Parenting

Dzień Rodzicielki

25/05/2018

Nie­śmiało przy­po­mi­nam, że dziś jest ten dzień, kiedy dzwo­nimy do rodzi­cie­lek i dzię­ku­jemy im za:

  • góry wypra­nych gaci i skarpet
  • tony usma­żo­nych schabowych
  • uśmiech, mimo iż gdyby nie my, praw­do­po­dob­nie zwie­dzi­łyby cały świat i taplały w forsie
  • za mery­to­ryczne rady w stylu: “Na dupie se zrób”, kiedy wyska­ki­wa­li­śmy z pomy­słem zro­bie­nia sobie tatuażu/kolczyka
  • za kul­towy tekst “Nie jesteś wszy­scy. Inni mnie nie obcho­dzą”, kiedy mia­łeś przy­pał, bo z całą klasą posze­dłeś na wagary, po czym “Inni jakoś sobie pora­dzili”, kiedy jako jedyny dosta­łeś lacza z klasówki
  • za to, że nie nazwały nas Bra­jan­kami, Bren­don­kami, Kevi­nami i Jessicami
  • za to, że kiedy przy­cho­dzi komor­nik z zale­głymi man­da­tami mówią: “Przy­kro mi, ale syn kilka lat temu wyje­chał do Anglii i nie mam z nim żad­nego kon­taktu“
  • że nie zmu­szały nas do lek­cji ste­po­wa­nia, dzięki czemu mogli­śmy nauczyć się praw­dzi­wego życia wcho­dząc na drzewa i ska­cząc przez płoty.

Wła­sną prze­pro­szę jesz­cze za to 5 kilo pod­czas porodu i powiem, że jej cia­sto nie jest zakal­cem, a nawet jakby było to i tak nisz­czy wszyst­kie torty od “Sowy” razem wzięte. Kiedy byłem dzie­cia­kiem, mama wiecz­nie mówiła, że upie­kła zaka­lec. Był zaje­bi­sty, a ja nie kuma­łem bazki, więc przy róż­nych imieniono-urodzinach, kiedy ktoś pytał, czy zjem kawa­łek cia­sta, odpo­wia­da­łem: “Jasne, kawa­łecz­kiem zaklaca nie pogar­dzę”. I to roz­cza­ro­wa­nie, kiedy oka­zy­wało się, że jest tylko ser­nik, mako­wiec i babka: “A to nie, dzię­kuję”.

Przy­biję piątkę za nucze­nie psy­cho­lo­gii odwró­co­nej:
<mama> — Wynieś śmieci, pro­szę
<ja> — Wczo­raj wyno­si­łem, niech M. (star­szy bra­chol) wynie­sie
<mama> — Nie, on nie umie tak dobrze ja Ty

<ja> — What? To tylko śmieci, a nie jazda figu­rowa na lodzie. Liczy się efekt, a nie styl
<mama> — Dobrze, sama wyniosę, idź odpo­cząć, bo pew­nie jesteś strasz­nie zmę­czony po całym dniu nic nie robie­nia
<ja> — Dżi­zas, gdzie te śmieci?

Powiem jej jesz­cze, że się nie gnie­wam za to, że po powro­cie z wywia­dó­wek i odkry­ciu moich jedy­nek + nie­obec­no­ści, obie­cy­wała nie mówić tacie i dać mi szansę na poprawę, a 5 minut póź­niej: “Sła­wek, wiesz co ja usły­sza­łam na wywia­dówce? Taki wstyd, taki wstyd”.

Aaa i podzię­kuję za zaje­bi­ste wyda­nie “Kro­niki XX wieku”. Pew­nego dnia jakaś dziew­czynka zadzwo­niła do drzwi i zapy­tała, czy ja to ja? Kiedy odpo­wie­dzia­łem, że tak, wrę­czyła mi wielką, epicko wydaną kro­nikę XX wieku i pogra­tu­lo­wała zwy­cię­stwa w kon­kur­sie na naj­lep­szy wiersz o Nakle nad Note­cią. Byłem bar­dziej w szoku niż Mary­sia w kawałku Sokoła.

Obie­cam jej jesz­cze, że prze­stanę przy każ­dej oka­zji przy­po­mi­nać aneg­dotkę, jak kie­dyś przed Wiel­ka­nocą zamó­wiła panią do sprzą­ta­nia chaty, bo sama miała dużo spraw na gło­wie, po czym wpa­dła w panikę, że nie może wpu­ścić kobiety w taki bała­gan, bo co ona sobie pomy­śli, więc spę­dziła cały pora­nek na sprzą­ta­niu i myciu okien, po czym przy­szła pani od sprzą­ta­nia, wypiła kawkę, zja­dła deli­cje, wsza­mała pta­sie mleczko, ska­so­wała hajs i poszła.

Nie mogę rówież pomi­nąć tej szcze­gól­nej, mat­czy­nej tro­ski. W każdy pią­tek, rów­niutko o godzi­nie 23:15: 
<mama> — Halo, poli­cja? Chcia­ła­bym zgło­sić zagi­nię­cie syna!

<poli­cja> — Dobry wie­czór Pani matko PigO­uta, widzę, że nic się nie zmie­niło i znowu musimy odbyć tę samą roz­mowę. Ja Pani zasu­ge­ruję, że młody poszedł zapić z kole­gami, na co Pani odpo­wie, że bul­l­shit tra­vel, bo powie­dział, że idzie do Bartka powtó­rzyc fizykę i obie­cał wró­cić o 23. Ja odpo­wiem “taaa jasne” i zapy­tam, czy aby na pewno obie­cał, czy może jed­nak to Pani na nim wymu­siła taką obiet­nicę? Pani odpo­wie, że to nie było wymu­sze­nie, ewen­tu­al­nie deli­katna suge­stia, po czym zacznie mnie prze­ko­ny­wać, że wyszedł o 19, a niby co można robić w malut­kim Nakle przez 4 godziny? I w tym miej­scu pad­nie teo­ria o “porwa­niu”, na co odpo­wiem, że nawet gdy­bym chciał, to i tak nie mogę przy­jać zgło­sze­nia, bo muszą minąc minimu 24 godziny od wyj­ścia syna z domu. W tym miej­scu krzyk­nie Pani, że jeste­śmy bez­na­dziejni, rzuci słu­chawką, po czym zacznie wier­cić mężowi dziurę w brzu­chu, żeby wsiadł samo­chód i zro­bił rundkę po mie­ście. Coś pomi­ną­łem?

<mama> — Jeste­ście bez­na­dziejni <rzut słu­chawką>! Sła­wek odpa­laj samochód…

Naj­lep­szego dla wszyst­kich mam. Wymiatacie.

P.S.

Mamo, mia­łaś rację. Ze wszystkim.

A to widziałeś?