Hejting

Quo Vadis blogosfero?

10/04/2017

Nie chcę bru­dzić we wła­snym gnieź­dzie, ale muszę powie­dzieć to gło­śno: blo­gos­fera ssie. Ostat­nio (od jakiś dwóch lat) mam kry­zys twór­czy, w związku z czym zro­bi­łem sobie wycieczkę po popu­lar­nych blo­gach, co by cosik spla­gia­to­wać się zain­spi­ro­wać i co się oka­zuje? Nie tylko ja jestem w kry­zy­sie. Dzi­żas jakie „my” gówno popeł­niamy. Ot same zapchaj dziury, byle tylko wyro­bić normę i odha­czyć kolejny tydzień. Więk­szość tek­stów miałka, bez opi­nii i pazura. Wszyst­kim wszystko się podoba, a jak już scho­dzi kry­tyka to deli­katna, żeby Broń Boże ktoś się nie obra­ził i nie zapi­sał w zeszy­ciku „Temu blo­ge­rowi gra­ti­sów nie prze­sy­łamy”. Szcze­rze? Prze­staje mnie dzi­wić, że tylko blo­ge­rzy czy­tają blogi i póź­niej scho­dzi pato­lo­gia typu szu­ka­nie fra­jera, który pój­dzie na wymiankę komen­ta­rzy albo lajk za lajk. W ogóle z tym komen­ta­rzami to też jazda bez trzy­manki. Na forach blo­ger­skich (jup, są takie) afery, że ktoś komuś sko­men­to­wał już 2 dni temu, ale sam nie otrzy­mał jesz­cze kom­cia w rewanżu tudzież pre­ten­sje, bo komen­tarz jałowy: „Fajny wpis? To wszystko, na co Cię stać? Zgła­szam do admina!” Z miej­sca przy­po­mina mi się Nasza Klasa i słynne „Ślicz­nie razem wyglą­da­cie” pod każ­dym zdję­ciem, bez zna­cze­nia, czy na fotce był Brad z Ange­liną, czy Tiger z Kobrą (sprawdz­cie na youtube). Pytam się, po cho­lerę wam fej­kowe kom­cie? To tro­chę jak z byciem „cia­chem”. To, że matka i bab­cia Ci tak mówią, to jesz­cze nic nie zna­czy. Trofka wpada, dopiero kiedy usły­szysz to na mie­ście od nie­zna­jo­mej bia­ło­gło­wej. Co naj­lep­sze, na tych samych forach „kom za kom” prze­wi­jają się blo­ge­rzy, któ­rzy publicz­nie krzy­czą, że im wcale nie zależy na sta­ty­sty­kach, ot piszą z pasji. Z pasji to Frytka klęk­nęła przed Kenem w Big Bro­the­rze. Skoro udo­stęp­niasz swoje tek­sty publicz­nie i szu­kasz wymian komci, to znak, że jed­nak zależy Ci na publice. Może, zamiast tra­cić czas na żebro­lajki warto spró­bo­wać zawal­czyć tre­ścią? Ile razy można mie­lić prze­pis na scha­bo­wego? Ile razy zapę­tlać się w jakieś wyli­czanki z dupy? Weźmy pierw­szy z brzegu wpis, „7 spo­so­bów na udany pora­nek”. Serio? Nie szkoda czasu na taki bul­l­shit? Zaj­rzyjmy jed­nak do środka:
1. Przed snem zrób sobie kąpiel z bąbel­kami, to pozwoli się zre­lak­so­wać;
2. Zanim się poło­żysz, przy­go­tuj dru­gie śnia­da­nie do pracy/szkoły, oszczę­dzisz czas rano;
3. Połóż się spać o 22. Wypocz­nij;
4. Pomyśl przed zaśnię­ciem o czymś przy­jem­nym. Nastrój się;
5. Ustaw na alarm łagodną muzykę. Oszczę­dzisz sobie szoku;
6. Wstań 10 minut wcze­śniej. Twoja chwila odde­chu przed cięż­kim dniem;
7. Po prze­bu­dze­niu wypij szklankę wody z cytryną. Niech orga­nizm się nawodni.


Kto to pisał? Beata Paw­li­kow­ska? Po pierw­sze życie jest za krót­kie, żeby kłaść się o 22, po dru­gie, jesli tak dalej pój­dzie, to zaraz będziemy ludziom tłu­ma­czyć jak się wiąże sznu­ro­wa­dła, bo w końcu to roc­ket science, a po trze­cie Bitch ple­ase! Powiem wam, jak wygląda pora­nek praw­dzi­wego blo­gera.
1. Obie­cu­jesz sobie, że poło­żysz się max o pół­nocy, po czym do gry wcho­dzi Net­flix i Play­sta­tion;
2. Idziesz do wyra o 2:30 i to tylko z (resz­tek) roz­sądku;
3. Kła­dziesz się, myślisz „luzik, mam jesz­cze 4 godziny snu, więc nie jest tak naj­go­rzej”, po czym pró­bu­jesz zasnąć…. ale nie możesz, bo Twój mózg uznaje, że to ide­al­nym moment, żeby zacząć hur­towo pod­rzu­cać zaje­bi­ste pomy­sły – star­tup, apka na smart­fona, pomysł na hejta, nokau­tu­jąca ripo­sta do roz­mowy sprzed 2 dni, tego typu akcje. Gdzieś pomię­dzy kołata się jesz­cze myśl o siku. Zasta­na­wiasz się, czy wstać, czy prze­trzy­masz do rana? Wsta­jesz. Wra­ca­jąc bie­rzesz łyczka coli i robi Ci się nie­smak w pysiu, bo zaszła reak­cja coli z pastą do zębów.
4. 3:40 na zega­rze, ale jakimś cudem w końcu odpły­wasz
5. Igno­ru­jesz trzy budziki i pięć drze­mek. Budzisz się, dopiero kiedy luba dźga Cię pal­cem w boczek…. tak głę­boko, że dotyka śle­dziony. Niczym rażony para­li­za­to­rem zry­wasz się do pozy­cji sie­dzą­cej.
6. Uspo­ka­jasz oddech, dra­piesz po mosz­nie, pró­bu­jesz ogar­nąć, gdzie jesteś, co się stało i jaki mamy dzień tygo­dnia.
7. Zbie­rasz w sobie całą ener­gię wszech­świata i powłó­cząc nogami, prze­no­sisz do łazienki. Zgod­nie ze starą prawdą ludową: „Kto rano wstaje ten leje jak z cebra”, sikasz przez 2 minuty, następ­nie ście­rasz mocz ze ścian i sza­fek #poranny #drąg, aż wresz­cie prze­cho­dzisz do poważ­niej­szych tema­tów, czyli pod­my­cia pachy, szczoty i zębów. Pod­czas tej ostat­niej czyn­no­ści patrzysz w swoje lustrzane odbi­cie i odli­czasz, który to już dzień Two­jego życia, kiedy wsta­jesz do roboty, bo potrze­bu­jesz pie­nię­dzy, a nie z pasji.
8. Wycho­dzisz z psem, spo­ty­kasz sąsiada, który wyszedł w tym samym celu. Odby­wa­cie nie­zręczny small talk. 2 minuty póź­niej cią­gniesz psa z powro­tem na chatę, wycią­gasz przy­pad­kową rzecz z lodówki i zapier­ni­czasz na przy­sta­nek, wkur­wiony, że zaspa­łeś i dwójkę przyj­dzie Ci robić w robo­cie #zło. Dalej to już tylko korki, ZTM i przy­tu­lasy z obcymi ludźmi, któ­rzy w prze­ci­wień­stwie do Cie­bie uznali, że jak się dzi­siaj nie pod­myją, to prze­cież świat nie­prze­sta­nie się nagle krę­cić. Na koniec przyj­mu­jesz zjebę od szefa za kolejne w tym tygo­dniu spóź­nie­nie i jest Ci z tego powodu tak bar­dzo wszystko jedno, że nawet odpusz­czasz kla­syczną ściemę: „To nie moja wina, wypa­dek był na Jero­zo­lim­skich”. Następ­nie przez kilka godzin zawi­jasz w te sre­berka, hej­tu­jąc w myślach cały świat, aż w końcu wra­casz na chatę i masz to swoje wyma­rzone 5 minut, żeby roz­siąść się jak król na sofce i… a nie, jed­nak nie masz, bo nie wia­domo skąd zro­biła się już 22, czyli czas, kiedy powi­nie­neś pójść spać według laj­fsta­lo­wych blo­ge­rek. Spa­daj­cie na drzewo ze swo­imi radami za dychę.


Mam świa­do­mość, że teraz gene­ra­li­zuję, ale kuźwa nie tak sobie wyobra­ża­li­śmy blo­gos­ferę w 2017 roku. Nasze zda­nie miało się liczyć, ludzie mieli o naszych wpi­sach szep­tać na kory­ta­rzach i w tram­wa­jach, tym­cza­sem prze­gry­wamy z gifami śmiesz­nych kot­ków i youtu­be­rami z dzie­wi­czym wąsem, któ­rzy grają w gry. Żal. Kiedy ostat­nio media pod­chwy­ciły temat roz­po­częty w blo­gos­fe­rze? Jeśli nie liczymy afery, w któ­rej jakaś blo­gerka paren­tin­gowa wycią­gnęła boobsa w knaj­pie, za co została kar­nie nomi­no­wana do opusz­cze­nia lokalu, to nie pamię­tam. I żeby nie było, ja też się do takiego stanu rze­czy przy­kła­dam, tra­cąc czas na komen­to­wa­nie „Azji Express” zamiast zająć się rze­czami, które kogoś obcho­dzą. Sorka.