popKULTURA, Wysypisko

Dzień Seksu

08/06/2017

Powiem wam, że coś jest nie halo z tym, że Zie­lone Świątki są bar­dziej sza­no­wane niż Dzień Seksu. Wiem, wiem, Swądki wypa­dają w nie­dziele, która i tak jest dniem wol­nym, powie­cie. No niby tak, z dru­giej strony mnó­stwo osób pra­cuje w week­endy i jeśli nie był to Orlen, Żabka albo Maczek, to tym razem mieli day off. A co z Dniem Seksu? Jajco! Jedyne dyma­nie jakie jest pewne tego dnia, to dyma­nie do pracy. No i wła­śnie z tego powodu chcia­łem się poskarżyć.

Jako zabie­gany blogero-korpoludek mia­łem ostat­nio spore zale­gło­ści w intym­nych tema­tach, ale uzna­łem, że Dzień Seksu będzie ide­alny, żeby się odkuć. Dosłow­nie i prze­no­śni. Zresztą Madzia też od kilku dni dawała nie­śmiałe sygnały, że szy­kuje na tę oka­zję coś spe­cjal­nego i żebym pod żad­nym pozo­rem nie uma­wiał się na siłkę albo chlanie.

Plan był nastę­pu­jący: na start jakaś fancy kola­cja (małże, kawior, ana­nas), do tego Igro­stoje + tru­skawki (jak się bawić to się bawić), następ­nie Madzia wska­kuje w fiku­śną bie­li­znę, ja pod­my­wam stra­te­giczne miej­sca, zapusz­czamy film, żeby coś grało w tle, no i jako grande finale gacie zro­lo­wane na jed­nej nodze… if U know what I mean.
Powiedzmy, że plan udało się zre­ali­zo­wać poło­wicz­nie. Fak­tycz­nie zeszła wyuz­dana kola­cja i wszystko byłoby super, gdyby nie ilość czosnku dodana do kre­wet­ko­wej mary­naty, która z miej­sca uka­tru­pi­łaby całą sagę Cul­le­nów (wie­cie, tych ze Zmie­chu). Taki duch się uniósł po miesz­ka­niu, że Chur­chill pró­bo­wał wydra­pać dziurę w drzwiach wej­ścio­wych. Dalej oka­zało się, że Madzia jeb­nęła się w Inti­mi­simi i zamiast zestaw “Irina”, kupiła zestaw “Irena”, czyli bie­li­znę pod­cią­ga­jącą dla kobiet po cesarce.

Madzia: “Kurde, tak coś mi się wyda­wało, że za tania była, ale myśla­łam, że promocja”.

Ja: “Ty nawet w majt­kach a’la Obe­lix wyglą­dasz sexy” — powie­dzia­łem, pró­bu­jąc rato­wać sytu­ację, po czym zapu­ści­łem film “Życie”.

Nie­złe oceny na Film­we­bie, w obsa­dzie Ryan Rey­nold i Jake Gyl­len­hall, czyli wszyst­kie kry­te­ria na poten­cjalny hit dla dziew­czy­nek speł­nione. Mie­li­śmy już wska­ki­wać do łóżka, wtem Madzia mówi: “Misiek, kupi­łam Ci syrop na ten Twój paskudny kaszel, z któ­rym męczysz się już dwa tygo­dnie. Wypij, zanim się poło­żysz”. Robię szyb­kiego shota z gwinta, ale tak nie­for­tun­nie prze­chy­lam szyjkę, że łykam pół butelki za jed­nym razem”. Gotowy do “świę­to­wa­nia” ładuję się do wyra, po czym dwa miź­nię­cia póź­niej zali­czam naj­lep­szy odlot ever.

“Dexa Pini” — zapa­mię­taj­cie tę nazwę jak będzie­cie kupo­wać syrop. Odpro­wa­dza do snu 100 razy lepiej niż audio­bo­oki Woł­szań­skiego, naj­lep­szy nar­ko­tyk jakiego kie­dy­kol­wiek pró­bo­wa­łem. True Story. Budzę się o 5:30 wyspany jak młody Bóg, paczę, a Madzia śpi z otwartą paczką chip­sów na brzu­siu. Pyr­gam ją i pytam, co się wczo­raj stało, na co ona war­czy, że się do mnie nie odzywa, na co pytam, czy to kara za to, że zasną­łem, na co ona, że nie, że to foch za film, który jej puści­łem, po czym odwraca się do mnie ple­cami i zawija w ludz­kie buritto. The Fuck? Korzy­sta­jąc z oka­zji, że jest 5:30 i mam jesz­cze tro­chę czasu przed robotą, spać już nie będę, a Madzia chwi­lowo mną gar­dzi, kradnę jej nie­do­bitki chip­sów i zapusz­czam ten film. Oka­zało się, że to żadna kome­dia romantyczna.

Jake i Ryan są na misji w kosmo­sie i jeden z nich nie umył kubka po her­ba­cie, w wyniku czego po kilku dniach powstaje pleśń, która po kolej­nych kilku dniach ewo­lu­uje w rzę­sistka. Pano­wie się jarają, że udało im się odkryć życie w kosmo­sie i prze­ka­zują dobrą nawinę do NASA. NASA też się jara i prze­ka­zuje dobrą wia­do­mość całemu światu, a przy oka­zji orga­ni­zuje kon­kurs na imię dla rzę­sistka. Wygrywa Calvin. Jake i Ryan pro­wa­dzą różne eks­pe­ry­menty na Calvi­nie, aż jed­nego razu jebią go prą­dem, żeby spraw­dzić reak­cje. Calvin tak bar­dzo się wkur­wia na to jeb­nię­cie prą­dem, że aż ucieka z klatki i zaczyna polo­wać na załogę statku. Coś jak Obcy, tylko z amebą zamiast Obcego.

Dawno nie widzia­łem tak zaje­bi­stego filmu. 8/10. Nie wiem, o co Madzi chodzi

A to widziałeś?