popKULTURA

Deadpool 2. Iść czy nie iść?

24/05/2018

- Madzia, bo wiesz jest taka akcja, że.…..IDEJUTRODOKINA!

- Że co?

- No do kina jutro idę na Dead­po­ola… na 19:00 <pora kła­dze­nia spać Bren­donka, czyli imba za 3,2,1..>

- Chyba Cieee! Nigdzie nie idziesz, dziecko masz!

- No, ale ja prze­cież nie idę dla sie­bie. To wyj­ście służ­bowe, no wiesz recka i te sprawy. Bloga mam, heloł!

- Tak tak, to samo mówi­łeś dwa tygo­dnie temu przy oka­zji Aven­ger­sów, a recki jak nie było, tak nie ma.

- To inna sytu­acja była. Zatłu­kliby mnie, gdy­bym zaspo­ile­ro­wał, a póź­niej mi ucie­kło. Poza tym, nad czym tu strzę­pić ryja? Był ok i w sumie tyle mam do powie­dze­nia w tema­cie.

- Hmmm no dobra, niech będzie, ale ja też idę.

- Ale jak to? Prze­cież Ty nie­na­wi­dzisz fil­mów na kan­wie komik­sów

- True story, ale odkąd sie­dzę w pie­lu­chach, wyj­ście do kina, zaczęło wyda­wać się mega atrak­cyjne. W naj­gor­szym razie zasnę, ale w sumie wtedy też wygry­wam. Plan jest nastę­pu­jący: ja dzwo­nię do dziad­ków, zaaran­żo­wać opiekę nad Bren­don­kiem, a Ty włą­czaj pierw­szą cześć Dead­po­ola, żebym wie­działa z czym to się je.

No i włą­czy­łem… ale kiedy tak obse­ro­wa­łem z boku, jak wszyst­kie żarty i smaczki mijają Madzię niczym kule Keanu Reevesa w Matri­xie, czu­łem się jak “ten” koleś, który na impre­zach zawsze przej­muje lap­topa i zaczyna kato­wać ludzi śmiesz­nymi fil­mi­kami z jutuba — “Obczaj­cie to hehe!”. Mija 5 minut, nikt się nie śmieje, co nie­któ­rzy zaczy­nają już zie­wać, a on nadal twardo: “O teraz będzie dobre hehehe!”, po czym na ekran wcho­dzi ten super śmieszny motyw i tylko on się śmieje.

Wspólne oglą­da­nie Dead­po­ola z Madzią, spra­wiło, że nie tylko poczu­łem się zaże­no­wany pozio­mem tego filmu, ale też winny, jak­bym sam go nakrę­cił. Za pierw­szym razem wszedł mi cał­kiem cał­kiem. Żadne tam urwa­nie dupy, ale mocne 6,5/10. Teraz, pod pre­sją, max 2/10.  Baaa, kiedy wje­chały napisy, byłem świę­cie prze­ko­nany, że Madzi już się ode­chciało iść na drugą cześć, więc z poczu­ciem prze­grywu, wyko­na­łem ruch wyprze­dza­jący i zapo­da­łem tak: “To może jed­nak pój­dziemy na “Tully” z Char­lize Testo­ste­ron? Ponoć kome­dyjka o tru­dach rodzi­ciel­stwa, czyli w sam raz dla nas”. Oka­zało się, że cał­kiem nie­po­trzeb­nie biczo­wa­łem się w myślach, bo o dziwo Madzia odpo­wie­działa, że Dead­pool nie był zły i chęt­nie obczai dwójkę. I poszli­śmy <epic win>.


Dead­pool 2. Iść czy nie iść?

Ze zre­cen­zo­wa­niem tego filmu mam taki sam pro­blem, jak przy Aven­ger­sach. Z jed­nej strony wszy­scy wie­dzą o co kaman (poza Madzią), więc nie ma sensu męczyć buły dłu­ga­śnym wpro­wa­dze­niem, z dru­giej nie chcę spo­ile­ro­wać, bo to total­nie popsu­łoby zabawę. W zasa­dzie mogę od razu przejść do puenty, która brzmi — Idź­cie! Jeśli podo­bała wam się jedynka, to dwójka powinna wejść jesz­cze lepiej. Przy­naj­mniej ja tak mia­łem. Jest śmiesz­niej, dyna­micz­niej i bar­dziej wybu­chowo. Co prawda nadal mam poczu­cie nie­do­sytu, bo przy czym jak przy czym, ale przy Dead­po­olu, sce­na­rzy­ści mogliby doci­snąć jesz­cze moc­niej i jesz­cze bar­dziej pójść po ban­dzie, ale luz i tak jest bar­dzo dobrze. Genialny open song, wbi­ja­jący szpile w filmy z Bon­dem, więk­szość one-linerów tra­fia w punkt, roasty pomię­dzy Dead­po­olem a Col­lo­su­sem nadal bawią, do tego doszło kilka cał­kiem faj­nych postaci… z Pete­rem na czele, a creme de la creme sta­no­wią sceny z udzia­łem X-force i te po napi­sach. Złoto panie, czy­ste złoto! 2 godziny minęły mi o tak <pstryk>, co bar­dzo doce­niam, bo przy poprzed­nich wizy­tach w kinie, gdzieś tak od połowy filmu, już się wier­ci­łem. Nie wiem, czy to kwe­stia Bren­donka — sta­łem się mniej cze­pial­ski i jaram się, że mam chwilę dla sie­bie - czy może jed­nak film fak­tycz­nie był taki dobry? Nie jestem w sta­nie stwier­dzić jed­no­znacz­nie, ale osta­tecz­nie liczy się to, że wszedł mi ele­gancko. Takiego czi­lałtu aku­rat potrze­bo­wa­łem. Ode mnie 8/10 i chęt­nie obej­rzał­bym jesz­cze raz, bo podej­rze­wam, że połowy easter eggów nawet nie wychwy­ci­łem. Jakby co, to macie moje bło­go­sła­wień­stwo.
A jeśli cho­dzi o Madzię, to ona nadal nie wie kim sa X-Meni, ani Zie­lona Latar­nia, nie rozu­mie powią­za­nia Dead­po­ola z Wolve­ri­nem, a jed­nak jej się podo­bało. Cytuję: “Spoko, może być. Na pewno lep­szy niż “Bat­man vs Super­man”, cho­ciaż muzyka bar­dziej podo­bała mi się w “Suicide Squad”.

I jesz­cze jedno. Niech was ręka boska broni przed pój­ściem na wer­sję z dub­bin­giem. My wia­domo, napisy, ale zna­jomy się naciął. I dwa — jak już obej­rzy­cie scenę po napi­sach, to idz­cie do domu. Ja i reszta kina, byli­śmy prze­ko­nani, że pro­du­cenci powtó­rzą akcję z Aven­ger­sów, czyli napisy — scena, napisy — scena, w związku z czym sie­dzie­li­śmy aż do zapa­le­nia świa­teł. Cóż zamr­no­wa­li­śmy 15 minut, bo była tylko jedna… ale przy­naj­mniej znam nazwi­ska wszyst­kich sta­ty­stów. Czyżby kolejny trol­ling ze strony Deadpoola?

A to widziałeś?