popKULTURA

Arnie’s back

28/04/2013

Mówiąc szcze­rze tra­ci­łem już nadzieję, ale jed­nak stało się. Arnold Schwa­rze­neg­ger po kil­ku­let­nim roman­sie z poli­tyką wraca do macie­rzy. Co prawda pod­czas guber­na­tury od czasu do czasu poja­wiał się na ekra­nie, ale były to role epi­zo­dyczne (“80 dni dookoła świata”) lub występy gościnne (“Nie­znisz­czalni”), bar­dziej pusz­cze­nie oka do publiki niż poważne kon­ty­nu­owa­nie kariery. Teraz wraca do Hol­ly­wood na pełen etat. Warto wspo­mnieć, że nie do końca jest to powrót z tęsk­noty, raczej kon­se­kwen­cja pusz­cze­nia z tor­bami stanu Kali­for­nia. Dobra, mniej­sza o powody grunt, że wró­cił. W końcu to ikona kina akcji z lat 80′ i 90′, a jak widać po suk­ce­sie “Nie­znisz­czal­nych” wciąż jest zapo­trze­bo­wa­nie na kla­syczną roz­wałkę.

Pierw­szym “pro­jek­tem” Arniego po prze­rwie jest “The Last Stand”, który został u nas prze­tłu­ma­czony jako “Likwi­da­tor”. Spry­cia­rze wyszli pew­nie z zało­że­nia, że w takiej for­mie będzie się dobrze pozy­cjo­no­wał w recen­zjach razem ze sło­wami ter­mi­na­tor i guber­na­tor. Film wyre­ży­se­ro­wał uznany w Azji i dopiero debiu­tu­jący w USA,  Jee-woon Kim (“Ujrza­łem dia­bła”).  W obsa­dzie m.in Forest Whi­ta­ker i Johnny Konxville (nie­co­dzienne zesta­wie­nie). Fabuła nie jest zbyt skom­pli­ko­wana. Mamy tu nar­ko­ty­ko­wego bossa, który ucieka z kon­woju poli­cyj­nego i pla­nuje prze­do­stać się do Mek­syku. Nie­stety dla niego, gra­nica prze­biega przez  wio­chę, gdzie sze­ry­fem jest Ray Owens grany przez Arnolda. Reszty łatwo się domy­śleć.

 

Mimo dużej sym­pa­tii jaką mam dla Arniego, naj­ła­god­niej­sze okre­śle­nie jakie przy­cho­dzi mi do głowy po obej­rze­niu jego naj­now­szego filmu to kupa. Wielka, błysz­cząca, paru­jąca kupa. Było wiele fil­mów z Arnim, które nie grze­szyły logiką, ale za to nad­ra­biały sty­lem. W tym przy­padku porażka na wszyst­kich fron­tach. Fabuła ssie, aktor­stwo nie domaga (Forest Whi­ta­ker po cho­lerę Ci to było?) i total­ny brak kli­matu — ostatni raz byłem tak roz­e­mo­cjo­no­wany, kiedy kaso­wa­łem bilet w metrze. Arni niby gra to co zwy­kle, ale sce­na­rzy­ści bar­dzo się posta­rali żeby utrud­nić mu życie. Nie­mal wszyst­kie jego kwe­stie są sucha­rami, ale to wciąż było za mało, więc ktoś wpadł na pomysł, że fina­łowa walka odbę­dzie się w kon­wen­cji wrestlingowo-mma, dzięki czemu możemy raczyć się wido­kiem 66-letniego dziadka tarza­ją­cego się w homo­sek­su­al­nym uści­sku. Brzmi słabo? To jesz­cze nic. Praw­dziwe apo­geum żało­ści zaczyna się, kiedy do gry wkra­cza Johnny Kno­xville (spójrz na pla­kat, nawet na fotce jest iry­tu­jący). Mamy dopiero kwie­cień, ale nie potra­fię sobie wyobra­zić, żeby ktoś mógł z nim wygrać wyścig po złotą malinę.

P.S. Angiel­ski Arniego po kil­ku­dzie­się­ciu latach pobytu w USA wciąż woła o pomstę do nieba.

A to widziałeś?