Parenting

Tak, to moja robota

02/11/2017

Ci, któ­rzy szarp­nęli się na moją książkę i dotrwali do strony 205 (roz­dział: “Hajt­nął­bym się, ale szkoda mi soboty”), wie­dzą że przez ostat­nich kilka lat uda­wało nam się z Madzią sku­tecz­nie omi­jać Urząd Stanu Cywil­nego sze­ro­kim łukiem. Nie­stety przy­szła kry­ska na maty­ska i teraz, kiedy na świe­cie ma się poja­wić Bren­do­nek, wypa­da­łoby nie­które sprawy jako tako ure­gu­lo­wać, co bym miał na papie­rze, że to moje dzieło. A nuż Bren­don będzie słod­kim, szczu­płym blon­dyn­kiem i nikt nie uwie­rzy na słowo, że macza­łem z̶a̶g̶a̶n̶i̶a̶c̶z̶a̶ palce w tym projekcie.

No i wła­śnie dla­tego, żeby tego typu kwe­stie dopre­cy­zo­wać, wzią­łem wczo­raj dzień wolny i wybra­łem się do urzędu Stanu Cywil­nego War­szawa Wola. Plan był pro­sty — wcho­dzę, mówię typowi za biur­kiem, że ten bąbe­lek na brzu­chu Madzi, to nie użą­dle­nie psz­czoły, tylko moja fachowa robota, Madzia przy­ta­kuje, po czym typ spi­suje na tę oko­licz­ność odpo­wiedni kwi­tek, ja sta­wiam na nim X i chwilę póź­niej spier­ni­czam na chatę zako­pać się w bar­łóg, z któ­rego oglą­dam cią­giem drugi sezon “Stran­ger Things”. Taaaaki wał.

Plan syp­nął się zanim w ogóle zdą­ży­łem poka­zać pal­cem na brzuch Madzi. Oka­zało się, że do pokoju 209, czyli tego, w który ludzie żyjący w grze­chu muszą robić wsty­dliwe wyzna­nia, nie można wejść ot tak z ulicy. Nope, trzeba się wcze­śniej umó­wić, jakby była to audien­cja u papy Fran­ciszka. Pytam babkę z recep­cji w jaki spo­sób mam się umó­wić, na co ta mi odpo­wiada, że są dwa sposoby

A. Tele­fo­nicz­nie, ale tu by się nie nasta­wiała na suk­ces, bo urzęd­nicy mają taki zapier­dol, że nie wyra­biają się z odbie­ra­niem telefonów

B. bez­po­śred­nio w pokoju 209 

I poczuj­cie teraz ten absurd! Musia­łem cze­kać w kolejce do pokoju 209, do któ­rego nikt mnie nie wołał, bo nie byłem umó­wiony, żeby osta­tecz­nie wejść i umó­wić się na spo­tka­nie dokład­nie w tym samym pokoju i w z tymi samymi ludźmi, tyle że na za tydzień, bo wtedy mają pierw­szy wolny ter­min, cho­ciaż cały pro­ces uma­wia­nia się zaj­muje dokład­nie tyle samo czasu, co akt przy­zna­nia się do zala­nia formy. Logika jak w dru­gim odcinku “Belfra”.

Sta­nęło na tym, że w przy­szłym tygo­dniu muszę kolejny raz brać wolne i przy oka­zji przy­nieść ze sobą zdję­cia z nocy poczę­cia, kartę ciąży, odlew zaga­nia­cza i wymaz z wadżajny, bo zezna­nie pod przy­sięgą nie wystar­czy. Japrdl, 2017 rok, a w urzę­dach kli­maty Barei nadal na prop­sie. Już się nie dzi­wię, że kobiety mają takie pro­blemy ze ścią­ga­niem ali­men­tów. Po pro­stu żodyn koleś nie prze­wija się w papie­rach jako ojciec, bo nie wystał do tego cho­ler­nego pokoju 209.

 

*zdję­cie okład­kowe: medium.com

A to widziałeś?