popKULTURA

6. piętro, czyli teatr bez napinki

18/01/2016

W myśl pew­nego hasła rekla­mo­wego, “Kul­tura nie tylko w jogur­cie”, posta­no­wi­li­śmy tro­chę się odcha­mić i wbić do teatru, w końcu nie samymi “Star­łor­sa­mai” czło­wiek żyje. Wybór padł na 6. pię­tro, czyli teatr zało­żony przez Michała Żebrow­skiego w 2010 roku i zgod­nie z nazwą, usy­tu­owany na szó­stym pię­trze w Pałacu Kultury.


6. pię­tro ma dobry flow, nie boję się powie­dzieć, że jest obec­nie “naj­go­ręt­szą” war­szaw­ską sceną. Od momentu otwar­cia, prak­tycz­nie zawsze mają wypeł­nioną salę do ostat­niego miej­sca, a jeśli chce się zdo­być bilet, trzeba zakrę­cić się co naj­mniej mie­siąc, jeśli nie dwa, wcze­śniej. Ich prze­pis na suk­ces jest banal­nie pro­sty, zatrud­niają pierw­szo­li­go­wych akto­rów, zna­nych z fil­mów i seriali, do tego dokła­dają gościnne występy cele­bry­tów, np. Kuba Woje­wódzki w “Zagraj to jesz­cze raz sam” tudzież ta blo­dyna z reklam Play’a w “Bom­bie w sieci”, któ­rzy dodat­kowo pod­krę­cają zain­te­re­so­wa­nie i zapew­niają dar­mowe wzmianki w pra­sie, i wysta­wiają sztuki, które odnio­sły już suk­ces na innych sce­nach, m.in: dra­mat Antona Cze­chowa “Wuja­szek Wania”, “Bóg mordu” Yasminy Rezy, “Sło­neczni chłopcy” Neila Simona, czy choćby “Cen­tral Park West” Woody’ego Allena. Ktoś może stwier­dzić, że za bar­dzo idą w komer­chę, ale będzie to kla­syczny ból dupy. Wbrew pozo­rom teatr nie musi być karą i nie widzę sensu cho­dze­nia na pseu­do­in­te­lek­tu­alne spek­ta­kle “ą” “ę”, któ­rych nikt nie łapie i w dodatku męczy się tak bar­dzo, że w prze­rwie ma się ochotę zadzwo­nić na poli­cję i zło­żyć fej­kowe donie­sie­nie o bom­bie pod­ło­żo­nej w budynku.

 
Bilety do 6. pię­tra naj­tań­sze nie są, bo star­tują od 80 zł, ale nie jest to znowu jakaś wielka róż­nica na tle pozo­sta­łych teatrów. Baa bywają i droż­sze. Nie­stety, ale “kul­tura” gene­ral­nie nie należy do tanich rze­czy #wina­Tu­ska. Róż­nica jest taka, że u Żebrow­skiego nawet “wej­ściówki” są płatne #hiena. Za sie­dze­nie na scho­dach płaci się od 50 zł, dla­tego nikt nigdy nie widział w 6. pię­trze Jarka Kuź­niara. Cóż, takie prawo pry­wa­cia­rza. Pocie­sze­niem niech będzie fakt, że sala jest na tyle mała, że scenę widać dobrze nawet z naj­bar­dziej ple­bej­skich miejsc.


 


Zde­cy­do­wa­li­śmy się na spek­takl “Bóg mordu”. Sztuka spraw­dzona, więc bez­pieczny wybór. Znam ją z filmu “Rzeź”, Romana “mówiła, że ma skoń­czoną 18-nastkę” Polań­skiego, który swego czasu bar­dzo przy­padł mi do gustu (film, nie Roman). Czapki z głów dla Jodie Foster, Kate Win­slet, Chri­sto­pha Waltza i Johna C. Reilly’ego za to, co tam zagrali. Kto nie widział, koniecz­nie powi­nien nad­ro­bić. Serio. W “6. pię­tro­wej” inter­pre­ta­cji “Rzezi”, główne role przy­pa­dły: Annie Dere­szow­skiej, Jolan­cie Fra­szyń­skiej, Czar­kowi Pazu­rze i Micha­łowi Żebrow­skiem. Byłem cho­ler­nie cie­kawy jak sobie pora­dzą z mate­ria­łem, który wymaga zagra­nia chyba wszyst­kich moż­li­wych sta­nów emo­cjo­nal­nych, zwłasz­cza Cza­rek mnie inte­re­so­wał, bo chłop ostat­nio pod­upadł pod wzglę­dem fejmu #suchar, i gdzie się nie pojawi, tam klapa. Zacznijmy jed­nak od lek­kiego zaja­wie­nia fabuły.

 
“Bóg mordu” to opo­wieść o dwóch fran­cu­skich mał­żeń­stwach, które spo­ty­kają się w celu spi­sa­nia oświad­cze­nia o bójce swo­ich dzieci. Począt­kowo roz­mowa toczy się nad wyraz kul­tu­ral­nie, nie bra­kuje uprzej­mo­ści w stylu “pro­szę” i dzię­kuję”. Obie pary wstęp­nie zga­dzają się, co do tego, że szar­pa­nina mię­dzy ich pod­opiecz­nymi to mło­dzień­czy wybryk i nie ma sensu za bar­dzo roz­trzą­sać sprawy, jed­nak z każdą minutą atmos­fera staje się coraz gęst­sza, aż w końcu wszy­scy boha­te­rowi zrzu­cają maski i odkry­wają swoje praw­dziwe “ja”. Wer­sja wyda­rzeń z “to był wypa­dek” zmie­nia się na: “Nasz syn został bestial­sko napad­nięty przez kolegę ze szkoły i ude­rzony paty­kiem w twarz, co poskut­ko­wało utratą dwóch zębów” i “Nasz syn był noto­rycz­nie obra­żany przez kolegę, który ponadto nie chciał go przy­jąć do swo­jej “bandy”, a jako że jest jesz­cze dziec­kiem, to pod wpły­wem emo­cji go zaata­ko­wał i ude­rzył”. Awan­tura roz­ra­sta się do takich roz­mia­rów, że mał­żeń­stwa nie kłócą się już tylko ze sobą, ale też mię­dzy sobą, a na świa­tło dzienne wycho­dzą coraz to nowe “brudy”.

 
“Bóg mordu” to genialny komedio-dramat, który w zabawny spo­sób trak­tuje o wycho­wa­niu, tole­ran­cji i przy­zwo­ito­ści oraz o “mądrych mężach” i “głu­pich żonach” ;). Pol­scy akto­rzy pora­dzili sobie rów­nie dobrze, jak ich zagra­niczni kole­dzy po fachu u Polań­skiego. Cezary Pazura w roli bez­kon­flik­to­wego Miche­ala, który jak się póź­niej oka­zuje, z nie­ukry­waną przy­jem­no­ścią trol­luje żonę, udo­wod­nił, że wciąż potrafi być zabawny. Fra­szyń­ska dosko­nale prze­mie­nia się z uło­żo­nej kobiety w iry­tu­jącą babę, propsy za prze­ry­so­waną gesty­ku­la­cję i ary­sto­kra­tyczną wymowę. Rów­nie dobrze wypada Żebrow­ski, jako zimny, wywa­żony praw­nik. Crème de la crème to rola Dere­szow­skiej. Przy­znaję, że nigdy nie trak­to­wa­łem jej poważ­nie, tym­cza­sem kobita umie w sar­kazm, focha i histe­rię. Zde­cy­do­wa­nie ukra­dła spek­takl. Szacun.


Puenta jest taka, że cho­dze­nie do teatru nie boli, no chyba, że patrzymy na stan konta, a 6. pię­tro i “Bóg mordu” zde­cy­do­wa­nie są godne pole­ce­nia. PigOut lubi to i na pewno jesz­cze tam zaj­rzy. Was też zachę­cam. Tym­cza­sem wra­cam do “starłorsów”.

A to widziałeś?