Parenting

Szkoła rodzenia– relacja faceta który ją przeżył

16/11/2017

Po obro­nie magi­sterki obie­ca­łem sobie, że już nigdy wię­cej nie zbru­kam się szkołą (2 ostat­nie lata jecha­łem zaocz­nie i sys­tem robota w tygo­dniu + buda w week­endy mnie wykań­czał), tym­cza­sem minęło tro­chę czasu, a ja napie­przam fakul­tet za fakul­te­tem. Przy­kła­dowo w zeszłym roku skoń­czy­łem z wyróż­nie­niem szkołę dla nie­sfor­nych pie­sków, która tak na mar­gi­ne­sie gówno dała, bo na zaję­ciach Chur­chill był pry­mu­sem, ale jak tylko zosta­wał sam w domu, to odpier­da­lał manianę i zja­dał moje gry na PS4 #RIPwiedź­min. Dopiero obcię­cie cojo­nes zała­twiło sprawę i z tej per­spek­tywy tro­chę żal tego wsta­wa­nia o 7 rano w let­nie, sobot­nie poranki. 
Następ­nie była szkoła angiel­skiego, ale to w sumie krótka akcja, bo w 3 seme­strze zaczęli ostro ciąć koszty i brać na nati­vów samych hin­du­sów z łapanki, któ­rzy tak mię­dzy nami, bar­dziej nada­wali się do sie­dze­nia ze mną w ławce niż do naucza­nia #maj­frend. Po kilku lek­cjach dotarło do mnie, że prę­dzej nauczę się tam tań­czyć niż języka, więc dałem nogę #booly­wood. Po dro­dze były jesz­cze szko­le­nia z korpo, gdzie zmu­szano mnie do wycho­dze­nia ze strefy kom­fortu i odgry­wa­nia głu­pich, ode­rwa­nych od realiów sce­nek (np. symu­la­cja roz­mowy z sze­fem o pod­wyżce, na końcu któ­rej szef się godzi, a nie wyśmiewa.… taaa jasne) lub budo­wa­nia wieży z maka­ronu i pia­nek mar­sh­mal­low (kill me, plizz). 
Dziś z kolei ode­bra­łem dyplom ukoń­cze­nia szkoły rodzenia.

 

Lek­cja #1

Jeśli ktoś uważa, że “Blade Run­ner 2049″ jest cięż­kim wido­wi­skiem, to zna­czy, że nigdy nie był w szkole rodze­nia. Ja byłem… Jak zwy­kle na pod­sta­wie fil­mów zbu­do­wa­łem sobie pewną wizję takiego meetingu, a póź­niej było zdziwko, bo to total­nie nie tak. Kon­kret­nie ocze­ki­wa­łem, że będziemy symu­lo­wać poród i śmiesz­nie oddy­chać, a póż­niej dadzą nam laleczkę Chucky i będziemy tak długo tre­no­wać na niej zmianę pie­lu­chy, aż w końcu czyn­nosć sta­nie się auto­ma­tyczna niczym wią­za­nie kra­wata, czy tam ukła­da­nie kostki Rubika. (Spo­iler: Nie potra­fię wią­zać kra­wa­tów i nigdy nie udało mi się uło­żyć kostki Rubika. Jeśli cho­dzi o Rubika, to tylko kla­skać potra­fię). W rze­czy­wi­sto­ści usie­dli­śmy w kręgu, po czym przy­szła pani położna i zaczęła nam opo­wia­dać jakie są kon­se­kwen­cje tego sto­sunku, który jest powo­dem naszego spotkania.

Gdyby mówili o tym “przed”, a nie “po”, fre­kwen­cja praw­do­po­dob­nie byłaby o wiele skrom­niej­sza. Powiem tylko, że 3/4 opo­wie­ści skła­dało się ze słów, które powszech­nie uwa­żane są za obraź­liwe. I to, że były rzu­cane w aspek­cie bio­lo­gicz­nym, a nie hej­ter­skim, wiele nie zmie­nia. Ta szcze­gó­ło­wość zosta­nie ze mną na długo. Póż­niej było tro­chę o przy­go­to­wa­niach do samego porodu i w tym miej­scu cichutko dzię­ko­wa­łem nie­bio­som, że uro­dzi­łem się chłop­cem. Dżi­zas, to co dziew­czynki muszą prze­cho­dzić pod­czas ciąży zasłu­guje na medal, a to co docho­dzi od 36 tygo­dnia, mini­mum na pomnik #siłaczki. Od teraz, jak usły­szę, że kobiety mają w życiu łatwiej, zabiję śmiechem.

Po 2-godzinnej trau­ma­tycz­nej poga­dance, przy­szła pani od gim­na­styki i fak­tycz­nie zaczęła się nauka oddy­cha­nia… ale znowu nie tak jak na fil­mach, czyli panna robi hu hu hu, a kaban jej sekun­duje. Nope, to było szko­le­nie z okieł­zna­nia prze­pony… i po kilku pró­bach, kiedy nie wszyst­kim jesz­cze wycho­dziło, pani gim­na­styczka poje­chała tak: “Wyobraż­cie sobie, że zacią­ga­cie spa­ghetti wadżajną”. Przy­się­gam, tak powiedziała.  

 

Lek­cja #2–3

No więc byli­śmy na trze­ciej lek­cji w szkole rodze­nia. Drugą świa­do­mie prze­mil­czę, bo boję się, że jeśli napi­szę z niej rela­cję, to zostanę shej­to­wany za wycią­ga­nie bru­dów, które nie są prze­zna­czone dla wszyst­kich uszu lub ktoś mi zarzuci, że się nabi­jam. Nic z tych rze­czy. Mam ogromny respekt do całej sytu­acji, ale muszę przy­znać, że babka pro­wa­dząca sprze­dała taką histo­rię, że momen­tami mdla­łem. Przy­kła­dowo dziew­czyny pytały ją, czy pod­czas natu­ral­nego porodu nacina się kro­cze, na co babka zare­ago­wała ziew­nię­ciem i total­nie bez emo­cji odpo­wie­działa “Tylko jeśli zacho­dzi ryzyko, że poród roze­rwie 4 litery”. W tym momen­cie zemdla­łem. Jak już wró­ci­łem do żywych, to jakaś foczka zada­wała wła­śnie naj­bar­dziej pokrę­cone pyta­nie ever. Leciało tak: “Czy jeśli będę na dziale mro­żo­nek w Kau­flan­dzie i aku­rat odejdą mi wody, to mam dzwo­nić po karetkę?”. Pró­bo­wa­łem roz­k­mi­nić, dla­czego to pyta­nie zostało tak dzi­wacz­nie uwa­run­ko­wane i wtedy przy­po­mniało mi się, że 4 kla­sie liceum, przez cały rok męczyło mnie prze­czu­cie, że na matu­rze z pol­skiego będzie temat z “Przed­wio­śnia”. Tak mi się ten feeling wbił w cze­rep, że posta­wi­łem sobie za cel prze­czy­ta­nie książki, co by nie było póź­niej zasko­cze­nia. Nie­stety ile razy w książce padało “Cezary Baryka”, tyle razy łapała mnie kimka. Po kilku nie­uda­nych pró­bach skoń­cze­nia pierw­szego roz­działu, odpu­ści­łem książkę i prze­rzu­ci­łem się na film. I znowu to samo. Mate­usz Damięcki poka­zy­wał się w kadrze i boom, śpię. Osta­tecz­nie nie dowio­złem “Przed­wio­śnia”, ale na moje szczę­ście nie było go na matu­rze. Być może babka ze szkółki ma podobną schizę i wkręca sobie, że wody odejdą jej wła­śnie na dziale mro­żo­nek? Kto wie? Wra­ca­jąc jed­nak do tematu, oka­zało się, że w takich przy­pad­kach wcale nie trzeba dzwo­nić po karetkę. Ot wystar­czy zgło­sić komuś z obsługi sklepu fakt, że doszło do takiego incy­dentu, żeby zdą­żyli posprzą­tać zanim zrobi się lodo­wi­sko. Nato­miast, jeśli cho­dzi o sam poród, to od odej­ścia wód i pierw­szego skur­czu, pozo­staje do niego jesz­cze jakieś 8 godzin. Pani pro­wa­dząca pora­dziła, żeby zabić ten czas sto­su­jąc zasadę 3S — Sex, Shop­ping i Sen. Na dźwięk tej pierw­szej czyn­no­ści puści­łem do Madzi oczko, nie­stety w odpo­wie­dzi zosta­łem potrak­to­wany gestem popu­ka­nia się w czoło, który w języku Espe­ranto ozna­cza “tu się jebnij”.

Dziew­czyny miały jesz­cze jedno pyta­nie do pani pro­wa­dzą­cej, ale nie wiem, czy mogę o tym pisać? Z jed­nej strony nie wypada, z dru­giej jestem kro­ni­ka­rzem i byłoby nie­etyczne, gdy­bym to prze­mil­czał. No dobra, cho­dzi o to, że dziew­czyny dopy­ty­wały jak to jest naprawdę z tymi “dwój­ko­wymi incy­den­tami” pod­czas porodu? Pani pro­wa­dząca zaczęła uspo­ka­jać, że to ludzka rzecz i nikt nie zwraca na to uwagi #shi­thap­pens, a jako dowód zarzu­ciła tak: “Prze­cież w takiej sytu­acji nikt nie woła: Hej, Mariola, cho zoba­czyć, jakiego rogala wykre­ciła ta pacjentka (ostat­nio takie guano widzia­łam, jak byłam na “Botok­sie”).… no chyba, że będziemy mieli do czy­nie­nia z czymś nie­ty­po­wym, na przy­kład kon­tur będzie przy­po­mi­nał twarz Madonny, ale relax, do tej pory coś takiego zda­rzyło się tylko kilka razy”. W tym miej­scu z teo­rii prze­szli­śmy do prak­tyki i zaczęła się symu­la­cja porodu. Druga pani, która prze­jęła pro­wa­dze­nie zajęć, zade­mon­stro­wała kilka pozy­cji do rodze­nia i przy oka­zji kolejny raz znisz­czyła moje wyobra­że­nia zbu­do­wane na pod­sta­wie fil­mów. Leże­nie pod prze­ście­ra­deł­kiem i śmieszne oddy­cha­nie ponoć można mię­dzy bajki wło­żyć. 6/10 poro­dów koń­czy się pozy­cją, w któ­rej kobita opiera wypro­sto­waną nogę o dra­binkę, a pod nią klę­czy położna z rękami zło­żo­nymi w koszy­czek i ase­ku­ruje na wypa­dek, gdyby zaraz miało wypaść dziecko. Dziew­czyny dopy­ty­wały jesz­cze o sty­lówkę na poród, bo podobno teraz jest cał­kiem kon­kretny wybór na rynku. Pro­wa­dząca bar­dzo szybko spro­wa­dziła je na zie­mię, mówiąc, żeby odpu­ściły wszel­kie koszule, które mają różne otwie­rane kie­szonki w stra­te­gicz­nych miej­scach, bo na poro­dówce nikt nie będzie się takim pier­do­łami zaj­mo­wał #golec. W tym miej­scu kolejny raz mia­łem reflek­sję, że bycie chłop­cem jest o wiele łatwiej­sze. Raz w życiu poka­zu­jemy się z “innej strony” na komi­sji woj­sko­wej, po czym przez lata wspo­mi­namy to jak naj­więk­sze wyda­rze­nie ever, tym­cza­sem kobiety, zresztą sami dobrze wiecie. 

 

Lekcja#4–5

Kolejne lek­cje były tro­chę bar­dziej laj­towe, ot babka pro­wa­dząca sprze­dała kilka aneg­do­tek o obwi­słych boob­sach, roze­rwa­nych kro­czach, napuch­nię­tych maci­cach, poko­ny­wa­niu depre­sji poprzez zje­dze­nie łoży­ska (ręka do góry, która wsza­mała) i cięż­kim połogu, co tro­chę pod­wa­żyło histo­rię Ani Lewan­dow­skiej, która rze­komo w mie­siąc zgu­biła cią­żo­wego fla­dyra, tym­cza­sem babeczka pro­wa­dząca twier­dzi, że przez 8 tygo­dni, jedyny tre­ning na jaki mogą sobie pozwo­lić świeżo upie­czone matki, to regu­larne zmie­nia­nie bella pan­tów na czyste.

Ogól­nie reflek­sje mam dwie. Primo taką, że przy pierw­szej cięży nie ma moc­nych i wszy­scy są wydy­gani. Przy­kła­dowo w komen­ta­rzach pod poprzed­nimi postami, pisa­li­ście że jeśli smo­czek waszego dzie­ciaka spada na zie­mię, to go po pro­stu pod­no­si­cie, wycie­ra­cie o spodnie i z powro­tem wsa­dza­cie do bra­jan­ko­wego pysia #Zero­Dramy, a jak junior wyżera żar­cie z miski psa, to leci­cie po kamerę, co by pod­bić jutuba. Na szkole rodze­nia kli­mat jest z goła odmienny. Przy­kła­dowo babeczki pokłó­ciły się, co jest lep­sze — cyc, czy smo­czek z mikro tarczką? Pro­wa­dząca upie­rała się, że cyc to cyc i nie ma nic lep­szego, na co adeptki macie­rzyń­stwa, że taaaaaki chuj, bo kole­żanki im mówiły, że cyc się roz­lewa i wcho­dzi do nosa, a smo­czek nie, na co pro­wa­dząca odpa­ro­wała, że “nie zna nikogo, kto by narze­kał na cyca w nosie”, czym zyskała aplauz face­tów i zamknęła temat. 

Dru­gim palą­cym pro­ble­mem oka­zała się kwe­stia cze­sa­nia dziecka, bo po naro­dze­niu mają na dyńce widoczne cie­miączka i “oesu, jak to zro­bić, żeby nie popsuć”, na co babeczka zaape­lo­wała do focząt, żeby wylu­zo­wały i po pro­stu ucze­sały te dzieci, na co one “Ale jak? Pani pokaże na lalce!”. Babka poka­zuje, na co te zaczy­nają noto­wać w kaje­ci­kach “cze­szemy w lewą stronę”… i już nie dały sobie wytłu­ma­czyć, że to tylko przy­kład i rów­nie dobrze mogą cze­sać w prawo, po sko­sie i pod włos. Nope, w lewo i ch…
Póź­niej mie­li­śmy mini ske­czyk, bo babka opo­wia­dała, że dziecko w pierw­szych tygo­dniach kar­mimy, co 3 godziny i nie ma tu zna­cze­nia, że wypada aku­rat śro­dek nocy. Oczy­wi­ście każdy dopy­ty­wał “A co jeśli nasze dziecko będzie śpiosz­kiem? Mamy mimo to je budzić?” (spo­iler: Nie będzie!). Babka pro­wa­dząca pra­wie nakryła się nogami ze śmie­chu. Stwier­dziła, że sły­szy to pyta­nie na każ­dych zaję­ciach od 15 lat, a mimo to wciąż ją bawi. Jedna panna posta­no­wiła ugryźć temat z innej strony i zapy­tała tak: “A jeśli odcią­gnę sobie mleko za dnia, to w nocy może nakar­mić je ktoś inny?”. W tym momen­cie wszy­scy jeb­nę­li­śmy śmie­chem… wszy­scy poza jej mężem.

Druga reflek­sja jest taka, że matka natura spie­przyła ciążę już na eta­pie pro­jek­to­wa­nia. Mogła posta­wić na zno­sze­nie jaj, czyli szybko, łatwo i przy­jem­nie.… ale nie, zaczęła kom­bi­no­wać niczym Apple z usu­wa­niem złą­cza słu­chaw­ko­wego z iPhona, i wyszło jak wyszło. Przy­kła­dowo Madzia od kilku tygo­dni nie może spać, sie­dzieć zresztą też za bar­dzo nie może, bo ponoć Bren­don regu­lar­nie zapo­daje jej z karata w żebra, przez co ma już je obite jak Kasia Figura za cza­sów mał­żeń­stwa z Kajem Scho­en­ha­lem, ponadto co chwilę musi cho­dzić do leka­rza, a do tego docho­dzą jesz­cze pro­blemy z odzieżą. Stwier­dziła, że nie opłaca jej się kupo­wać więk­szych kur­tek, bo zaraz rodzi, więc już się nie przy­da­dzą, ale z dru­giej strony nie dopina się w te z poprzed­nich sezo­nów, więc cho­dzi roz­pięta, a ostat­nio brzu­sio tak się powięk­szył, że zje­chała z niego ta obe­li­xowa guma od spodni cią­żo­wych i zanim Madzia się zorien­to­wała, połowę drogi do Bie­dry prze­szła z odsło­nię­tym pęp­kiem jak Fer­dek Kiep­ski <3. Dziew­czyny jeste­ście siłaczakami.

 

Mam jesz­cze dwie cie­ka­wostki. Pierw­sza jest taka, że mimo obec­no­ści 10 kobiet w ciąży, to ja naj­wię­cej razy cho­dzi­łem na siku (#współ­od­czu­wa­nie), druga, że jak będę jechał na poród, to mam zabrać ze sobą pie­lu­chy tetrowe, które wcze­śniej muszę nosić na brzu­chu, żeby moje bak­te­rie się w nie wżarły (#inte­re­su­jące). Aaa dosta­li­śmy jesz­cze ścią­gawkę pt. “co zabrać do szpi­tala”, z któ­rej wynika, że do momentu porodu mogę jechac na snic­ker­sach i coca coli, ale zaraz po naro­dzi­nach muszę przejść na zbi­lan­so­waną dietę. To się chyba nazywa odpowiedzialność.

 

*zdję­cie okład­kowe: betanews.com

A to widziałeś?