popKULTURA

Baby Driver. Iść czy nie iść?

03/07/2017

Co roku do kin, a od jakie­goś czasu rów­nież na mniej­sze ekrany #Net­flix #HBO, tra­fia przy­naj­mniej jedna pro­duk­cja, która jesz­cze przed pre­mierą dostaje łatkę rewe­la­cji sezonu i wszy­scy walą na nią drzwiami i oknami, po czym recen­zują nie­mal tylko pozy­tyw­nie… nawet jeśli w rze­czy­wi­sto­ści nie za bar­dzo przy­pa­dła im do gustu. Tak jest łatwiej, bo skoro 1000 owiec już wcze­śniej napi­sało, że film zaje­bi­sty, to ta jedna nega­tywna opi­nia raczej ten­den­cji nie odwróci. Może za to spra­wić, że autor recki zosta­nie nazwany pleb­sem i fil­mo­wym janu­szem, który nie czai bazki, więc bez­piecz­niej się nie wychy­lać, co nie? Zja­wi­sko takie nazy­wamy hypem i ostat­nimi czasy doty­czyło m.in. “Straż­ni­ków Galak­tyki”“La La Land” oraz seriali “Stran­ger Things”“13 powo­dów” i “Mia­steczka Twin Peaks”. Kolejny hype zaczyna się wła­śnie teraz i doty­czy filmu “Baby Dri­ver”. Jeśli ten tytuł jesz­cze nie obił wam się o uszy, to gwa­ran­tuję, że wkrótce się to zmieni. Nie­długo zacznie wyła­zić wam z lodówki, pro­mise. Za oce­anem boom na niego trwa już od dłuż­szego czasu. Na Rot­ten Toma­toes, czyli naj­po­pu­lar­niej­szym ame­ry­kań­skim ser­wi­sie z rec­kami, film przez moment miał aż 100% pozy­tyw­nych opi­nii. Słabo? Aktu­al­nie wynik wynosi 97%, czyli zali­czył lekki spa­dek, ale jakby nie patrzeć, nadal jest to kosmiczna sta­ty­styka. W Pol­sce “Baby dri­ver” ofi­cjal­nie wej­dzie do kin dopiero w pią­tek (07.07), ale już od tygo­dnia można go oglą­dać w ramach poka­zów przed­pre­mie­ro­wych. Pierw­sze opi­nie, podob­nie jak w USA, rów­nież pieją z zachwytu - “Genialny”“Prze­ło­mowy”“Naj­lep­szy film roku”, „Muro­wany Oscar za mon­taż” — mniej wię­cej takie komen­ta­rze wokół niego się uno­szą. Brzmi dobrze, nie­stety jestem czło­wie­kiem małej wiary i póki sam nie spraw­dzę, nie uwie­rzę. Tak, więc posze­dłem wczo­raj prze­ko­nać się na wła­sne oczy, czy hype jest zasłu­żony.

Jak to się zaczęło?

Legenda głosi, że 20 lat temu, reży­ser Edgar Wri­ght usły­szał pio­senkę „Bel­l­bot­toms” i z miej­sca doznał obja­wie­nia. Kon­kret­nie obja­wiła mu się scena sza­leń­czego pościgu uli­cami zatło­czo­nego mia­sta, która w jego mnie­ma­niu, ide­al­nie by „wybrzmiała” wła­śnie z utwo­rem „Bel­l­bot­toms” w tle. Był to zalą­żek pomy­słu, z któ­rym bujał się latami, ale nie potra­fił prze­kuć na nic kon­kret­nego. Odło­żył go na przy­szłość i zajął krę­ce­niem kome­dii z Simo­nem Peg­giem (“Wysyp żywych tru­pów”, “Hot Fuzz” i “The World’s End”, czyli kul­towa try­lo­gia Cor­netto), jed­nak cały czas o nim myślał, o czym niech świad­czy fakt, że regu­lar­nie wynaj­dy­wał kolejne utwory, które jego zda­niem dobrze by się spraw­dziły do pokre­śle­nia emo­cji w kon­kret­nych sce­nach. Zebrała się z tego cał­kiem pokaźna play­li­sta, a w momen­cie, kiedy Edgar zre­zy­gno­wał ze współ­pracy z Marve­lem (porzu­cił “Ant-mana” w trak­cie pro­duk­cji), w końcu zna­lazł czas, aby ten pro­jekt roz­wi­nąć. Tym spo­so­bem powstał „Baby Dri­ver”, czyli film nie­ty­powy, bo napi­sany pod ścieżkę dźwię­kową, a nie na odwrót, jak to zazwy­czaj bywa.

O czym to?

Główne skrzypce w fil­mie gra Baby, czyli młody koleś, który zacho­wuje się jakby był auty­styczny. Nie­wiele mówi i cały czas popyla ze słu­chaw­kami w uszach. Róż­nica mię­dzy nim i Rain Manem, nie licząc wieku, jest taka, że zamiast mno­żyć w pamięci zaje­bi­ście duże liczby, Baby ma ponad prze­ciętny talent do pro­wa­dze­nia fury. Umie­jęt­ność tę chęt­nie wyko­rzy­stuje Kevin Spa­cey, który zawo­dowo zaj­muje się orga­ni­zo­wa­niem napa­dów na banki, a te jak wia­domo wyma­gają posia­da­nia dobrego kie­rowcy. Pro­blem jest taki, że Baby ma dobre ser­duszko i wcale nie uśmie­cha mu się praca z prze­stęp­cami. Do tej pory jeź­dził dla Kevina tylko i wyłącz­nie w ramach spłaty długu, ale pano­wie obie­cali sobie, że jesz­cze jeden napad i są kwita – Baby będzie mógł zerwać z haniebną prze­szło­ścią i odje­chać w stronę zacho­dzą­cego słońca z dziu­nią, którą chwilę wcze­śniej wyrwał w barze mlecz­nym. Taaaki chuj! Jak się póź­niej oka­zuje, było to tylko takie pier­do­le­nie i Kevin wcale nie pla­nuje wywią­zać się z umowy.

pierdolenie

Jak wyszło?

Nie potra­fię jed­no­znacz­nie odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Szcze­rze mówiąc, uwa­żam że pierw­sza połowa filmu bie­rze do buzi niczym Sasha Grey, na szczę­ście póź­niej robi się cał­kiem zaje­bi­ście i taki poziom zostaje utrzy­many już do końca.
Zaczyna się z wyso­kiego C, bo od sceny napadu na bank, zakoń­czo­nej rewe­la­cyj­nie zmon­to­wa­nym pości­giem poli­cyj­nym… oczy­wi­ście z kawał­kiem “Bel­l­bot­toms” robią­cym za pod­kład muzyczny. W tym miej­scu pomy­śla­łem, że wła­śnie na taki block­bu­ster cze­ka­łem…. po czym nastą­pił zonk, bo przez kolejne 40 minut akcja total­nie sia­dła. Ot Baby łazi w słu­chaw­kach, tań­czy, śpiewa, ste­puje, gada na migi z jakimś dziad­kiem i zarywa kel­nerkę w barze mlecz­nym. The Fuck? Troszkę się wku­rzy­łem, bo wszy­scy twier­dzili, że film rewe­la­cja i Must See, więc szyb­ciutko zakle­pa­łem bilety i pobie­głem do kina, spo­dzie­wa­jąc się uczty, tym­cza­sem dosta­łem jakąś krzy­żówkę „La La Land” z „Szyb­kimi i Wście­kłymi” w wyda­niu dla gim­bu­sów. Przez moment zaczą­łem się nawet zasta­na­wiać, czy nie padłem ofiarą mię­dzy­na­ro­do­wego spi­sku? Może inter­nauci z całego świata umó­wili się, że będą dawać fil­mowi same dzie­siątki, wie­dząc, że kiedy to zoba­czę, na pewno na jed­nej nodze pobie­gnę do kina, a tam poznam prawdę, czyli że zosta­łem wkrę­cony w obej­rze­nie naj­więk­szego paź­dzie­rza roku? A kiedy wyjdę z sali, wszy­scy będą już na mnie cze­kać, śmiać się i wytkać pal­cami. To mogło się wyda­rzyć! W dodatku, zanim poszli­śmy na film, Madzia oglą­dała w TV po raz setny “Dirty Dan­cing”, gdzie foczka tań­cząca z Patrc­kiem Swayze też nazywa się „Baby”. Oczy­wi­ście musia­łem sko­men­to­wać, żeby prze­stała, bo wie­czo­rem obej­rzy porządne „Baby”. Przy­jęła to na klatę bez ripo­sty, ale jak tylko w kinie zauwa­żyła, że sie­dzę przy­tło­czy tym, co się wła­śnie odpie­prza na ekra­nie, nie omiesz­kała szturch­nąć mnie łok­ciem i zapo­dać komen­tarz w stylu: „I co? Czyje „Baby” rzą­dzi?”. Na szczę­ście po trzech kwa­dran­sach męcze­nia buły, Kevin Spa­cey znowu zor­ga­ni­zo­wał napad, dzięki czemu film odżył i nabrał dobrego tempa. Od tego momentu zaczęło się całe to dobro, o któ­rym ludzie piszą w recen­zjach, czyli pościgi, strze­la­niny i kilka nie­spo­dzie­wa­nych „twi­stów”, a wszystko bra­wu­rowo zmon­to­wane i zsyn­chro­ni­zo­wane z muzyką. Od połowy zmie­nił się też cię­żar filmu. Na początku wyda­wało się, że będzie to kli­mat typowo mło­dzie­żowy, czyli lekko, przy­jem­nie i z żar­ci­kami, wtem boom i nagle trupy zaczęły padać czę­ściej niż drzewa za rzą­dów mini­stra Szyszko. Tak wła­śnie lubię!
Aktor­sko jest nie­źle. Co prawda koleś gra­jący Baby (Ansel Elgort) za dużo do powie­dze­nia nie ma, ale czego nie powie, to nad­robi mimiką i gesty­ku­la­cją. Widzia­łem typa kie­dyś w fil­mie “Gwiazd naszych wina” i pomy­śla­łem, że z tej mąki chleba nie będzie. Cóż tą rolą odku­pił wiele swo­ich win. Kevin Spa­cey wia­domo, klasa. Gra tu nie­mal to samo, co w “House of Cards”, ale to nie pro­blem, bo Frank Under­wood zawsze na prop­sie. Na dru­gim pla­nie, dosko­nałą robotę w rolach zaka­pio­rów, robią Jamie Foxx i znany z “Mad Mena”, Jon Hamm. Obaj są total­nie inni z cha­rak­teru, ale wno­szą do histo­rii rów­nie dużo. Tro­chę szkoda, że Jon Beren­thal (Puni­sher z dru­giego sezonu “Dar­de­vila”) poja­wia się na ekra­nie przez marne 5 minut, bo jego postać też miała poten­cjał. Poza tym na pla­ka­cie był wymie­niony jako trzeci, więc tym bar­dziej liczy­łem na coś więcej.

Wszystko faj­nie, ale iść czy nie iść?

Prawda jest taka, że “Baby dri­ver” wyróż­nia się na tle tegorcz­nej kon­ku­ren­cji, ale dupy mi nie urwał. Baaa wątek taneczno-śpiewająco-stepująco-miłosny zmę­czył mnie bar­dziej niż 8 godzin sie­dze­nia na “Pudelku” w korpo, na szczę­ście druga połowa filmu wyna­gro­dziła mi wszystko z nawiązką. Potwier­dzam, że pomysł jest świeży, a sceny pości­gów, mon­taż i muzyczne syn­chro palce lizać. Gdyby nie miałki począ­tek, byłbo cał­kiem w cipkę, a tak jest “zale­d­wie” dobrze. Dał­bym 7/10, ale wzru­szyła mnie histo­ria, że Edgar Wri­ght nosił w sobie pomysł na ten film przez ponad 20 lat. Dodat­kowy plu­sik daję za sceny pości­gów, które były krę­cone według zasad sta­rej szkoły, czyli na praw­dzi­wych uli­cach i z wyko­rzy­sta­niem kaska­de­rów, a nie jakieś green scre­eny, blue boxy i CGI. Łącze­nie daje nam to 8/10, więc śmało można iść, a jak się spóź­ni­cie na seans o pół godziny, to wyj­dzie wam tylko na zdro­wie. Kie­dyś na pewno obej­rzę jesz­cze raz, żeby odkryć smaczki, które ucie­kły mi przy pierw­szym podej­ściu, a czuję w kościach, że jest ich cał­kiem sporo, np. epi­zo­dyczna rola basi­sty Red Hot Chili Pep­pers.

A to widziałeś?

  • Ech, na Won­der Woman wybie­ram się już tak długo, że prze­stali grać, więc może na to się skuszę?

    • Zapo­mnia­łem napi­sać, że przede wszyst­kim warto iść, żeby ta muza wybrzmiała na porząd­nych gło­śni­kach. W domu tego się nie powtó­rzy. No chyba, że jesteś Woje­wódz­kim i masz sprzęt za 200 tysi na kwadracie 😉

  • Sim­ple­Guy

    Jak­byś nie jęczał jak świnka w chle­wie przez te pierw­sze czter­dzie­ści minut, to pew­nie kilka tych smacz­ków byś wyła­pał (cho­ciażby fakt, że tekst pio­senki z ope­ningu wypi­sany jest na murach, witry­nach, słu­pach ogło­sze­nio­wych i odzieży robo­czej). No i gdyby nie ten te musicalowo-teen dra­mowe wstawki, to koń­cówka tak by nie kopała.

    • To aku­rat widzia­łem, co nie zmie­nia faktu, że zawie­wało lekko nudą. Muzyka zsyn­chro­ni­zo­wana ze sce­nami akcji wypa­dła naprawdę świet­nie, za to ta, do któ­rej pod­śpie­wy­wał i ste­po­wał Baby już taka super nie była. Punk­tem odnie­sie­nia dla mnie w łącze­niu leni­wych scen i muzyki nadal pozo­staje Quen­tin Taran­tino #Pulp­Fic­tion #KillBill

  • Dałam 7/10 na Film­we­bie i raczej nie sku­si­ła­bym się na oce­nie­nie tego wyżej. Gene­ral­nie zga­dzam się z Twoją recen­zją (też wku­rzało mnie ste­po­wa­nie i tym podobne wstawki), nie­mniej wku­rzało mnie jesz­cze kilka rzeczy.

    [SPOILER]
    Na jakiej niby zasa­dzie Under­wood zga­dza się mło­demu zabrać wybraną kasetę i zatrzy­muje roz­wście­czo­nego Mad Mena w aucie na par­kingu, rzu­ca­jąc coś w stylu “jak go zatrzy­mam, idź­cie i roz­mna­żaj­cie się”. Bez­względny gangster-przedsiębiorca? Serio? W pięć minut zro­zu­miał magię miło­ści? Anioł nawie­dził go w myślach i kazał zmie­nić swoje zacho­wa­nie, co by się póź­niej nie sma­żył w pie­kle? Sce­na­rzy­sta miał kaca?
    Dwa. Zespół Aspar­gera naszego głów­nego boha­tera wyda­wał mi się nie­spójny. Tutaj niby taki wyco­fany chło­pak, a tu zaraz to cho­lerne ste­po­wa­nie. Tutaj ani drgnie przy ban­dzio­rach, ale lasce boi się powie­dzieć co i jak w sytu­acji zagro­że­nia. Może prze­sa­dzam, nie wiem, coś mi nie grało w jego postaci.
    A, no i coś subiek­tyw­nego, ale jed­nak — jak puścili na chwilę kawa­łek Run The Jewels, to jakoś tak odetchnęłam.

    Pod­su­mo­wu­jąc: Uwa­żam, że warto zoba­czyć ten film głów­nie ze względu na sceny pości­gów.
    Mam kaca.

    • Za sam film też daję 7, a dodat­kowy punk­cik przy­padł za genezę powsta­nia — kurde ruszają mnie takie histo­rie. Też mi zgrzy­tała ta zmiana postawy Kevina. Przez 3/4 filmu zimny skur­wiel, po czym nagle zasło­nia pier­sią “Baby”. Bul­l­shit tra­vel. Żałuje, że twórcy nie poświę­cili wię­cej czasu pości­gom, bo w tym ele­men­cie jest naprawdę spoko. Dru­gie obej­rze­nie powinno przy­nieść odpo­wiedź, czy film jedzie na haj­pie, czy fak­tycz­nie ma to coś.

  • Może wyko­rzy­stam jesz­cze zniżkę stu­dencką, która nie­długo zosta­nie tylko wspo­mnie­niem, i wybiorę się do kina. Bo, jakby nie patrzeć, film zapo­wiada się ogól­nie cał­kiem dobrze. A naj­wy­żej w te pół godziny ode­śpię to, czego nie udaje mi się w nocy? 🙂

    • Korzy­staj korzy­staj, bo mimo tego musi­ca­lo­wego wstępu póź­niej się roz­kręca, a tego dźwięku w sce­nach akcji w domu nie powtó­rzysz. Poza tym w week­end Dun­kierka wcho­dzi na ekrany. Obsta­wiam w ciemno, że warto, więc zniżka znowu w ruch.

  • Raven _86

    Gene­ral­nie się zga­dzam, choć mi to tań­cze­nie, gada­nie na migi i wyry­wa­nie kel­nerki wcale nie wadziło. Dużo bar­dziej prze­szka­dzało włą­czone przez pierw­sze 20 minut filmu świa­tło na sali, przez co wale pro­mo­cje i do Mul­ti­kina wię­cej nie idę. Muzyka… Chyba nią jaram się naj­bar­dziej. Ale, ale… Powiedz, co sądzisz o miss tele­no­weli Eli­zie Gonzales?