięty. Ponadto wszy­scy klną,  spi­skują, chę­dożą, biorą w łapę, chleją wódę i leją cie­płym moczem na wier­nych. Sama czerń i zero bieli dla kon­tra­stu. Do tego docho­dzi kilka scen i dia­lo­gów, które już na maksa są w stylu Vegi, np. dziew­czynka pyta­jąca na pogrze­bie “Czy to prawda, że ksiądz jest pedo­fi­lem?”, albo Więc­kie­wicz wpa­da­jący z buta do kli­niki abor­cyj­nej, a tam babeczka w roz­kroku pod­czas łyżecz­ko­wa­nia.  
Kler recenzja

Róż­nica mię­dzy Vegą a Sma­rzow­skim jest taka, że ten pierw­szy w ogóle nie dba o fabułę. Nope, ser­wuje zle­pek przy­pad­ko­wych scen, mają­cych sprze­dać widzowi kon­kretną pato­lo­gię, po czym prze­ska­kuje do kolej­nej sekwen­cji, bez zawra­ca­nia sobie głowy jakim­kol­wiek logicz­nym cią­giem przyczynowo-skutkowo. W dodatku cały prze­kaz roz­mywa sucha­rami Toma­sza Oświe­ciń­skiego, przez co już nikt nie wie, czy to hejt, czy kome­dia.

Sma­rzow­ski za to bar­dzo spraw­nie wplótł wszyst­kie zarzuty prze­ciwko Kościo­łowi w histo­rię, która nie tylko ma ręce i nogi, ale też zamyka się dobrą klamrą. W zasa­dzie każdy wątek wciąga i chce się go oglą­dać do końca. A jak to jest zagrane. Łooo Panie, mistrzo­stwo świata. Gajos ewi­dent­nie ma prze­ry­so­waną postać, ale jak on sty­lowo w tym pły­nie #klasa. Więc­kie­wicz niby naj­mniej skom­pli­ko­wana rola, ale wie­rzysz mu we wszystko. Jaku­bik kolejny raz udo­wad­nia, że ma papiery na gra­nie, z kolei Bra­ciak ser­wuje życiówkę. Zimny jak lód intry­gant, który mie­sza nie­go­rzej niż Lit­tle­fin­ger w “Grze o Tron”. Aktor­sko 10/10. Cie­szy też, że Sma­rzow­ski nie poszedł w heheszki, jak to zapo­wia­dał zwia­stun. Łącz­nie są może ze trzy kome­diowe akcenty. Uff.

Dobi­ja­jąc do brzegu, “Kler” nie ata­kuje sacrum, więc raczej nie będzie sytu­acji, że widzo­wie pro­sto z kina, polecą zło­żyć akt apo­sta­zji. Co to, to nie. To film o sła­bo­ściach ludzi, któ­rzy Kościół two­rzą, o pato­lo­gii sys­temu, pozwa­la­ją­cego na prze­le­wa­nie się morza nie­opo­dat­ko­wa­nego hajsu przez ręce typów w kolo­rat­kach oraz o przy­my­ka­niu oczu na ich prze­wały, bo prze­cież księ­dza nie wypada gnoić jak zwy­kłego sza­raka. W sumie to prze­kaz dla wier­nych, że ornat przy­sła­nia im trzeźwy osąd sytu­acji i sami do takiej sytu­acji dopro­wa­dzili.
Film jest mocny i dosadny, ale nie rewo­lu­cyjny i wyska­ku­jący z czymś, o czym nie mie­li­śmy poję­cia. Aktor­sko jest sztos, fabu­lar­nie tro­chę gorzej, ale głów­nie przez zagrywki a’la Vega. Jak dla mnie 7,5/10. Reflek­sje? Nic się nie zmie­nia. Nadal omi­jam kon­fe­sjo­nały sze­ro­kim łukiem (nie grze­szę) i udaję, że nie ma mnie w domu pod­czas kolędy, a jak trwoga, to do Boga… ale bez­po­śred­nio. Z księ­dzem tylko chrzciny przy­kle­pię (co by sąsie­dzi nie szep­tali) i tyle mnie widział.

 

Kler recenzja


P.S. Naj­bar­dziej mi żal ludzi, któ­rzy ze względu na przy­na­leż­ność do róż­nych śro­do­wisk, nie mogą publicz­nie wypo­wie­dzieć swo­jego praw­dzi­wego zda­nia w tym tema­cie, tylko muszą jechać ofi­cjal­nym sta­no­wi­skiem i się sztucz­nie bul­wer­so­wać. Prze­wa­lone być niewolnikiem.

A to widziałeś?